Zofia Strzałkowska – Szkoła w moich wspomnieniach

Zofia Strzałkowska 1903-1989 – siostra Maria Inez od P. Jezusa Ukrzyżowanego, nazaretanka – pochodziła z rodziny ziemiańskiej o głęboko zakorzenionych tradycjach patriotycznych. Dziadek Jan Kamieński to powstaniec 1863 roku, zesłany na Syberię z towarzyszącą mu córką Stanisławą – przyszłą matką Zofii i młodszego jej brata Kazimierza.

Lata najwcześniejsze upływały dzieciom w serdecznej atmosferze rodzinnego dworu w Miniewiczach, w przepięknej okolicy nadniemeńskiej, w sąsiedztwie owianej legendą Powstańczej Mogiły w głębi lasu, uwiecznionej przez Orzeszkową w jej epopei „Nad Niemnem”, którą pisała w zaprzyjaźnionym dworze pp. Kamieńskich – Jana i Leonii z Suzinów.

Oto jeden z listów E. Orzeszkowej do Leonii z Suzinów Kamieńskiej:

Czwartek

Moja Najmilsza i Najlepsza Lociu, otóż znowu zamiast naszych osób – list! Znowu się nie udało! P. Nahorski wczoraj rozkaszlał się bardzo silnie. Mam podejrzenie, że przeziębił się na rybach. A choć z pewnością nie ma w tym jeszcze nic groźnego, jednak obawiam się narażać kaszlącego na dzisiejszy wicher i gorszą od niego kurzawę. To jedno i najważniejsze. Drugą, mniej ważną przyczyną pozostania w domu jest przybycie statkiem dzisiejszym ogrodnika Wasilewskiego z olbrzymią furą flanców. Mogłyby te flance obejść się beze mnie, zawsze jednak wolę być obecną ich sadzeniu i zadysponować trochę według swego gustu. Ponieważ zaś nie mogę być dziś z Wami, Moi Najserdeczniejsi, tak jak tego pragnęłam, więc przynajmniej ślę Wam listowne pozdrowienia i uściśnienia, zarazem prośbę, aby kochane koniki miniewickie zjawiły się przed naszą chatą jak najprędzej, może w niedzielę, przywożąc nam parę lub trójkę miłych, pożądanych, ukochanych gości. Wtedy umówimy się znowu o wyjazd nasz do Was niezawodnie bliski, bo przecież takie ewenementy jak kaszel połączony z wichrem i ogrodnik z flancami nie powtarzają się co tydzień. Przyjeżdżajcie, Najmilsi Nasi, oczekujemy Was każdej chwili z progami i sercami na oścież otwartymi.

Do widzenia rychłego tu i tam.

El. Orzeszkowa

 

Mała Zosia była chrześniaczką Orzeszkowej i jako 7-letnie dziecko brała udział w jej pogrzebie w 1910 roku, który stał się wielką manifestacją patriotyczną w Grodnie. Naukę pobierała Zosia wraz ze swym bratem w domu, gdyż rodzice nie chcieli narażać dzieci na wpływy rusyfikacji w szkole państwowej. Można zatem powiedzieć, że jej charakter kształtowała atmosfera ziemi kresowej: prawość, szlachetność, ukochanie Ojczyzny i marzenie o jej zmartwychwstaniu.

W roku 1916, po zajęciu Grodna przez Niemców, siostry nazaretanki otworzyły tam polską szkołę, do której pp. Strzałkowscy zapisali swą córkę. Było to pierwsze zetknięcie się Zosi z Nazaretem, które miało zadecydować o całym jej przyszłym życiu. Kiedy w wyniku działań wojennych spłonął rodzinny dom w Miniewiczach, rodzice Zosi zamieszkali w Grodnie, a od 1920 roku w Warszawie. Ukończywszy Gimnazjum Żeńskie Sabiny Tegazzo-Chmielewskiej, Zofia Strzałkowska podjęła studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim. Studia te z powodu choroby matki musiała przerwać, a po jej śmierci wstąpiła w roku 1927 do Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek. Po odbyciu nowicjatu w Albano k. Rzymu kontynuowała studia na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, po ich ukończeniu pracowała jako nauczycielka, a potem dyrektorka gimnazjum w Ostrzeszowie. W latach 1939-43 bierze udział w tajnym nauczaniu pod szyldem Zawodowej Szkoły Krawieckiej w Warszawie. W r. 1943 skierowana przez Zgromadzenie do Kielc, dowozi z ramienia RGO posiłki dla przetrzymywanych przez Gestapo więźniów.
W roku 1945, natychmiast po wycofaniu się Niemców, S. Inez uruchamia w Kielcach szkołę podstawową i gimnazjum. Niestety, pogarszające się z biegiem lat warunki polityczne sprawiły, że prowadzone przez siostry nazaretanki Liceum im. Królowej Jadwigi zostało w 1960 roku upaństwowione, a siostry zmuszone do opuszczenia lokalu szkoły. S. Inez wyjeżdża do Warszawy, na stanowisko Przełożonej Domu, a następnie – Przełożonej Prowincji im. Jezus. Bierze udział w czterech kolejnych Kapitułach Generalnych w Rzymie. W roku 1967 ks. prymas Stefan Wyszyński powołuje S. Inez Strzałkowską na członka Komisji Episkopatu Polski do Spraw Życia Zakonnego.
Przedmiotem stałej troski S. Inez był Dom sióstr nazaretanek w Grodnie. Siostry, wysiedlone ze swego klasztoru, mieszkały przy kościele pobernardyńskim. Ich liczba stopniowo malała, a po śmierci przełożonej sytuacja stała się dramatyczna. W lecie 1970 roku S. Inez za zezwoleniem Prymasa udaje się do Grodna, instaluje nową przełożoną, przyjmuje zgłaszające się od dawna kandydatki – przy zachowaniu niezbędnej tajemnicy. Była to sytuacja wymagająca szczególnej roztropności i odwagi. Nowo przyjęte siostry nie mogły prowadzić życia wspólnego ani używać zakonnego stroju, cechowała je za to gorliwość pierwszych chrześcijan czasów katakumbowych.
W roku 1983 S. Inez zamieszkała w Domu Nowicjatu w Ostrzeszowie. Ten etap ostatni 1983-1989 jest dopełnieniem jej bogatego życia. Mimo pogarszającego się stanu zdrowia staje się wzorem pracowitości: tłumaczy wiele artykułów z czasopism i biuletynów włoskich i francuskich, pośredniczy w prowadzeniu korespondencji zagranicznej. Do trwałej spuścizny literackiej S. Inez należą szkice biograficzne poświęcone Założycielce Zgromadzenia, Franciszce Siedliskiej, oraz kilku innym nazaretankom. Pozostawiła też utwory poetyckie o treści religijnej.

(opr. Henryk Wąsowski)

 

Szkoła w moich wspomnieniach

Pytanie o moją szkołę podstawową wywołało we mnie przede wszystkim przypomnienie słów Mickiewicza z Epilogu „Pana Tadeusza”: „Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie jasny i czysty jak pierwsze kochanie!”. Bo przecież nasza pierwsza szkoła, czy też lata pierwszej nauki szkolnej, do tego cudownego, zaczarowanego kraju należą.

A dla mnie było to w sposób szczególny krajem lat dziecinnych, jasnych, beztroskich, związanych z domem rodzinnym – z rodzicami, bliższym i dalszym otoczeniem, z moim jedynym, ukochanym, młodszym ode mnie o półtora roku bratem.

Czy jednak rzeczywiście beztroskich? Nad nami wszystkimi, nad całym „prywiślańskim” krajem ciążyła wspólna wielka troska – dogłębny, dojmujący ból – niewola. Tylko że i jego ostrze łagodziła pełna pokoju, ciepła i serdeczności atmosfera domów rodzinnych, atmosfera środowiska, które nie zapominając o tym, co najważniejsze, cichą pracą i pogodą dni codziennych starało się do tego „najważniejszego” dorastać.

W takim właśnie środowisku – wnuczka zesłanego na Sybir powstańca z roku 63-ego, i córka towarzyszącej mu matki-sybiraczki – żyłam jako dziecko, i w takim odbywała się moja początkowa nauka.

Rodzice bowiem nie mogli się zgodzić na posyłanie mnie do państwowej szkoły rosyjskiej i zdecydowali, że naukę z zakresu szkoły podstawowej, a nawet i gimnazjum będziemy otrzymywali w domu, oczywiście pod kierunkiem odpowiednich, wykwalifikowanych nauczycielek. Mieliśmy ich dwie. Pierwszą była młoda, bardzo miła p. Janina S. Była jednak bardziej zainteresowana działalnością społeczno-polityczną i socjalistycznymi ideami niż nauką, co powodowało śledzenie jej przez władze policyjne i sprowadzało do naszego domu rewizje „naczalstwa” i „uriadników” z pobliskiego miasteczka, Łunny. Te rewizje nie tylko nas nie peszyły, ale napełniały dumą, czuliśmy się bowiem w związku z nimi jak ktoś biorący udział w konspiracji. Imponowała mi wówczas postawa mojej matki, która pełna godności i spokoju przyjmowała „tych panów” z chłodną uprzejmością, dającą wiele do myślenia o ich wrogiej, prześladującej nasz kraj roli. Musiała więc p. Janina po jakimś czasie nasz dom opuścić i otrzymaliśmy drugą z kolei nauczycielkę domową.

Była nią starsza już osoba, p. Ludwika. Prawy, kryształowy człowiek, o której bawiący u nas podczas wakacji z całą rodziną mój wuj napisał pod zbiorową fotografią: „Panna Ludwika… wiadomo, jej bogi miast duszy brylant włożyły.”

Jako nauczycielka była ogromnie obowiązkową i sumienną, co musiało dać nam dobre podstawy do dalszej nauki. Nie docenialiśmy tego wówczas, wydawała się nam zbyt poważną i surową. Budziła szacunek, ale nie nawiązywała z nami serdeczniejszego kontaktu.

Tę systematyczną naukę rozpoczęliśmy w 1910 roku, od razu chyba od materiału klasy drugiej, ponieważ czytać i pisać nauczyłam się sama ze ślicznych, kolorowych książeczek, układania klocków, „studiowania” gazet. Toteż najpierw pisałam drukowanymi literami i takimi właśnie, mając wówczas niecałe 6 lat, napisałam dla moich rodziców mój pierwszy „utwór poetycki”. Do dziś pamiętam treść tego „wiersza”, który dobrzy rodzice przyjęli z zachwytem:

Już wiosenny nastał czas,
Niechaj wszystko kwitnie wraz,
Drzewa, kwiaty, gaj zielony,
I ten domek nasz omszony –
Niech zakwitnie szczęścia kwiatem,
Bo w nim mieszka Mama z Tatem.

Aby naukę naszą upodobnić bardziej do szkolnej, rodzice zaprosili do nas jeszcze parę kuzynek w naszym wieku. Na lekcje został przeznaczony i odpowiednio umeblowany osobny pokój. Pamiętam, że oprócz pianina, miałam bowiem i lekcje muzyki, była w nim nawet i czarna, duża tablica. Na ścianach wisiały reprodukcje historycznych obrazów Matejki, a w rogu pokoju był staroświecki kominek – dla nas „arka przymierza między dawnymi a nowymi laty”. Lekcje odbywały się przed południem w ściśle określonych godzinach. Były wykłady, odpytywanie, zadawanie materiału na dzień następny. Były nawet i pauzy jak w prawdziwej szkole.

Ale dla nas był przede wszystkim język rosyjski… I to kładło się grubym, przytłaczającym cieniem na całą naukę, gasiło wszelkie zainteresowanie, budziło poważne wątpliwości co do prawdy podawanego nam materiału.

Toteż było to przeważnie wkuwanie na pamięć zakreślonego w książce materiału. Dość lubiłam rozwiązywać zadania arytmetyczne, bo była w tym jakaś samodzielność; czasem interesowały doświadczenia z fizyki – pamiętam zwłaszcza jedno o naczyniach połączonych. Ze względu na kolorowe obrazki podobała mi się nawet książka z rosyjskimi czytankami, ale pamiętam, że od razu z wielką energią zabrałam się do tłumaczenia ich na język polski.

Mieliśmy i zajęcia praktyczne. My – dziewczynki – uczyłyśmy się wyszywania i haftowania, co wykorzystywałam dla przygotowania podarków na imieniny rodziców.

Przygotowywaliśmy też różne ozdoby na choinkę, co było raz powodem zabawnego incydentu z przeprowadzającym w naszym domu rewizję urzędnikiem. Gdy zamierzał otworzyć szufladę, w której leżały zrobione przez nas różnokolorowe bombki, Mama zawołała: „Ostrożnie! Tam bomby!” Uriadnik – speszony w pierwszej chwili – był mocno skonsternowany, gdy zobaczył papierowe ozdoby. „Wied’ eto bumaga” – wymamrotał. „Tak, bumaga – wyjaśniła moja Matka – ale zrobienie tych zabawek kosztowało wiele pracy moje dzieci i dlatego trzeba się z nimi obchodzić ostrożnie”.

Otrzymywaliśmy też w naszej ‘szkole’ oceny z przedmiotów, a nawet ze sprawowania. Z tego ostatniego nie zawsze miałam celujący… Oceny celujące ze wszystkich przedmiotów i ze sprawowania miał tylko zawsze mój brat Kazik i stale był nam stawiany za wzór i przykład. Choć go bardzo kochałam, czułam się jednak tym trochę dotknięta i jednego dnia postanowiłam dać mu to odczuć. O pewnej godzinie po południu i spacerze przychodziliśmy do pokoju szkolnego dla odrobienia lekcji na dzień następny. Przyszłam trochę wcześniej i zaczaiłam się przy drzwiach, aby gdy mój brat będzie wchodził, przestraszyć go wyskakując znienacka i rzucając mu jakąś miotłę pod nogi. Czekałam dość długo, wreszcie słyszę kroki – idzie! Otwierają się drzwi, a ja wykonując wiernie swój ‘mądry’ pomysł, wyskakuję i rzucam miotłę wprost pod nogi… naszej nauczycielki, dobrej pani Ludwiki. Obustronna konsternacja, moje żarliwe tłumaczenie, że chciałam nie ją, ale Kazika przestraszyć. I znowu zmniejszony stopień ze sprawowania… Byłam jednak na tyle sprawiedliwą, że karę za ten wyczyn, którego zresztą potem bardzo się wstydziłam, uznałam za zupełnie słuszną.

W takich warunkach pobierana nauka nie była więc źródłem wiedzy, jaką wyniosłam z mego kraju lat dziecinnych. Było nim przede wszystkim samo życie, atmosfera domu rodzinnego, lektury i niekończące się opowiadania moich najbliższych, przyroda. Przyroda, w której byłam wprost zakochana, a mogłam do niej odnieść również słowa Mickiewicza o pagórkach leśnych, o łąkach zielonych – szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych. Mój dom rodzinny znajdował się bowiem w cudnej okolicy nadniemeńskiej, nad brzegiem Niemna, najpiękniejszej w świecie rzeki.

A za błękitną wstęgą Niemna, na wprost naszego domu, był czarny sosnowy bór, a w tym borze Mogiła powstańców z 63 roku. Ta mogiła, którą jako symbol walki o niepodległość i symbol wielkiego zbratania Polaków opisała Orzeszkowa w swej powieści „Nad Niemnem”. Pisała ją w naszym domu jeszcze za życia moich dziadków i z tych czasów datuje się wielka przyjaźń, jaką darzyła naszą rodzinę. Ja znałam Orzeszkową już tylko z opowiadań moich rodziców, choć była moją matką chrzestną i byłam na jej pogrzebie w Grodnie w 1910 roku. Miałam wówczas 7 lat i zaprowadzona przez matkę do domu Zmarłej, zapamiętałam tylko na bardzo wysokim katafalku poważną, niemal surową postać, ale o twarzy opromienionej jakimś dziwnym dostojeństwem. Choć takie dziecko, czułam, że stoję przed kimś wielkim i … dobrym.. Pogrzeb był ogromną manifestacją, niezliczone tłumy uczestników i wieńce, wieńce… cały szereg wozów zapełnionych kwiatami i wstęgami.

Od Matki mojej dowiedziałam się potem, że Orzeszkowa była nie tylko wielką, światowej sławy pisarką, ale i ogromnie dobrym i szlachetnym człowiekiem. Gorąca patriotka, jako młodziutka żona powstańca Orzeszki, służyła, czym mogła, powstańcom, a raz z narażeniem własnego życia uratowała od śmierci Romualda Traugutta. Mimo cechującej ją zawsze wielkiej powagi, miała serce czułe na każdą niedolę i krzywdę, świadczyła też wiele dobrego wszystkim potrzebującym, zwłaszcza studiującej młodzieży.

Ze szczególnym zrozumieniem i życzliwością odnosiła się do kwestii żydowskiej, co znalazło odbicie w wielu jej utworach, jak „Meir Ezofowicz”, „Eli Makower” i inne, a także w udzielaniu pomocy materialnej biednej ludności żydowskiej Grodna.

Matka moja miała dla pani Elizy ogromne uznanie, a właściwie kochała ją serdecznie, ponieważ poznała ją bliżej, przebywając w jej domu jako młoda dziewczyna z innymi panienkami z okolicznych dworów przez lat kilka.

W pokoju Mamy stała duża, czarna komoda, służąca nam czasem za okręt w odbywaniu dalszych podróży po świecie. Wzbudzała w nas ona zawsze zainteresowanie i szacunek, ponieważ znajdowały się w niej różne pamiątki rodzinne z przeszłości. Między innymi był i duży plik listów od P. Orzeszkowej, związanych kolorową wstążeczką. Z jednego z nich przeczytała mi Mama ustęp, w którym p. Eliza pisała do moich rodziców, jak się cieszy, że Dobry Bóg dał im aniołka…Tym aniołkiem miałam być ja, ale mi to wtedy wcale nie imponowało, bo właśnie marzyłam, aby zostać wojakiem, tym żołnierzem, który idzie „borem, lasem…” po wolność dla Ojczyzny. W każdym razie nie aniołki i nie lekcje zajmowały mnie wówczas, ale marzenia o utworzeniu jakiegoś wojska, partyzantki i wyswobodzenie Ojczyzny spod jarzma… Na razie próbne walki przeprowadzaliśmy ze stadem indorów. Z czerwonymi podgardlami, syczące i skore do zaczepki, uzmysławiały nam wojsko rosyjskie. Podprowadzaliśmy sprowokowane już do napaści stadko do schodów balkonu i rozpoczynała się walka: indory usiłowały dostać się do nas na balkon, a my uzbrojeni w drewniane miecze nie dopuszczaliśmy do tego. Bitwa pozostawała jednak przeważnie nierozegrana, gdyż w momencie najgorętszym zjawiał się zupełnie niepotrzebnie ktoś z naszych opiekunów i bezapelacyjnie nakazywał zaprzestanie dalszej walki. Indory wracały na gospodarskie podwórko, a my musieliśmy nieraz nie tylko umyć się porządnie, ale i zmienić ubranie.

Do moich ulubionych wyczynów należało siadywanie wśród gałęzi na wysokich drzewach, wędrówki po okolicy, pływanie łódką po Niemnie i konne przejażdżki. Lubiłam je ogromnie, ale nie obywało się i tu bez przygód. Raz dosiadłam młodego konika, który miał na sobie po raz pierwszy siodło. Oczywiście zaczął od razu wierzgać i skakać i w ciągu kilku minut byłam już na ziemi pod jego kopytami. Za nic nie zgodziłabym się jednak, by powiedziano, że spadłam z konia. Nie puściłam ani na chwilę cugli aż do czasu, gdy przy pomocy kogoś starszego siedziałam znowu na grzbiecie dobrego konika, który mnie nie uderzył, ani nawet nie zahaczył, a teraz poniósł beztrosko w odległe pola. Koń bowiem jest bardzo szlachetnym zwierzęciem i ma takie subtelne wyczucie, że nigdy nie skrzywdzi dziecka. Mówiłam potem, że nie spadłam z konia, ale koń spode mnie wyskoczył… W moim rozumieniu była to wielka różnica, ratująca w pełni mój honor.

Wiele czasu poświęcałam jednak i czytaniu, które było dla mnie nie tylko przyjemnością, ale prawdziwą kopalnią wiedzy o świecie i ludziach. To była dopiero nauka! Z najmłodszych lat pamiętam takie ulubione książki, jak „Kocia mama” Bujno Arctowej, „Robinson Krusoe”, „Przygody Guliwera”. Rodzice zaprenumerowali nam również tygodnik „Moje pisemko”, na które oczekiwałam zawsze z wielką niecierpliwością i czytałam od deski do deski z zapartym tchem.

Z biegiem czasu otrzymywałam i poważniejsze pisemko, ale już nie pamiętam tytułu.

Pamiętam jednak książki dla starszych, gdy się wreszcie do nich dorwałam. Mieliśmy w domu bogatą bibliotekę, znalazłam w niej znakomitych wykładowców, którzy w swych dziełach przekazywali – i to w sposób porywający – wiedzę o świecie i o człowieku. Historyczne książki Kraszewskiego – „Stara Baśń”, „Królewscy synowie” i cały szereg innych – dawały mi tyle ciekawych wiadomości z naszej historii, przenosiły w dawne czasy, ożywiały epoki, pozwalały śledzić bieg naszych dziejów.

Geograficzno-przyrodnicze zbliżały świat egzotycznych krajów, kultur i obyczajów, astronomiczne zbliżały cały kosmos, który bardzo mnie interesował. Lubiłam też bardzo letnie wieczory, gdy siadaliśmy z ojcem przed werandą domu, mając nad sobą roziskrzone gwiazdami niebo, a ja wpatrując się w nie z zachwytem, pytałam ojca o ich nazwy.

Na pytanie, jakie w tym czasie miałam przykre przeżycie, odpowiem, że najbardziej przykrym, a właściwie bolesnym, było aresztowanie i osadzenie w więzieniu siostry mojej Matki, naszej ukochanej cioci Jani.

Po skończonych w Petersburgu studiach przyjechała do nas i pełna zapału i najlepszych intencji zaczęła zajmować się biednymi, a zwłaszcza zaniedbanymi pod względem oświaty i kultury ludźmi ze wsi i służby folwarcznej. Oczywiście w tych czasach i w naszym położeniu było to wielkim przestępstwem, wrogą w stosunku do władz rosyjskich działalnością, za którą zapłaciła więzieniem i śmiercią. W okropnych warunkach więziennych rozchorowała się ciężko. Po wielu usilnych staraniach i poręczeniu całym majątkiem udało się rodzicom moim uzyskać pozwolenie na wzięcie jej do naszego domu dla przeprowadzenia kuracji. Z tego ‘łaskawego urlopu’ nie korzystała jednak długo: galopujące suchoty nie dały się zaleczyć i nie uratowano młodego życia – po paru tygodniach zmarła.

Na pewno nie rozumiałam wówczas całej tragedii tej śmierci, ale podświadomie obudził się we mnie głęboki żal do jej sprawców i ciche poczucie usprawiedliwienia niechęci i awersji do nauki pobieranej w obcym, wrogim języku.

Kto mnie wychowywał? Przede wszystkim rodzice, bo nauczycielka wymagała tylko porządku i sumiennego odrabiania lekcji. Może to była jednak delikatność z jej strony.

Ale i rodzice nie stosowali jakichś wyuczonych metod. Po prostu starali się o to, abyśmy wyrośli na prawych, uczciwych i dobrych ludzi. Najskuteczniej uczyli przykładem własnego życia. Matka – gorącego patriotyzmu, umiłowania prawdy i wielkiej dobroci dla wszystkich potrzebujących. Ojciec dawał przykład pracowitego, pełnego poświęcenia dla rodziny życia. Domownicy może nas nawet psuli, pozwalając na wszystko i starając się dogodzić wszystkim naszym zachciankom.

Ale jak bardzo nie tylko uczyły, jak już mówiłam, ale i wychowywały nas książki!

Dziś widzę, że czytałam najlepsze. Trochę kierowali tym i rodzice, ale było i dużo jakiegoś intuicyjnego wyczucia. A przecież dobra książka ma to do siebie, że absorbując intelektualnie, ubogaca serce i czyni człowieka lepszym. W dziełach wielkich autorów jest ukryta ich osobowość; ich wielkie idee promieniują z kartek książki na czytających, zapalają i uszlachetniają. Tak bardzo doświadczyłam tego na sobie.

Już najwcześniejsza lektura takich książek jak „Serce” Amicisa, „Chata wuja Toma” itp. poszerzała nie tylko wiedzę o świecie, ale uwrażliwiała, budziła zainteresowanie się ludźmi upośledzonymi i cierpiącymi i ożywiała pragnienie przyjścia im z pomocą.

A cóż dopiero, gdy zaczęłam czytać Prusa, Konopnicką i Sienkiewicza! „Szkice węglem”, „Janko muzykant”, Jaś z piwnicznej izby i tyle innych pokrzywdzonych i biednych dzieci było nieraz powodem gorących łez. Nie rozumiałam jeszcze wówczas problemu niesprawiedliwości społecznej, nie odczuwałam konieczności zrównania wszystkich klas, ale dla upośledzonych i cierpiących miałam już wtedy ogromne współczucie. Spytałam raz moją Mamę, czy mogę oddać część swoich zabawek biednym dzieciom. Odpowiedź była wartościowszą od mojej prośby i do dziś ją pamiętam: „Dobrze, oddaj, ale pamiętaj, że biednym dzieciom nie daje się zabawek zepsutych, nie mających już dla nas wartości, ale najładniejsze i najbardziej ulubione.” Słysząc to mój mały braciszek westchnął głęboko i powiedział: „Widzę, że będę się musiał rozstać z moim najdroższym misiem.”

Ale wracam do książek, bo przecież nie mogę nie powiedzieć, co zawdzięczam Sienkiewiczowi, i czego w moich latach szkolnych dokonała jego „Trylogia”. To był dla mnie żywy płomień miłości Ojczyzny, dla której niczym było poświęcić życie! Bohaterowie „Trylogii” stali się dla mnie kimś żywym, bliskim, wzywającym choćby do największej ofiary dla umiłowanej ponad wszystko Ojczyzny.

Orzeszkowa urzekła mnie wtedy nawet nie swoją powieścią „Nad Niemnem”, która była w mojej świadomości i sercu czymś głęboko zapisanym z codziennego życia, ale nowelką „Gloria victis”.

Dzięki tej nowelce pani Eliza stała się dla mnie bliższą i droższą niż we wszystkich opowiadaniach o niej osób znających ją osobiście. Tu biło dla mnie jej wielkie serce – pełne miłości Ojczyzny, czci dla jej bohaterskich obrońców i niezłomnej wiary, że ponoszone klęski nie oznaczają całkowitej przegranej i utraty wszystkiego, ale że i przez klęskę idzie się do zwycięstwa.

Było to dla mnie jakimś wielkim odkryciem, wprost objawieniem.

A cóż mogę powiedzieć o Mickiewiczu! Jawił się w mojej dziecinnej wyobraźni jako tytan myśli i uczuć nadludzko wielkich, a jednocześnie jak najbardziej ludzkich. Wielu ustępów z jego poezji uczyłam się na pamięć, aby przyswoić sobie ich treść i ducha.

Na pewno nie rozumiałam całej problematyki czytanych książek, ale intuicyjnie wyczuwałam w nich jakieś wielkie ideały, którym warto było poświęcić nawet życie.

Były dla mnie źródłem prawdy, dobra i piękna i tym przyczyniały się nie tylko do poszerzenia wiedzy, ale i do kształtowania umysłu i serca.

Dość słabo wypadało moje wychowanie religijne. Zanim o wielkości i świętości Boga dowiedziałam się także z książek, intuicyjnie szukałam Go w przyrodzie. Był dla mnie w szumie drzew, w śpiewie ptaków, w różanych wschodach i purpurowych zachodach słońca, w roziskrzonym gwiazdami niebie.. I nie wiem, czy Bóg schodził do mnie po gwiazdy promieniu, ale zapatrzonej w cuda przyrody stawał mi się coraz bliższym i coraz bardziej moim.

Wobec tych wszystkich żywych, głębokich przeżyć, lekcje – i to w języku, powiedzmy szczerze, obcym i wrogim – dawały jakieś „martwe prawdy”. Po paru jednak latach ich wkuwania osiągnęłam taki zasób wiedzy, że zdałam pomyślnie egzamin chyba nawet do drugiej klasy gimnazjalnej. Najsłabiej wypadł egzamin z religii: zapytana przez księdza katechetę o podróże św. Pawła – tak to jeszcze dziś pamiętam – odpowiedziałam z całą szczerością, że nawet nie wiem, czy św. Paweł w ogóle podróżował… Po tym egzaminie musiałam wrócić do nauki domowej, aby po roku zdać do klasy następnej.

Kres temu położyła wielka wojna światowa 1914 roku. A choć jak straszna, niszczycielska burza przeszła przez kraj nadniemeński, choć zniszczyła całkowicie kraj mego dzieciństwa, a z domu rodzinnego pozostały tylko zgliszcza, przyniosła jednak to, co było najgorętszym pragnieniem nas wszystkich, i starszych, i dzieci – wolność i niepodległość Polski!

Orzeszkowa, gdyby jeszcze żyła, mogłaby napisać nowelę: „Gloria victoribus”! Ale tylko Bóg wie, ile w tej chwale zwycięzców było i z „Glorii victis”…

„Bez męki pól i ramion – skąd by słodycz w chlebie?!”

Ostrzeszów 1986

Ze wspomnień Janiny z Rafalskich Warneckiej


Autorka prezentowanych poniżej fragmentów wspomnień, Janina z Rafalskich Warnecka (1901-1988), żona wybitnego aktora i reżysera Janusza Warneckiego, urodziła się w Połtawie jako córka Bronisława Rafalskiego i Julii z Eysymontów. Ojciec jej, inżynier-technolog, pracował w tym mieście jako specjalista w zakresie budowy wodociągów. Zbudował m.in. wodociąg w Połtawie, kanalizację w Astrachaniu, studnie artezyjskie u ks. Koczubeja w Diekańce. Rosja na początku XX wieku stanowiła chłonny rynek pracy, przyciągający wielu Polaków, którzy znajdowali dla siebie i swoich rodzin bardziej korzystne niż w kraju warunki egzystencji. Wspomnienia Janiny Warneckiej, napisane w kilkadziesiąt lat później, dają barwny obraz życia licznej kolonii polskiej w Połtawie i stanowią interesujący przyczynek do dziejów polskiej inteligencji w Rosji.


W roku 1914 rodzina Rafalskich przenosi się z Połtawy do Astrachania i pozostaje tam przez następne cztery lata, a w roku 1918 – już po wybuchu rewolucji bolszewickiej – powraca na stałe do Polski.

Siedemnastoletnia Janina Rafalska podejmuje wówczas studia w klasie fortepianu w Warszawskim Konserwatorium na Okólniku. Nawiązuje przyjaźnie ze studentami mieszczącej się obok konserwatorium Szkoły Dramatycznej, m.in. z Jadwigą Smosarską. W roku 1920, jeżdżąc pociągiem sanitarnym w pobliże frontu toczącej się wojny polsko-bolszewickiej, opiekuje się jako wolontariuszka rannymi żołnierzami.

Kontynuując następnie studia w konserwatorium podejmuje dorywczo prace zarobkowe, m.in. w Ministerium Robót Publicznych. Przekonuje się jednak, że kariera pianistki nie jest jej powołaniem, i że tym, co pociąga ją naprawdę, jest teatr. Jako jedyna z kilkudziesięciu kandydatek ubiegających się o posadę w Związku Artystów Scen Polskich zostaje przyjęta do pracy w charakterze sekretarki, a wchodząc dzięki temu do środowiska ludzi związanych z teatrem, zaczyna też próbować – z sukcesem – swoich sił jako aktorka. Występuje na scenie teatralnej w Warszawie i w Poznaniu, w roku 1928 wraz z grupą aktorów wyrusza na zagraniczne tournee – Paryż, Nowy Jork, Chicago, Londyn. Po powrocie do Warszawy, dnia 29 sierpnia 1929 roku staje na ślubnym kobiercu z Januszem Warneckim.

 


W latach 30-stych Janina Warnecka, niezależnie od działalności stricte artystycznej w teatrze, rozwija aktywność na jeszcze innym polu – dziennikarstwa. Współpracuje z Polską Agencją Prasową oraz z Polskim Radiem, na którego antenie ma swoje stałe felietony. Należąc wraz z mężem Januszem Warneckim do kulturalnej elity społeczeństwa lat międzywojennych, pozostaje w bliskich stosunkach towarzyskich z wieloma luminarzami polskiego życia literackiego i artystycznego, których cała plejada pojawia się na kartach jej wspomnień.

 

W latach okupacji pracuje m. in. jako kelnerka w słynnej warszawskiej kawiarni „U Aktorek”. Przeżywa trudne chwile, kiedy Janusz Warnecki zostaje – w związku ze sprawą zabójstwa Igo Syma – aresztowany przez Gestapo i osadzony na Pawiaku. Po upadku Powstania trafia, wraz z tysiącami mieszkańców Warszawy, do obozu w Pruszkowie. W okresie powojennym powraca do pracy w teatrze, występuje też w kilku filmach. Hanna z Nalepińskich Pieczarkowska, blisko zaprzyjaźniona z Janiną Warnecką od lat 20-stych, scharakteryzowała ją takim oto zabawnym wierszykiem:

Na Ninę W.

Chociaż w życiu codziennym była nieraz trudna,

Wielbicieli w młodości miała u swych nóg

I przyznać musi nawet wróg:

Była czasem nieznośna – ale nigdy nudna!


(opr. Henryk Wąsowski)

Polacy w Połtawie przed I wojną światową, cz. I

 

Dom nasz zawsze był pełen gości. Mama bardzo towarzyska, ojciec w wolnych chwilach lubił winta, koledzy mojego brata Bronka gromadnie sterczeli na tarasie, na parapetach okien, na podwórzu. W mieście było sporo polskich rodzin, przeważnie tzw. inteligencja techniczna. Polscy inżynierowie byli w Rosji wysoko cenieni i dobrze opłacani, w wielkim imperium carskim zawsze brakowało fachowców.

W Połtawie polskie rodziny – Żelechowskich, Czengerich, Kondrackich, Eynorów, Korolców, Mrozińskich – tworzyły tzw. towarzystwo. Bywały też u nas dwie – jak się wówczas mówiło – stare panny. Już same imiona brzmią dziś zabawnie: panna Kamilla i panna Ottonina. Nudne, bo nudne, ale rodaczki, trzeba było je przyjmować. Kamilla wchodząc zawsze mówiła: „Niech będzie pochwalony”, na co Bronek odpowiadał: „Na wieki wieków, atrament”. Kamilla była na szczęście głuchawa, natomiast Ottonina – straszliwie krótkowzroczna. Któregoś wieczoru weszła do bocznego pokoju i pomimo nawoływań nie wracała. „Nie mogę…nie mogę..” Biedaczka ciężko oparła się obiema rękami o komodę, na której rozłożone były lepy na muchy.

Polacy nie tworzyli może hermetycznie zamkniętego środowiska, łączyła ich jednak jakaś więź, której nie można było zerwać nawet wtedy, gdy przybysz z kraju wcale nie stał na poziomie. W niedzielę wszyscy gremialnie stawiali się w kościele katolickim, nie tyle może z pobożności, ile dla tradycji i podkreślenia swojej polskości. Piękny ksiądz Tarasewicz, niedoszły tenor operowy, dzierżył rząd dusz i przyjmowany był jako dobry kompan i partner w karcianych zmaganiach.

Prócz nas trojga (Bronka, Kazika i mnie) zawsze bywały u nas w lecie jakieś inne dzieci, kuzyni, np. Tadzio Zajączkowski, tak zwany „otczajannyj” – straceniec. Nasz nieoceniony stróż Moisiej mawiał: „Cej panycz swojeju smertju nie pomre…”. Tadzio sterczał na gałęzi najwyższego drzewa, wisiał nad otworem głębokiej studni, atakował silniejszych. Niestety Moisiej trafny zrobił horoskop – Tadeusza rozstrzelali hitlerowcy.

W płocie okalającym podwórze naszego domu otwierało się furtkę i wchodziło do bardzo starego sadu. Jabłonie powykręcane spazmatycznie, grusze, wiśnie, pachnące jakieś zioła, roje pszczół, rozgrzane słońcem powietrze, kwiaty rosnące dziko, maliny, pokrzywy, wielkie łopuchy. Wszystko tu żyło swoim odrębnym życiem, tętniło, świergotało ptasimi głosami, aż dziw jak kilka metrów od zaludnionego podwórza zaczynał się inny świat. Tam to spadaliśmy z drzew, nieraz boleśnie potłuczeni nie przejmowaliśmy się tym wcale. Co tam spadanie z drzew! Spotkała mnie gorsza przygoda. W lecie w mieście pętały się chmary Cyganek, miałam wtedy chyba pięć lat, bawiłam się na podwórzu, gdy śniada jejmość przekonała mnie za pomocą cukierka, że powinnam z nią pójść na spacer. Dopiero za rogiem ulicy lamentująca niania dopadła nas, zmieniając niejako linię moich przeznaczeń.

Święta w szczenięcych latach! Na Boże Narodzenie czy Wielkanoc czekało się z utęsknieniem. Mija drugi miesiąc od początku roku szkolnego – ileż to do Bożego Narodzenia? Obliczało się. To nie prezenty były ważne, ale sam nastrój, no i ferie. U nas święta obchodzono tradycyjnie. Wigilia, ileś tam dań, ryby, grzyby, uszka, jemioła, choinka w domu i wielki kinderbal w „Dworianskom Klubie”. Wkrótce po Bożym Narodzeniu osobna uroczystość – Nowy Rok. Nie do wiary, jak trwałe były zakorzenione tradycje – panowie winni byli „składać wizyty”. Zajeżdżał taki pan w czerni, z laską, koniecznie w cylindrze, zasiadał w salonie, pan domu zazwyczaj nieobecny, bo sam musi odrabiać pańszczyznę. Gość tkwi sztywno w fotelu, składa życzenia pani domu, z którą nic go nie łączy, albo odwrotnie – blisko zaprzyjaźniony widział ją wczoraj, właściwie nic nie ma do powiedzenia, powtarza wszystkie banały – pogoda, Duma, Rasputin, wypija kieliszek i pędzi dalej na trzecią, piątą, piętnastą „wizytę”. Pod wieczór upada ze zmęczenia i jak zwiotczały łachman, lekko podpity, wali się na łóżko bez sił. Za rok identycznie to samo.

Sylwestra obchodzono hucznie, ale my dzieci nie braliśmy w tym udziału. Mama w jakiejś powiewnej sukni usianej motylami schylała się nad naszymi łóżkami i wyjeżdżała z ojcem w nieznane nam regiony „na spotkanie Nowego Roku”, tak się nazywał Sylwester.

Wielkanoc miała zupełnie inną aurę. Już same przygotowania były pasjonujące. W domu coś w rodzaju trzęsienia ziemi, rwetes i harmider. Ucieranie, ubijanie, siekanie, tłuczenie orzechów, wszystkie rondle, patelnie, niecki, brytfanny zajęte, chrzęst ucieranych z cukrem migdałów w niepolewanych makutrach, baby tiulowe, szafranowe wiecznie w niebezpieczeństwie, mazurki w zagrożeniu – piana może opaść, żółtka mogą się zwarzyć, placki „usiąść”… W Wielką Sobotę jakoś strachy ustępowały, na stołach wszystko już polukrowane, przybrane, ulizane. I wtedy zaczynało się ustawianie stołu. Święcone nie stało na stole jadalnianym, tylko osobno w głębi jadalni przy ścianie. Biały obrus z bukiecikami bukszpanu, karafki, butelki, azalie, hiacynty, cynerarie i laki, pośrodku wielka baba z cukrowym barankiem na wierzchu, otoczona kolorowymi jajkami, obok szynka surowa litewska, z drugiej strony szynka zapiekana w cieście z ciemnej mąki (tę powłokę zjadał pies Ikar), zwój pieczonej kiełbasy, prosię z pisanką w pysku, prostokątne mazurki: marcepanowy, czekoladowy, cygański, pomarańczowy, wodny i licho wie jeszcze jaki, pascha z sera w kształcie przysadzistego obelisku przybrana cykatą. W sobotę o północy dorośli zbliżali się do stołu po kawałek szynki – symbol przerwania Wielkiego Postu.

W pierwszy dzień świąt tradycyjnie wkładałam nową suknię, już letnią, i bywało dosyć nudno, za to w drugi dzień świąt! Już o świcie Bronek oblewał mnie jeszcze w łóżku, zrywałam się wściekła i nieustający śmigus trwał przez cały dzień.

W dawnej Rosji, jak sobie przypominam, zawsze i wszędzie obowiązywały mundury. Nie mówiąc o wojskowych, cywilni też mieli czapki z wypustkami i insygniami, takież wypustki na kurtkach, sztubacy też oczywiście umundurowani – mundury, mundury do znudzenia. To właśnie było dziwne, że ludzie wolnych zawodów, ludzie nauki, profesorowie, nauczycielki, urzędnicy – wszystko tkwiło w mundurach. Polacy chyba wyłamywali się z tego zwyczaju, noszono długie surduty, żakiety-jaskółki, a na sportowo – szerokie pumpy do kolan. Panie naturalnie w gorsetach z podniesionym biustem – wszystko było nieważne: nogi, brzuch – furda! Talia! Talia osy to jest uroda, talię mierzono centymetrem – jeszcze ścisnąć, jeszcze dociągnąć, aż wyciśnięte ciało poszło w górę czy w dół. Niepojęte, że właśnie ta talia okrągła i twarda jak żelazo, bo opancerzona bryklami, liczyła się, a to, że figura wyglądała jak przełamana wpół i bardzo uwydatniała tył, było nieistotne. Obwód talii liczyło się na werszki, a na biuście modnie spreparowanej damy można było postawić talerz zupy. Przy wypiętej damie z powiększoną fiokami głową mężczyzna wyglądał nikło. Kuse marynarki, wąskie spodnie – nawet przy atletycznej budowie nie dorównywał obfitościom kobiety. Nadrabiał owłosieniem. Te wąsy, te brody, te loki, na nosie często pince-nez na czarnej tasiemce – tyle tego wszystkiego na twarzy, że gdyby się ogolił, nikt by go nie poznał. Właściwie młodo wyglądał chłopak do 18-tego roku życia, potem stawał się zarośniętym starszym panem i tak do końca życia – broda coraz dłuższa sięgała do pół piersi, w miarę siwienia odbarwiała się, upodobniając się do sierści łaciatego psa.

Być Polakiem w carskiej Rosji było i łatwo i trudno. Niby żadnego ucisku, szacunek dla fachowców, a jednocześnie byliśmy tacy inni, tamci na swoim, my przelotne ptaki. Kto czuł się Polakiem, eo ipso hołdował ideom demokratycznym, studenci wespół z Rosjanami należeli do tajnych kółek socjalistycznych. Słowo „Sybir” przestało być pojęciem geograficznym, było synonimem przemocy, upodlenia i zagłady, wujowie moi Feliks i Antoni powędrowali tam po 1905 roku i nigdy już nie wrócili. U nas w domu wciąż toczyły się dyskusje na tematy polityczne, zwłaszcza gdy pojawiał się kolejny zarośnięty młodzieniec przysłany przez ciocię Kicię do nocowania. Wuj Żeniek był wybuchowy, wiecznie w opozycji, gorąco dowodzący niewinności Dreyfusa, ale pamiętam jego wypowiedź na zimno, z uśmieszkiem: „- Bas bleu, parbleu…Sufrażystki domagają się równouprawnienia! Durne baby, nie widzą, że im to bokiem wyjdzie…ha!…walka płci, chcą nam „pokazać”! Może kiedyś to im się uda, no i co? Będą harować jak galernicy, a mężczyźni chętnie zrzucą część brzemienia z pleców. Czy nie widzicie idiotyzmu – domagać się pogorszenia losu!” Cóż powiedzieć na to? Powiem – hmm…

Stosunki ojca z robotnikami, mamy ze służbą były jak najlepsze. Wbrew powszechnym zakazom nie broniono mi przesiadywania w kuchni, co bardzo lubiłam. Siedząc na wyszorowanym stole, słuchałam gadek, piosenek, plotek. Może nie tak owocnie jak Puszkin, ale z przyjemnością. Mieliśmy starą nianię Eufemię, pracowała u nas 18 lat, aż do śmierci. W dzieciństwie była jeszcze „kriepostnaja”, nigdy o tym nie mówiła, ale kiedyś w kuchni rozgadała się, jak to pan kazał ją uwiązać do psiej budy na calą noc za jakieś przewinienie. Bała się nocy, bała się psa, krzyczała…Opowiadanie to zrobiło na mnie ogromne wrażenie, długo nie mogłam zasnąć, na drugi dzień ku jej zażenowaniu pocałowałam ją w rękę. Czasem przychodził do kuchni syn kucharki w haftowanej rubaszce z czubem naoliwionych włosów i wtedy śpiewało się ukraińskie pieśni, pamiętam:

U sosida chata biła

U sosida żynka myła

A u mene ni chatynki etc. etc.

Ulubionym tematem pogaduszek były zarazy, pomory, no i cuda. Widocznie kiełkowało we mnie poczucie obowiązku towarzyskiego – sama powinnam opowiedzieć coś ciekawego, nie tylko słuchać. Właśnie nadeszła kartka od cioci Mani – mamy śliczną córeczkę Irenkę. Było to siódme dziecko ciotki, trzeba było o tym fakcie opowiedzieć:. „Wiecie, moja ciotka ma tyyle dzieci…może dziesięcioro, bo jej się co miesiąc rodzi dziecko…takie małe…” „Ależ to niemożliwe, Niunieczka” – dyskretne uśmieszki. „Ale na pewno. Spytajcie mamy. Co miesiąc – nowe dziecko!” W tym momencie z głośnym brzękiem spadła ze ściany ogromna miedziana patelnia i dyskusja urwała się wśród śmiechów.

Jeszcze parę słów o niani Eufemii. Nade wszystko bała się pożaru, kiedyś w panice biegała po całym domu, że czuje swąd, a to właśnie tlił się obręb jej długiej spódnicy. Nie wierzyła w papierowe banknoty, pensję należało jej płacić w złocie. Składała ją przez wiele lat do woreczka „dla Kazieczki”, bo mojego brata Kazika kochała najbardziej, że taki szczupły, wrażliwy – może przeczuła jego tragiczny los. Starowinka nie miała żadnych potrzeb prócz…kawy. Ojciec wracając z wojaży zawsze przywoził jej piękną puszkę najlepszej kawy Ejnema. Eufemia, po rosyjsku Jewfimia – relikt minionych czasów, zatłamszona indywidualność, analfabetka, żyła dla nas, naszymi sprawami, nie żądając dla siebie nic. W Polsce chyba też istniał ten gatunek, zbliżony raczej do typu „rezydentek”, dziś już na szczęście zanikł kompletnie. Z osobą niani łączą się moje pierwsze kompromisy życiowe. Gdy mi czegoś odmawiano, z rykiem ogłaszałam, że opuszczam dom na zawsze. „Nianiu, pakuj się!” Wychodziłyśmy na ulicę z walizką, robiło mi się coraz głupiej, nikt mnie nie zatrzymywał. Szłyśmy tak przed siebie, wreszcie niania zagajała: – W domu pewnie wszyscy płaczą…Ikar skomli… a taki dobry deser miał być dzisiaj… ale to już nie dla nas… Powolutku złość odchodziła, ale nie mogę stracić swojej 6-letniej twarzy! Po ciężkich zmaganiach psychicznych decyduję: „Wracamy!” W domu udane zdziwienie: „Już wróciłyście?” Tu kończyła się moja wytrzymałość: wybuchałam wielkim szlochem: „Wieczornym pociągiem pojedziemy!” A wieczorem nikt mi już o tej decyzji nie przypominał.

Zabawne, jak rodzice moi, rdzenni królewiacy, a mama warszawianka, powoli nabierali śpiewnego akcentu. Byliśmy dwujęzyczni, w domu mówiło się po polsku, czytało się po polsku, prenumerowało się pisma polskie, przestawało się z Polakami…a jednak. Bardzo rzadko bywali u nas Rosjanie, z wyjątkiem pewnego inżyniera-elektryka nazwiskiem Mikołaj Iwanowicz Troickij. Ożeniony był z aktorką w Petersburgu, rozwiódł się, wyemigrował na południe, prosił o przyjęcie jego córki Toni do nas na lato. Miałyśmy po 11 lat. Dziewczynka była ładna, zadawała petersburskiego szyku, wszystko miała lepsze niż ja: buciki, sukienki, wielkie słomkowe kapelusze z pękiem czereśni. Spotkałam ją w 12 lat potem w Paryżu, występującą w Folies-Bergere.

Troickij miał dwa motocykle – Karła Iwanowicza i Amalię Karłowną, tak się nazywały. Zajeżdżał z hałasem na jednym z nich i od razu pędził do nas, do dzieci. Uwielbialiśmy go, bo też było za co. Interesował się nami i umiał wszystko. Na początek – pokaz akrobatyki, kilka salt w powietrzu, potem stawiał nas na głowie. Jeśli nie byliśmy należycie rozruszani, zaczynała się lekcja śmiechu. Śmiał się z początku lekko, potem coraz głośniej, dochodziło do takich parkosyzmów, że łzy nam leciały, wyczerpani do cna waliliśmy się na kanapy. W chwilach uspokojenia wyciągałam album. Robiłam na kartce akwarelą jakiś kleks, powiedzmy jaskrawo zielony. Nasz przyjaciel zaczynał wtedy malować obrazek w ten sposób, że mój kleks czy jakaś falista linia stawały się potrzebną częścią całości. Fascynujące było śledzić postępy akwareli – co też on wymyśli?

Ojciec mój był z zamiłowania astronomem i matematykiem. Stał u nas na strychu teleskop i kiedy przyjeżdżał pan Paderewski, razem obserwowali niebo. Paderewski wysoki, rudy i nie pamiętam, czy był bratem, czy kuzynem wielkiego Ignacego. Stale zamyślony i nieobecny, ożywiał się „przy gwiazdach i muzyce”, bo grywał na wiolonczeli. Kiedyś, gdy mama była zajęta, dostąpiłam zaszczytu akompaniowania mu – ach, oczywiście – był to polonez Ogińskiego.

Wtedy już ćwiczyłam systematycznie. Nasz profesor Schontag, skądinąd pedagog bardzo wzięty, był pianistą grającym jak maszyna do szycia. Szczery czeski patriota, częstował zawsze muzyką czeską, kazał grać Sharvenkę, Drdla czy Dworaka i dosyć mnie nudził. Nieszczęściem miałam łatwość czytania nut, duże utwory grałam a prima vista i zanim opanowałam utwór pamięciowo, już mi się znudził i odrzucałam nie oszlifowany, niewykończony.

Nie byliśmy wyjątkiem, posiadaliśmy dziwny przedmiot z korbą i ogromną tubą, zwany gramofonem. Wielkie czarne płyty grały chyba niecałą minutę i znów kręcenie korbą, zmiana szpilki. Gdyby istniały wtedy „złote płyty”, bezapelacyjnie zdobyłaby ją wykonawczyni cygańskich romansów Wialcewa.. Jej płyty zalewały rynek: „Oczi cziornyje”, „Gałązka jaśminu” czy „Gajda trojka”. Było w tych romansach bezwstydne obnażanie duszy, wulkany zazdrości i miłości, puchary wina, pędzące „trojki” sań, rozpacz, wszelkie uczucia maxi. Największą karierę międzynarodową zrobiły ”Oczy czarne”, większą może niż słynna „Modlitwa dziewicy” Bądarzewskiej, a przecież i ona, gdyby istniał wtedy ZAIKS, zostałaby milionerką.

Tym, czego żadne dziecko z naszego środowiska uniknąć nie mogło, były lekcje tańca. W jasnej sukience z szarfą poniżej talii związaną z tyłu na kokardę, z kokardkami we włosach, wypucowana, prowadzona byłam z braćmi do państwa Kondrackich. Mieli oni olbrzymi salon pełen nieoczekiwanych rzeczy, a więc ‘ekrany’ zasłaniające piece – wielkie prostokąty malowane lub haftowane, ujęte w mahoniowe ramy na kółkach, parawany „artystycznie” malowane w jakieś słoneczniki czy ptaki, garnitury białych złoconych mebli, wreszcie ogromny fotel Voltaire, w którym siadywała całkowicie zmumifikowana babcia. Przy fotelu stał podnóżek obity miękką tapicerką z frędzlą, a na oparciu na złotych sznurach wisiało coś w rodzaju mufki – jedwabna, haftowana poduszeczka pod głowę. Na ścianie był ogromny olejny obraz, przedstawiający Kleopatrę w krytycznym momencie jej życia, w palcach mianowicie trzymała małą żmijkę, której język pożądliwie zbliżał się do obfitego dekoltu. Na konsolach stały palmy, był też kącik chiński, kiwający się porcelanowy bonza, u góry na ścianie rozwinięte wachlarze. Wywoskowana na błyszcząco posadzka czasem trzeszczała ostrzegawczo, dom był stary. Pod ścianami siedziały mamy, ciotki, babcie, my skupialiśmy się po drugiej stronie, chłopcy osobno, dziewczynki osobno. Nadchodził maitre, taper uderzał w klawisze, no i zaczynaliśmy. Dziwaczność tańców była tak zadziwiająca, że przypominała zadania matematyczne, mnoga ilość figur tak skomplikowanych, że łatwo było pomylić ich kolejność, co psuło tok rozwiązywanych zadań choreograficznych. Zaczynam z partnerem jak Bóg przykazał, ale już po chwili trzeba było znaleźć się vis-a-vis, składaliśmy sobie jakieś ukłony, zmienialiśmy miejsca, raz ręce na biodrach, raz skrzyżowane, parę kroczków na prawo, parę na lewo, podskok, wszystko na komendę raz, dwa, trzy. Taper wybijał takt z precyzją automatu. Kończyliśmy „pas de quatre”, zaczynaliśmy „polkę-kokietkę”, „hiavatę”, „pas de patineur”, salonową lezginkę, mazura i wreszcie walc. To już było coś. Można było nakręcić się do zawrotu głowy. Ale żeby było trudniej, tańczyliśmy walca figurowego, zmieniało się partnera, , tenor maitre’a grzmiał: „En avant!”, „Rond!”, „A vos dames!” . Komenda tylko po francusku, takie były zwyczaje.

 

Polacy w Połtawie przed wojną światową, cz. II

Niemal każdego roku przyjeżdżaliśmy do Warszawy, „żeby dzieci nie wynarodowiały się”. Ach, Warszawa… to był inny świat. Dziwne, wszyscy mówili po polsku, prędko z twardym akcentem, wszyscy się spieszyli… Wąska ulica Marszałkowska wydawała mi się bardzo elegancka, zwłaszcza wystawy sklepowe. Bardziej niż wystawy zabawek zaczęły mnie interesować niezliczone witryny Bogusława Hersego (Marszałkowska róg Kredytowej), poza sukniami eksponowane były piękne drobiazgi, kto dziś pamięta: jedwabne wstążki Pompadour, szerokie, w delikatne stylowe kwiaty, wstążki atłasowe, z mory, aksamitne, taftowe, strusie pióra plereuse wiązane dla przedłużenia naturalnej długości każdego włókienka, barwione wymyślnie – u nasady np. mocno pomarańczowe, rozjaśniane stopniowo do jasnożółtego i białego, tak pięknie falujące na kapeluszach czy sorties. Parasoleczki w niezliczone falbanki z tiulu, najprzeróżniejsze sztuczne kwiaty do przypięcia, bukieciki fiołków parmeńskich, perfumy Atkinsona, Gabilla, no i koronki, koronki – cienkie valancienne, mięsiste gipiury, hafty, szychy, śnieżne etole z gronostajów, soboli. Wewnątrz sklep Hersego urządzony był tak, że przyprawiłby o zawrót głowy dzisiejszego wielbiciela secesji. Te złocenia, powykręcane balaski przy pompatycznych schodach przykrytych malinowym dywanem, wszędzie lustra, rozebrane alabastrowe dziewice ze zniczami w dłoni, gabloty, wazy – ani jednej prostej linii! Za kontuarami panienki – sama elegancja, wdzięk, ściśnięte gorsetami, w oczach napięcie – byle uprzedzić życzenia klientki, byle dogodzić! Na piętrze salony z fotelami, separatkami do przymierzania i lustra, lustra, na sufitach esy-floresy, sztukaterie w rogi obfitości, girlandy, złocenia i kryształowe żyrandole. Na pierwszym miejscu jednak stawiałam nie wystawy Hersego, tylko „Aurelii”, Marszałkowska róg Złotej. „Aurelia” – gorsety! W wielkich lustrzanych szybach oglądałam z napięciem kilkanaście manekinów pięknych dam naturalnej wielkości. Prezentowały gorsety białe, różowe, czarne i fragmenty jakiejś bielizny. Manekiny były bardzo realistyczne. Osobny wyrafinowany akcent – jedna z dam była Murzynką. Niepojęte, jak firma mogła prowadzić tak duży sklep, sprzedając tylko gorsety jako jedyny artykuł! Później słyszałam plotkę, że był to zamaskowany dom schadzek.

Co trzeci dom na Marszałkowskiej to cukiernia. Wtedy nie mówiło się ‘kawiarnia’, tylko ‘cukiernia’, a ciastka były znakomite. Właściwie cała Warszawa pachniała mi babkami śmietankowymi, no i drugi nieuchwytny zapach – gaz. W dalekiej Rosji nie mieliśmy gazu i nos mój był wrażliwy na ten nowy zapach. Cukiernie oferowały stosy gazet i pism ilustrowanych, rodzimych i obcych, oraz bilardy. Panie raczej nie ukazywały się w bilardowych salonach, gdyż gracze zdejmowali marynarki, ukazując – nieprzyzwoicie – kamizelki i białe rękawy koszul.

Cała Marszałkowska rozbrzmiewała tępym tupotem końskich kopyt. Tępym? Właśnie, bo Marszałkowska wybrukowana była drewnianą kostką. Tak. Wierzyć się dziś nie chce, że jezdnię można wykładać drzewem jak podłogę w pokoju. Niszczyło się to, wybrzuszało, czerniało od wody i śniegu, ale było. Powiedziałabym, że była w tym jakaś elegancja, kameralność, nie umywały się do tych nawierzchni kocie łby.

Wiele nie pamiętam z tych pobytów w Warszawie, obowiązkowo bywaliśmy na Powązkach na grobach dziadków, w Zachęcie, raz w teatrze (chyba w Letnim w Saskim Ogrodzie na Fertnerze), w Łazienkach, w ogrodach Botanicznym i Pomologicznym na Nowogrodzkiej. Warszawę inną poznałam w roku 1918 i pozostałam w niej z małymi przerwami do końca życia.

Wracaliśmy na Ukrainę pełni wrażeń i znów braliśmy się do nauki. Kiedy skończyłam 10 lat, należało poważniej pomyśleć o mojej edukacji. Wielkiego wyboru szkół nie było, zdawałam więc do gimnazjum maryjskiego. Poszło dobrze i należycie umundurowana zasiadłam w ławce. Szło mi nad podziw łatwo i myślę, że od razu obrałam dobry system uważania na lekcjach, często wyrywałam się „do odpowiadania” i dlatego w domu nie miałam wiele do roboty. Jako jedyne dwie Polki w klasie byłyśmy bardzo dumne, gdy cała klasa miała lekcję religii, a nas zwalniano jako katoliczki. Miałyśmy religię wszystkie razem – kilkanaście dziewczyn z całego gimnazjum w różnym wieku, uczył ksiądz Tarasewicz.

W owych czasach uważało się, że człowiek wykształcony powinien mieć choćby pobieżną znajomość łaciny, a w szkołach łacina bynajmniej nie była przedmiotem marginesowym i młodzież obkuwała się poważnie i z wielkim mozołem. Jakiś tam procencik nabytych wiadomości zostawał do końca życia, a na pewno bardzo pomagał przy studiach nad innymi językami. Większość młodzieży uważała łacinę za dopust Boży, ale nierzadko młode umysły ulegały urokowi antyku, zwłaszcza gdy łacinnik był na poziomie. Z tych czasów zapamiętałam żartobliwy wierszyk, świadczący o znaczeniu języka łacińskiego w sztubackim życiu:

EGO po polu szatałsia,

MIHI PUER powstrieczałsia,

PUER LAPIDEM schwatił,

MIHI w CAPUT zapustił.

Istnym trzęsieniem ziemi w szkole były odwiedziny cesarzowej Marii Fiodorowny, matki „łaskawie nam panującego” Mikołaja II. Patronowała ona wszystkim instytutom maryjskim w całej Rosji. Ciało nauczycielskie drżało, drżał dyrektor i ostatnia pomywaczka. Nauka poszła w kąt, ćwiczyłyśmy dworskie ukłony, szorowano ściany, sufity, podłogi, przywieziono egzotyczne drzewka w kadziach.

Kilkupiętrowy gmach naszej szkoły usytuowany był przy wielkim placu w kształcie ronda. Na środku spory skwer-park, wkoło gmachy gimnazjum męskiego, korpusu kadetów, jakichś urzędów, jezdnia biegła koliście. Kawalkada powozów wolno okrążała rondo, w otwartym landzie cesarzowa, na chodnikach tłumy obywateli, stójkowi troili się w wielkiej gorliwości, wreszcie konie zajechały przed pompatyczny fronton szkoły. Stałyśmy szpalerem w hallu i wzdłuż schodów, gdy ukazała się matuszka-carowa ze świtą. Wolno kroczyła wśród miejscowych notabli, wyglądała jak królowa Mary angielska, a potem Lucyna Kotarbińska. Skomplikowany kapelusz w kształcie ula, boa z piór, niedługi tren, żabot, białe długie rękawiczki glasse, nieładna twarz pełna „łaskawości”. Tak przedefilowała, a my w najgłębszym plie ze złożonymi dłońmi. Jakie tam braki mogła zauważyć w tej wypucowanej gotowości, nie wiem, ale to chyba los wszystkich wizytatorów.

Wkrótce po „najjaśniejszej wizycie” zaszedł w szkole smutny wypadek. Umarła uczennica z szóstej klasy na „cukrową chorobę”. Składki, wieńce i trzeba było iść do cerkwi na panichidę i pogrzeb. Jak prymitywne zwierzątko nie znosiłam widoku nieboszczyków. W Rosji panował dziwny zwyczaj niesienia otwartych trumien na cmentarze. Odwracałam wzrok. Teraz w cerkwi stałam blisko katafalku, znałam dziewczynkę, wydawało mi się nielojalnością zamykanie oczu, toteż zerknęłam „w ćwierć oka” i … miałam dosyć. Dymy kadzidlane unosiły się wkoło, uszy wypełniały pienia djaka basso profondo, przerażający widok kilku popów długowłosych i brodatych – byłam bliska omdlenia. Widocznie bardzo zbladłam, bo tłum rozstępował się, gdy usiłowałam wyjść.

Nie orientowałam się wtedy wiele w sprawach ‘de publicis’, ale i mnie obiły się o uszy „gliniane nogi” – określenie caratu stojącego na glinianych nogach. Szeptano o niebywałych bezeceństwach i upijaniu się Rasputina, o traktowaniu carowej niby dziewki folwarcznej, o cudach, przepowiedniach, skandalach, o jego niebywałej bucie. Było to zresztą daleko, a my też mieliśmy swój skandal. W 1913 roku toczył się w Kijowie proces o rozgłosie w skali krajowej, a może nawet światowej, niczym sprawa Dreyfusa: słynny proces Bejlisa. Bejlis oskarżony był o mord rytualny. Dzieci szeptały: „zabił małego chłopczyka, wytoczył z niego krew na macę”. Ta koszmarna historia rozpalała nienawiści, mówiło się o pogromach, Żydzi na całym świecie byli poruszeni, petycje szły z wielu krajów, najznakomitsi adwokaci bronili Bejlisa bezinteresownie. Matki drżały o swoje dzieci, jakby się otworzyła jakaś czarna otchłań, okropna, nieznana, pełna tajemnic, mistycyzmu i fanatyzmu. W końcu Bejlisa uniewinniono i opinia publiczna uspokoiła się.

W klimacie ukraińskim dzieci chowały się zdrowo, nie uniknęliśmy oczywiście różnych zakaźnych paskudztw jak świnka, dyfteryt itp. Zresztą jak przez mgłę przypominam sobie wybuchające co roku epidemie z cholerą na czele. Mama moja, bardzo zdrowa i silna, padła ofiarą zarazy. Do kuchni przyszła chłopka z jajkami na sprzedaż, mama zauważyła na jej rękach podejrzane krosty, a babina: „Ne bojte sia, ce wispa!”. Bagatela! Wkrótce mama dostała 41 stopni gorączki, wywiązała się ospa, ta najgroźniejsza. Miałam chyba 5 lat, ale pamiętam, jak nas odseparowano, pokój chorej cały wyklejono czerwonym papierem, abażury lamp na czerwono, co rzekomo miało uchronić od dziobów po ospie. Uchroniło rzeczywiście. Dlaczego człowiek pamięta drobiazgi sprzed z górą pół wieku, właśnie te, a nie inne? Ja pamiętam, jak jedliśmy zielony groszek dziobiąc głośno widelcami, jak wbiegła pielęgniarka żądając ciszy i jak usłyszałam szepty: „barynia konczajutsia”, a mama podobno w malignie narzekała na blask brylantów, rubinów…Właśnie to zapamiętałam, a zupełnie nie przypominam sobie czasu jej rekonwalescencji.

 

Nasze miasto wsławione było bitwą ze Szwedami w 1709 roku, wciąż odkopywano ciekawe przedmioty, stare monety, broń, szkielety. Osobliwością była drewniana cerkiewka, w której Piotr Wielki modlił się o zwycięstwo, niewątpliwie rozsypałaby się w proch, gdyby nie obmurowano jej wkoło. Jakby w futerale przetrwała wieki, wewnątrz ikony wielkiej urody.

Nadchodził rok 1914-ty. W lecie brat Bronek został już wyprawiony do stryjostwa do Łomży, ojciec pojechał służbowo do Londynu w sprawie filtrów pospiesznych, my reszta spędzaliśmy wakacje nad Bałtykiem w renomowanym kąpielisku Połąga. Bardzo blisko w porcie Aleksandra III mieszkał z rodziną kochany mój wuj Jan Zajączkowski, kwintesencja wdzięku i talentów, inżynier marynarz, ongi po Port Arturze jeniec japoński. Któregoś dnia przegrywaliśmy na cztery ręce jakieś stare albumy kawałków salonowych. W pewnym momencie wujaszkowi przestał się podobać dźwięk klawisza „cis”. Nie namyślając się długo, rozebrał bebechy pianina, ale na złożenie z powrotem zabrakło energii, wolał ze mną popływać. Kąpaliśmy się w naszych śmiesznych kostiumach i było bosko.

Nagle gruchnęła hiobowa wieść – w o j n a ! Wszystko się zakotłowało, błyskawicznie znaleźliśmy się w Libawie. Pociągi odchodziły nieregularnie, zrozpaczone tłumy okupowały perony, pamiętam dantejskie sceny na hotelowym korytarzu, szlochy, spazmy, jakaś dama w koszuli z rozpuszczonymi włosami do pasa runęła na podłogę w ataku histerii, dzieci darły się, rwetes, nagle głos: „Spokój, przecież Niemcy nie zwierzęta!” Po paru dniach zaświtała nam nadzieja wyjazdu. Wstaliśmy bardzo wcześnie i wyruszyliśmy dorożką na dworzec. Kiedy po wielu peregrynacjach dotarliśmy wreszcie do domu, ojciec i Bronek już na nas czekali. Mieliśmy jeszcze pojechać do ulubionej wsi Gołtwy, gdzie nieraz spędzaliśmy część wakacji, ale wobec grozy wojny zrezygnowaliśmy.

Nie pamiętam nawet, czy odbył się wtedy tradycyjny Soroczyński Jarmark. Jarmarki te nie miały nic wspólnego z pojęciem handlu jarmarczną tandetą. Zjeżdżały przedstawicielstwa wielkich firm, w pawilonach można było kupić pierścień z brylantem, drogie futro, rasowego konia czy gitarę. Był to jednocześnie barwny pokaz folkloru, hoże Ukrainki w narodowych haftowanych strojach, sznurach korali, z wiankami na głowach, pełniły służbę dzisiejszych hostess, podawały narodowe potrawy – wareniki z ciemnej mąki z serem i śmietaną w malowanych miskach, słynny barszcz ukraiński, suche kijowskie konfitury i wiele innych specjałów.

Ja tu o jarmarku, a przecież wybuchła wojna. Wiele działo się na świecie, a i w naszym życiu zaszły zmiany. Ojciec uważał, że czas już zmienić miejsce pobytu, przed Ukrainą zmienił niejedno miasto, Bronek przyszedł na świat w Carycynie (późniejszym Stalingradzie). Wyłoniły się dwie możliwości. Propozycja objęcia posady dyrektora wodociągu w Kaliszu oraz budowa kanalizacji w Astrachaniu. Rodziców ciągnęło do kraju, a z drugiej strony każdego fachowca musiała nęcić wielka budowa, której kosztorys wynosił z grubsza 5 milionów rubli. Nie mówiąc już o zaszczytach, finansowo Kalisz i Astrachań przedstawiały się tak, jak złotówka do tysiąca dolarów. Na zwołanym ad hoc zebraniu rodzinnym dzieci opowiedziały się kategorycznie za Astrachaniem, Bronek kończył niedługo 17 lat, byliśmy pod jego wpływem. Zresztą Wołga… jedna z największych rzek, egzotyka, kawior, winogrona, pobliski Kaukaz – biedny Kalisz nie wytrzymał porównania.

Zdecydowano. Jedziemy do Astrachania. Tak się zakończył okres ukraiński.

 

Polacy w Astrachaniu 1914 – 1918

Pewnego upalnego wrześniowego dnia 1914 roku znaleźliśmy się w Saratowie, mieliśmy wsiąść na statek i płynąć na południe. Trochę mnie zatkało, gdy zobaczyłam Wołgę, w porównaniu z nią Dniepr był strugą. W rzecznym porcie ruch wielki, kilka zakotwiczonych dużych statków, wkoło małe pieski-motorówki, rwetes, zgiełk. Reklamy dwóch największych kompanii pasażerskich – linii „Samolot” i „Kawkaz i Merkurij”. Właśnie wsiedliśmy na taki „Kawkaz” – w pierwszej klasie jak na owe czasy komfort niebywały, salony, gry pokładowe, prysznice. Płynęliśmy podziwiając szerokość rzeki i panoramę brzegów, nie brakło chórów z „Ej, da uchniem” i „Wniz po matuszkie po Wołgie”. Było coraz goręcej, krajobraz stopniowo żółkł, tylko w dalszej perspektywie zieleniły się winnice. Upał ponad 40 stopni, tłumy w porcie na biało, unosi się zapach ryb dość przykry.

W Astrachaniu powitało nas kilku panów w białych płótnach i wreszcie pojechaliśmy do nowego lokum. Było tego z 9 pokojów z oszkloną galerią, w której można by urządzać zawody na wrotkach.

Przyjęto mnie do 4-tej klasy ekskluzywnego gimnazjum prywatnego M-me Szawerdowej. W szkole byłam egzotycznym ptakiem „z zachodu”, mieliśmy w klasie 13 Ormianek. Tatarki, Kałmuczki i Kirgizki do szkół nie uczęszczały.

I tu, jak wszędzie na świecie, było sporo polskich rodzin. Patronowała im pani Stanisława Klimaszewska (zakład fotograficzny, specjalność – portrety artystyczne), wraz z dwiema siostrzenicami, panną Anną Arkuszewską (właśnie wtedy wróciła ze Szwajcarii, gdzie studiowała bakteriologię) i panną Florentyną Arkuszewską, fotografikiem. Miały własny obszerny dom, mieszkanie przylegało do zakładu. Pamiętam nieduży salonik z dziwną kanapą w kształcie zamkniętego koła, ze środka wystrzelała zielono wysoka palma. Ciocia Klimaszewska osiadła w Astrachaniu wskutek powikłanych losów zesłańców politycznych – już nie skleję – mąż, ojciec czy dziadek, dość, że tkwiła tu od 40 lat, obrastała w dobra i szacunek otoczenia, miała szeroką rękę w okazywaniu pomocy potrzebującym. Wszyscy mówili do niej „ciociu”.

Dyrektorem elektrowni też był Polak, inżynier Garszwa, ożeniony z Rosjanką – uroczą, brzydką, zezowatą i ponoć bardzo majętną. Nosiła najdroższe futro świata – szynszyle, bynajmniej nie od święta, lubiła psy i od niej właśnie dostaliśmy szczeniaczka, kolejnego Ikara. Polskie rodziny Wernerów, Łotockich, Bujków – wszyscy po latach spotkaliśmy się w Warszawie.

Gdzieś tam walczono, ale theatrum wojny było dalekie, czasem przejeżdżało wojsko na front kaukaski i na tym koniec. W jedzeniu żadnych braków, obfitość wszystkiego. Handlarze Ormianie i Tatarzy w ‘tiubietiejkach’ na głowie, sporo Persów z barwionymi henną na rudo brodami i paznokciami, spotykało się zakwefione kobiety, ale największe wrażenie zrobiła na mnie chińska para handlarzy, z racji biednych, zniekształconych stóp Chinki – relikt okrutnego zwyczaju bandażowania stóp dziewczynkom.

W stepach przylegających do Astrachania koczowali Kirgizi, Kałmucy w swoich jurtach wśród stad baranów, zamożniejsi mieli silne koniki kabardyńskie. Pstry tłum przewalał się przez miasto – narodowe stroje jaskrawo haftowane, dziwne w kroju obuwie z poddartymi czubkami, wielkie futrzane czapy Kirgizów w upał, jedwabne ‘bałachony’ Tatarek, skośne oczy-szparki, płaskie nosy, wspaniałe zęby – to była egzotyka. Kozacy, na Ukrainie z czerwonymi lampasami, tu mieli żółte. Ataman kozacki był w mieście wielką personą. Okręg astrachański obfitował we wszelkie dobra – rudę, sól, winorośl, ryby, zwierzynę łowną. Było tu wielu przemysłowców – niemal analfabetów obracających milionami. Przypominam sobie takiego milionera nazwiskiem Tielatnikow, miał dorastających dwóch synów i córkę, którzy byli tak grubi, że jeździli powozem zawsze w pojedynkę, we dwójkę nie zmieściliby się na siedzeniu.

Tuż za miastem były dwa niezwykłe jeziora: Ełton i Baskunczak – prawie różowe, błotko przy brzegu niebieskawe. Jeśli się zanurzyło gałązkę w płytkiej wodzie, po godzinie wyglądała jak piękny oszroniony stalaktyt, tak była obrośnięta solą. Wszystko wkoło było tak zasolone, że o żadnej roślinności mowy być nie mogło. Co innego step. Zaprzyjaźnieni Tatarzy zaprosili nas kiedyś do swojej jurty. To było wspaniałe: jak okiem sięgnąć płaski obszar, trawy falujące niby bezkresne morze, powietrze nie do opisania, przestałam się dziwić, że każdy ‘stepowy’ zapada w mieście na gruźlicę. Trzeba było uważać, żeby czegoś w jurcie nie pochwalić, bo taki przedmiot natychmiast ofiarowywano w prezencie. Przyjmowano nas zieloną herbatą, do której nie żałowano masła (porządnie zjełczałego), a już zupełnie oniemiałam, gdy hurma dzieci pożerała z ziemi stłuczone jajka razem ze skorupkami. Bardzo lubię Tatarów, to taki przyjazny, gościnny i wesoły naród.

Fortepian mieliśmy nowy, piękny, znów „Br. Diederichs”, a uczył mnie prof. Rossi, Włoch, stary pan w fotelu na kółkach, bo nogi miał sparaliżowane. Mowy już nie było o czeskich kawałkach, grałam preludia, potem inwencje Bacha z wielkim upodobaniem, młócąc poza lekcjami wszystko co było wtedy modne – „Odgłosy wiosny” Sindinga, serenady Braga i Schuberta, „Les adieu” Bohma i naturalnie miniatury Czajkowskiego.

Mniej więcej po roku zaczęli napływać jeńcy austriaccy i niemieccy. Niektórych ekspediowano na Syberię, wielu pozostało w Astrachaniu, zwłaszcza jeńcy cywilni, tzn. obywatele austriaccy i niemieccy, oczywiście wśród nich było mnóstwo Polaków z Krakowa, Lwowa czy Poznania. Wszystkie polskie rodziny uważały za swój święty obowiązek zająć się rodakami i było to o tyle łatwe, że – o idyllo – jeńcy opuszczali dowolnie obozy, spacerowali po mieście, ile chcieli. Ojciec miał ludzi przydzielanych do pracy przy budowie, wybierał Polaków, zapobiegając często dalszemu wywiezieniu, stwarzał fikcyjne stanowiska i jakoś to szło. Jeńcy pochodzili z różnych warstw, nikt z nich nie mówił ani słowa po rosyjsku, tęsknili do rodzin, więdli w oczach – wszystko to odżyło, gdy trochę się zaaklimatyzowało i zaczęło bywać w polskich domach. Przychodzili codziennie, mogli się wygadać, napsioczyć, zjeść czasem niezgorzej, albo jak inż. Beill, pograć na fortepianie. Przypominam sobie opowiadanie wesołego pana Nowakowskiego, lwowiaka:

– Chodzę sobie, paniedzieju, po targu… a tu na straganie micha kawioru… takiego, paniedzieju, żałobnego czarnego, a błyszczy tak wesolutko… Zachwalają, proszę skosztować…No to ja…naturalnie… z przyjemnością. Na migi pokazuję, że bez bułki nie mogę… no to jest kawałek bułki, smarują, paniedzieju, łychą ten specjał. Pycha! A na twarzy wykroiłem minę pełną rozczarowania: za słony… Na drugim straganie – za mało słony. Nakosztowałem się, paniedzieju, z pół funta i oto jestem, już nic jeść nie mogę, czegoś bym się napił…

Wigilie u nas zrobiły się niebywale liczne, co najmniej kilkunastu jeńców zasiadało do stołu – wszystko się skończyło w roku 1917, gdy zmieniły się jakieś tam władze, jeńców zamknięto nie na żarty i wielu wywieziono na wschód. Zezwalano tylko na chodzenie w niedzielę do kościoła katolickiego i wtedy można było podrzucić kartkę czy paczuszkę. Nieoceniona była pani Sienkiewiczowa, nasza kucharka, starsza babina w chustce mniej zwracała uwagę strażników i jej to właśnie często udawało się przemycić wałówkę. Sienkiewiczowa przetrwała u nas całe 4 lata, pokojówki Rosjanki zmieniały się częściej, prawie zawsze analfabetki, które z zapałem uczyłam „gramoty”.

Pomimo długiego upalnego lata, w Astrachaniu w zimie bywał śnieg i wtedy na miasto wyjeżdżały sanki. Zazwyczaj mężczyzna jadący z kobietą trzymał ją wpół. Było to tak naturalne jak w walcu, najsurowsze mamy nie protestowały, gdy młodzieniec obejmował córeczkę w talii, byłoby nawet w złym guście, gdyby tego nie zrobił.

W owych czasach zaczął dynamicznie rozwijać się film. Największa wytwórnia, Br. Chanżonkow, produkowała wcale nie najgorsze filmy. Jakże wiele z nich dobrze pamiętam! „Annę Kareninę”, „Wojnę i pokój” (Natasza – Karalli, która była właściwie tancerką – subtelna, powiewna, o wielkich czarnych oczach), „Przy kominku” (Płoński, Maksimow i wielka gwiazda Wiera Chołodnaja, też czarnooka brunetka, ongi uważano, że blondynki są niefotogeniczne), „Pieśń miłości triumfującej” według Turgieniewa, też z Chołodną, wreszcie wielki triumf kina niemego „Człowiek, który zabił” według Farrere’a z…tak, z Wojciechem Brydzińskim w roli głównej markiza de Sevigne. Pamiętam go doskonale, było tam jakieś porwanie z haremu i duża scena na cmentarzu w Eyub w Konstantynopolu.

Nasz bioskop „Moderne” był okazały, z palmiarnią i bufetem, jeszcze jeden złoty interes miejscowego milionera.. Poza rosyjską produkcją oglądało się Maxa Lindera, Chaplina i braci Marx. I dziś te komedyjki są bardzo śmieszne, tort kremowy rzucony w twarz, pies uciekający z wianuszkiem serdelków – efekty niezawodne, widownia mogła ryczeć do woli, przecież film był niemy. Mówiło się zresztą nie film, tylko ‘obraz’.

Cygańskie romanse zaczęły już nużyć, pojawiła się piosenka. Kilku piosenkarzy dość głośnych, przede wszystkim Ali, który występował jakoś kameralnie, stojąc z boku na tle zapuszczonej kurtyny. Ach, te teksty! Pointa jednej piosenki, niesłychanie śmiała, jak na owe czasy: zakochany namawia pannę do kupienia losu na loterię do spółki. I cóż? Wygrywają podwójne łóżko! Ha, wszystkie problemy upadły, przyszłość wyjaśniona. Najpopularniejszym piosenkarzem był Aleksander Wertyński, zrazu występował z ubieloną twarzą w stroju Pierrota. Publiczność szalała, jego teksty pisane były niezłym językiem, dość zręczne. Zdobył sławę poza granicami Rosji, latami występował jako emigrant w Paryżu, bywał też w Warszawie. Dla epatowania prostaczków opiewał narkotyki, samobójstwa, upadki na samo dno, milionerów, piękne damy w automobilach, wszystko razem było dość nowatorskie w sensie samego podania piosenki, bez emfazy, prosto i z dobrą dykcją (…)

Wiadomości wojenne były skąpe, gazety donosiły o zwycięstwach, ale coraz więcej ludzi powoływano pod broń. Istniało jeszcze takie pojęcie jak „front”, ludność w głębi kraju nie była narażona na bombardowania. Pomimo normalnych pozornie warunków wzrastało napięcie, szeptano o końcu imperium. Rasputin już nie żył, plotkowano, że carowa wpadła w melancholię, że choroba następcy tronu Aleksego robi postępy, coraz częściej padało nazwisko Lenin, oburzano się na okrutne dławienie strajków, gadano o zdradzie w dowództwie armii, gdzie tyle stanowisk zajmowali cudzoziemcy z generałem von Rennenkampfem na czele. Wreszcie wodzem naczelnym został wielki książę Mikołaj, rzeczywiście wielki, bo bardzo wysoki. Było rzeczą oczywistą, że jesteśmy w przededniu historycznych wydarzeń.

Wchodziliśmy w czwarty rok wielkiej wojny. Otrzymywaliśmy w gazetach wiadomości z Petersburga odpowiednio spreparowane, więcej się ufało pantoflowej poczcie. Najczęściej padało nazwisko Kiereńskiego, opowiadano o jego niezwykłych wystąpieniach, o jego efekciarstwie, jak to na wiecu w Wielkim Teatrze przemawiał leżąc pod sufitem na specjalnie skonstruowanej platformie. Tylu głośnych przywódców zginęło, kto by przypuścił, że Kiereński dokona żywota w wieku 90 lat w USA! Tam na północy wrzało, u nas nie działo się nic, miasto było we władzy żółtych kozaków, którym obce były jakiekolwiek rewolucyjne idee.

Wiosną 1918 roku byłam już po maturze (i ja, i Kazik – złote medale), pamiętam, byliśmy na występie pewnego pianisty, wyglądał jak sam Chopin, tylko wysoki. Pokazał się na ulicy w wielkim czarnym kapeluszu i pelerynie. Wieczorem grał wspaniale, pamiętam „Śmierć Izoldy” Liszta według Wagnera. W pewnym momencie wstał od fortepianu i przemówił: – Proszę wszystkich o powstanie i uczczenie chwilą ciszy… głos mu się załamał – zmarł wielki kompozytor Claude Debussy… zagram utwór Debussy’ego… może niezupełnie odpowiedni… skomponowany w przystępie dobrego humoru… Cake-walk… państwo wybaczą.

Lato było w pełni, gdy rozgorzała walka pomiędzy kozakami a bolszewikami. Wielka naturalnie w cudzysłowie, jeśli wziąć pod uwagę późniejsze przeżycia wojenne. Trwało to kilka dni. Strzelano gęsto, ale nie było ani czołgów, ani samolotów, nie wiem nawet, ilu ludzi zginęło. Nie mieliśmy żadnych zapasów, brakowało jedzenia. Kozacy sromotnie wiali, dopalały się niektóre domy, otworzyły się więzienia i obozy jenieckie, zaczynała się nowa era. Część robót przy kanalizacji zniszczona.. Nastąpił czas porachunków, słyszało się o wywożeniu ‘na taczkach’ złych zwierzchników, na szczęście ojciec tego uniknął, zaproponowano mu nawet kontynuowanie pracy, ale wśród ogólnego zamętu mowy być nie mogło o systematycznej pracy na budowie. Jedzenie zaczęło znikać, pojawiły się bandy rabusiów. Trudno było przewidzieć, jak potoczą się nasze losy, bądź co bądź cudzoziemców, coraz częściej myślało się o wyjeździe do kraju.

Wreszcie w sierpniu 1918 roku wyjechaliśmy statkiem, jeszcze pierwszą klasą, do Saratowa, stamtąd już II klasą koleją do Moskwy. Zatrzymaliśmy się u kolegi ojca, inż. Stebelskiego. Na ogół spokój, czynne teatry i kina.

Moskwa nie wydała mi się metropolią, dużo wąskich uliczek, tzw. pierieułków, kobiety w chustkach, ale magazyny znane z etykiet powitałam jak dobrych znajomych: Ejnem – kawa, Siu – herbata, Abrikosow – słodycze czy Daziaro – reprodukcje. Spacerowano po Aleksandrowskich plantach, pełno tam było kawiarń, grały orkiestry, tam też wybrałam się ciekawa stołecznego blichtru. Powodzenie miałam ogromne, zaczepiający obiecywali złote góry, biżuterię, wojaże, słowem podrywanie na wielką skalę. Ku mojemu wstydowi eskapada się wydała: gdy siedzieliśmy przy stole, zjawił się stróż z wiadomością, że tu ‘tacy’ przychodzili i pytali o panienkę… Nasz gospodarz huczał wielkim śmiechem ze mnie durnej: wyjaśnił, że samotna dziewczyna na Aleksandrowskim jest synonimem, delikatnie mówiąc, łowczymi przygód.

Trzeba było „wyrabiać papiery”, często słyszałam nazwisko posła Lednickiego, aż nagle gruchnęła wieść, że zabito posła Mirbacha. To znów przedłużyło nasze starania. Wreszcie po dwóch tygodniach pobytu w Moskwie wyruszyliśmy trzecią klasą, w twardych wagonach, na zachód. Jechaliśmy chyba dwie doby, potem przesiedliśmy się na chłopskie fury, na punkcie granicznym uprzedzono nas, że „eszelony” są nagminnie obrabowywane do nitki przez jakieś bandy. Nie było wyboru. Wypuściliśmy się pieszo i wyprawa się udała. Byliśmy poza Rosją. Znów okropna jazda, chyba czwartą klasą (i taka była!), aż stanęliśmy wreszcie w Warszawie, zdrowi i cali, ale całkowicie pozbawieni wszelkich dóbr doczesnych.

Zaczął się nowy okres, niestety jak się później okazało – międzywojenny.

 

Warszawa w roku 1918

Niewesoły był to widok – Warszawa 1918. Tkwili jeszcze Niemcy, były kartki na chleb, ludzie zastraszeni, zszarzali. Miasto było małe, a może tylko tak się wydawało, bo wobec braku szybszej komunikacji ludzie obracali się w swoich dzielnicach, nie wysuwając nosa dalej.

Akcentem rzucającym się w oczy były niezliczone kartki przypięte do bram domów: „Do wynajęcia cztery pokoje z wygodami”, „3-pokojowe komfortowe mieszkanie”, „Apartament 6-cio pokojowy od frontu”, „Kawalerka z łazienką” itp., wszystkie – ‘od zaraz’. Nie wspomnę już o zachwalanych pokojach „przy rodzinie”. Traktowaliśmy to jak rzecz normalną, że są wolne mieszkania, a że nie mieliśmy ani pieniędzy, ani mebli, wynajęliśmy dwa duże umeblowane pokoje na Marszałkowskiej 68. Nie wiem już, z jakiego powodu przenieśliśmy się potem na ulicę Piękną 62, gdzie stara pani Woyszwiłło wynajęła nam również dwa umeblowane pokoje. To mieszkanie łączy mi się zawsze z „Karnawałem” Schumanna, bo ktoś za ścianą stale to grywał.

Żyliśmy z dnia na dzień niby ptacy niebiescy, tyle się działo, a najmilsze z nowin – wiadomości o klęskach niemieckich. Wreszcie sromotnie, bo nieraz rozbrajani przez chłopców-gazeciarzy, szkopy wyniosły się. Warszawa odetchnęła, na światło dzienne wyszły karykatury „Wilusia” w hełmie ze szpicem – nie śniło mu się, że zakończy karierę rąbiąc drwa w Dorn!

Szły nowe czasy. Niepodległość !! Upajaliśmy się nią wszyscy – na ulicy pełno rozradowanych twarzy, ludzie czuli się jak więźniowie wypuszczeni na wolność. Zrywało się plakaty niemieckie, obrzydliwe gotyckie napisy z orłami, niby szczotką wymiatało ohydne relikty niewoli. Pojawiły się portrety marszałka Focha, prezydenta Wilsona, Piłsudskiego, Dmowskiego, Korfantego. Wszystko wydawało się proste, promienne – nareszcie sami, bez butnych Niemców, bez stójkowych i pristawów. Warto było tego dożyć! Zryw patriotyzmu połączył wszystkich, wzrosła wzajemna życzliwość, ludzie przypomnieli sobie, że można się śmiać serdecznie i głośno.

W konserwatorium dyrektorował wówczas znakomity skrzypek, Stanisław Barcewicz. Tęgi, czerwony na twarzy przesuwał się po korytarzach, dla mnie był Zeusem. Wkrótce jednak nastał dyr. Henryk Melcer. Chóry prowadził prof. Kazuro, z pianistów uczyli profesorowie Drzewiecki, Melcer, Jaczynowska, Przyałgowski i inni. Szybko pozawierałam przyjaźnie, ale – o dziwo – może bliżej zżyłam się z kilkoma studentkami ze Szkoły Dramatycznej, która była dosłownie za ścianą Konserwatorium. Narybek był i tu, i tam bardzo niejednolity, ze wszystkich zaborów i warstw społecznych, dziewczyny studiujące z potrzeby serca i z nudów, często piękne, jak u nas skrzypaczka panna Brinckenhoff, a w Szkole Dramatycznej Jadzia Smosarska. Jakoś nie pamiętam chłopców, chyba malowniczą postać mizernego, długiego Jerzego Lefelda, którego zresztą nigdy bliżej nie poznałam.

Tak to walczyłam z pianinem w nieopalonym pokoiku na Nowogrodzkiej i latałam na Okólnik w dziurawych butach.

Wojna skończyła się dla Europy, niestety nie dla nas. Szedł rok 1920-sty. Wielu mieszkańców zwijało manatki i opuszczało Warszawę. Na ulicach widziało się obce mundury – francuskie, angielskie. U jednej z moich ciotek zamieszkał kpt. Parissot, który, pilnie uczęszczając na jej jourki, odprowadzał mnie kiedyś do domu. Gdy weszliśmy w ulicę Piękną, w poszukiwaniu tematu spytałam, czy wie, co znaczy nazwa tej ulicy. „Oui, oui, je sais, c’est vous, mademoiselle!” – odpowiedział szarmancko. Francuzi byli pełni galanterii dla Polek, niejeden zostawił kawałek serca w Warszawie.. Wtedy Francuzi chodzili w glorii chwały, waleczni niczym Napoleon, opromienieni sławą Verdun, Ypres… tacy b y l i …

Niezwykle malowniczą postacią był generał Carton de Viart, bardzo elegancki postawny Brytyjczyk, zapalony myśliwy, który zresztą został w Polsce na Polesiu przez wiele lat. Nie miał oka, nie miał ręki. Opowiadano taką historyjkę: gdzieś na Polesiu miejscowy faktor naraił mu kwaterę. W czasie instalowania się w izbie generał usiadł i rozkazał ordynansowi: – Zdejmij mi rękę… co ordynans wykonał. Faktor wytrzeszczył oczy. Generał wyjął oko i włożył do szklanki. Po chwili rozkazał: – Odkręć mi głowę!… Faktor zemdlał.

Kto żyw zaciągał się do wojska. Brat z architektury powędrował do jakiejś szkoły, gdzie przemienili go w sapera. Starszy Bronek wrócił wreszcie po wielu peregrynacjach z Londynu, gdzie długo leżał na wyciągu z przestrzeloną nogą, przywiózł Virtuti Militari i angielski Military Cross, paradował w niebieskim hallerowskim mundurze z koalicyjnym pasem przez ramię.

Nijako było mi zdrowej i silnej nie brać udziału w ogólnym zrywie. Rodzice słyszeć nie chcieli, żebym sama jechała w nieznane, ukończyłam więc kurs Czerwonego Krzyża, ale praca na dworcu warszawskim bynajmniej mi się nie uśmiechała. Na szczęście napatoczyła się przyszywana ciotka Chrzanowska z Wilna, która została przełożoną sióstr w pociągu sanitarnym. Pod jej opieką zostałam wcielona do pociągu nr 71, nazywał się dezynfekcyjno-kąpielowy, ale w razie potrzeby musieliśmy opatrywać rannych i chorych żołnierzy. Pociągom tym patronowały panie Olizarowa, Ciundziewicka, Ciechanowiecka i Dzierzgowska, poznałam je na wstępnym zebraniu i otrzymawszy nominację, zbierałam się do drogi, ulegając jednak modzie, poszłam do ‘jasnowidzącej’. Był to okres, gdy wszelkie pytie ogłaszały się w gazetach zupełnie bezwstydnie i miały ogromne powodzenie. Udałam się do pani W., która patrząc mi przenikliwie w oczy, rzekła:

– Wybiera się pani w podróż… nie radziłabym… widzę…widzę…coś jakby zakaźna choroba i no…ta… ciemność… niech pani nie jedzie…

Chyba nigdy w życiu głupiej nie zmarnowałam pieniędzy. Na front pojechałam, pielęgnowałam chorych na tyfus, nie zaraziłam się i nie umarłam.

Jeździliśmy tym pociągiem nr 71 po dalekich kresach, ze Zdołbunowa wróciliśmy do Równego i po tej okolicy przeważnie kręciliśmy się w kółko. Nie pamiętam nazwiska komendanta naszego pociągu, natomiast spotykaliśmy nieraz bratni pociąg nr 70, którym kierował dr St. Liebhardt, lwowiak, brat-łata, który nawet w tych warunkach potrafił wyczarować dla mnie kwiaty.

Wojna ma w sobie coś z narkotyku, trudno było na razie wejść w uporządkowany tryb życia, co prawda podniet w naszym kraju nie brakowało. Plebiscyt na Śląsku, wszystko dopiero się organizowało, tworzyło na nowo. Niby sami rodacy, a przecież z trzech tyloletnich zaborów – inna mentalność, inna musztra w wojsku, nawet język różnił się bardzo. Dochodziło do nieporozumień. Pewna pani ze Lwowa skarżyła się, że nie może dostać b i l u . Co zacz bil?! Po prostu – słonina. A słynne: Marysia w pogrzebie rozlała śliwki – Marysia w piwnicy rozlała śmietanę. Albo – mąż mi na imieniny sukienkę podniósł (ofiarował). A poznańskie „prężenie fieran”, „usztywnianie męskich przodków” (u koszul). Lwowskie borówki to warszawskie czarne jagody, a borówki – gogodze. Niezapomniany prof. Noakowski, człowiek-cudo, napisał na kartce przypiętej do tablicy na korytarzu Politechniki: „Przyjmuję po poniedziałkam, środam i piątkam”. Wisiało to krótko, bo ktoś z wielbicieli ukochanego profesora skorygował.

Tak to pogwarzyli rodacy i nie było to pozbawione wdzięku, mniejsza o to, że wyśmiewano się nawzajem.

Najbardziej charakterystycznym akcentem warszawskiej ulicy byli chłopcy-gazeciarze. W pewnych godzinach obsiadali redakcje, a otrzymawszy plik gazet, pędzili w tempie wyścigowym na miasto, wrzeszcząc wniebogłosy nazwy pism i sensacyjne nagłówki wiadomości, np. „Siedem trupów w jednej wannie!”, „Pani szpilką zabiła pana!”, „Podkop pod bank!” . Niejeden, gdy sprzedał gazety, oferował wieczorem bukieciki kwiatów, wskoczywszy na stopień dorożki, wiozącej parę w Alejach Ujazdowskich.

Warszawa po pierwszej wojnie światowej była podzielona na rejony zupełnie do siebie niepodobne.. Nowe budownictwo dzisiejsze ujednoliciło wiele dzielnic – oglądając zdjęcia trudno zgadnąć, czy to Praga II, czy Ursynów. Ongi różnice były wielkie. Dostojna Aleja Ujazdowska, okupowana przez zamożnych ziemian, wymuskane panie z pieskami na smyczy, ładnie ubrane dzieci z bonami. Nowy świat – dzielnica kin, teatrzyków, restauracyj, spacery w niedzielę po mszy u Św. Krzyża, Krakowskie Przedmieście z pałacami, zakończone placem Zamkowym ze strzelistą kolumną Zygmunta i zamkiem królewskim, a tak niedaleko – Bielańska, Tłomackie, Nalewki. Inny świat, miasto w mieście, czarno od chałatów, jarmułek, bród, pejsów, szwargotliwy jidish, zatłoczone chodniki, ręcznie ładowane wózki, biznes wszędzie – w sklepach, na piętrach, w czeluściach przepastnych podwórek, jakieś pasaże, szwalnie, warsztaty rzemieślnicze, mrowie dzieci i pluskiew, szyldy wzdłuż i wszerz kamienic, najdziwaczniejsze nazwiska: „Icek Różanykwiat”, „Ryfka Rękaw”, „Mojsze Pistolet”, „Ostatnie paryskie nowości”, „Koszerny drób”, fabryczki guzików, sztucznych kwiatów, koronek.. Jeśli czegoś nie było w sklepie, właściciel posyłał Srulka do innych „interesów”, aż poszukiwany towar się znalazł. Wypuszczenie klienta? Samobójstwo. Opowiadano historyjkę, jak to sklepikarz zachwalając swoje towary zatrzymał przechodnia, a ten:

-Wątpię, czy pan to ma…

– Nu, co jest? Wątpie… Jest wąpie…

Zaciekawiony goj wszedł do sklepu. Kupiec zdejmował z półek stosy pudełek, otwierał, pokazywał, proponował… nic z tego.

– Nu, wąpie zaraz będą… będą wąpie… A te szelki, cymes nie szelki… A szanowna osoba zobaczy tego krawata, a tego kołnierzyka, sam hrabia nosi takie… cud… rok można nie prać… taki rok na mnie… gdzie te wąpie?

Wreszcie wlazł na najwyższy szczebel drabiny, zdjął ostatnie pudełko, było puste.

– Aaa… popatrz pan…skończyły się wąpie…ostatnie wczoraj sprzedałem…

W piątek wieczorem uspokajały się Nalewki, Zakroczymska, Miła, Krochmalna, Twarda. W oknach tysiące zapalonych świeczek – szabas. W sobotę cisza, w niedzielę praca zaczynała się na nowo. Jakkolwiek sklepów nie wolno było otwierać, handel kwitł pokątnie i „od tyłu”.

To prawda, że wielkie kapitały były w posiadaniu finansjery żydowskiej, ale jednocześnie wśród żydowskiego proletariatu szerzyła się nędza wprost wyjątkowa. Nędza brudu, zaczerwienionych powiek, krost, wyszmelcowanych chałatów, kobiecych peruk, niezliczonych hord głodnych dzieci, często kalekich. Ta nędza miała zapach śledzi i cebuli, w przeciwieństwie do polskiej nędzy cuchnącej kapustą i mydlinami. To były zapachy Annopola, Marymontu, Woli, odory beznadziejności, bezrobocia i wydziedziczenia. I tu, i tam kupy niedożywionych dzieci o krzywych nóżkach i smutnych, niedziecinnych oczach (…)

Na Nowym Świecie zaraz po pierwszej wojnie światowej powstała kawiarnia „Kresy”. Już sama nazwa jasno wskazywała, kto ją prowadzi. Wielu ziemian zostało wysadzonych z siodła z racji geograficznego położenia ich majątków, znalazły się one poza granicami Rzeczypospolitej. Pozostały koligacje, czasem biżuteria i to wszystko. Wielu męskich przedstawicieli jakoś się urządziło, nierzadko w służbie dyplomatycznej, wiele panien poszło do biur, co było novum, ale całe dywizjony pań i panienek nie miało o co „rąk zaczepić”. Podczas wojen i zaraz po nich niewątpliwie najpewniejszym interesem jest gastronomia, toteż panie z kresów założyły kawiarnię. Powodzenie wprost oszałamiające, ludzie stali w przejściach czekając na stolik, grały snobizmy, wszak bigos podany rączkami hrabianki staje się arcy-bigosem. W „Kresach” bywali wszyscy, rdzenni warszawiacy i tułacze z innych zaborów, młodzież i starsi. Kelnerka ucałowana w rączkę przysiadała się czasem do znajomych gości, starsze panie w niemodnych uczesaniach, z kameami, lorgnon, w wysokich kołnierzykach, rezydowały przy kasie i za kontuarem. Nie było czasu na postawę zdetronizowanych królowych – wydawały rozkazy śpiewnym akcentem, twarze w miarę upływających godzin pokrywały się szkarłatem, a goście wciąż napływali do niewielkiego lokalu.

Okruchy wspomnień: Jan i Maria z Eysymontów Zajączkowscy, rodzice Mamy, i ich rodzeństwo

Prawdzic Korab

Jan Zajączkowski (dziadek)Mój dziadek, Jan Zajączkowski herbu Prawdzic  (1875-1932),  z wykształcenia inżynier mechanik (studia w Dorpacie), był zawodowym oficerem armii carskiej w randze kapitana marynarki. W roku 1905 brał udział w wojnie rosyjsko-japońskiej.  Po słynnej bitwie morskiej pod Cuszimą, w której flota rosyjska poniosła druzgocącą klęskę, znalazł się w niewoli japońskiej. Opowiadał, że jeńcy byli bardzo dobrze traktowani przez Japończyków i że mieli całkowitą swobodę poruszania się, musieli tylko zaręczyć słowem honoru, że nie uciekną. W owych czasach nikomu nawet do głowy nie przychodziło, by oficer mógł słowa honoru nie dotrzymać! Po odzyskaniu wolności i powrocie do Europy dziadek wkrótce znów wyruszył, tym razem z żoną i dziećmi, na Daleki Wschód, do Błagowieszczeńska nad Amurem. Tam właśnie upłynęło, chyba szczęśliwie, kilka kolejnych  lat ich życia.

Z lat tych moja Mama, która była wówczas jeszcze dzieckiem, zapamiętała m.in. Chińczyków z tradycyjnymi warkoczykami, którzy przechodzili przez rzekę na rosyjską stronę oferując swoje przedziwne towary, czasem aż lepkie od brudu, a także dramatyczne chwile, gdy pewnego razu dom został otoczony przez Hunhuzów, a dziadek, jego ordynans, kucharz i stangret, każdy w innym oknie, odpierali atak strzelając z rewolwerów. Hunhuzi to tamtejsze na pół dzikie bandy rozbójnicze.

Jan i Maria Zajączkowscy, Lwów, 1899W domu dziadków zawsze były jakieś zwierzęta – ogromny bernardyn imieniem Ralf podobno uratował życie babci sprowadzając pomoc, kiedy w czasie burzy śnieżnej utknęła w zaspie i prawie zamarzła na śmierć – mrozy dochodziły tam do 40 stopni! Były też dwa osły o oryginalnych imionach: Safanduła i Fajtłapa!

W Błagowieszczeńsku  rodzina powiększyła się o piąte i szóste dziecko – Jana, który przyszedł na świat w roku 1910 i Henryka, urodzonego w roku 1912. Dziadek, który był z natury człowiekiem pogodnym i wesołym, zwykł był w owym czasie zabawiać starsze dzieci, tj. Tadzia, Jurka i Wandzię (moją Mamę), niekończącymi się opowieściami o różnych swoich przygodach, na przykład o tym, jak po zatonięciu okrętu przebywał, żywiąc się korzonkami, na bezludnej wyspie. Jeśli dobrze pamiętam, dochodziło tam nawet do jakichś praktyk ludożerczych! Co ciekawe, w tych barwnych i pobudzających dziecięcą wyobraźnię opowiadaniach tkwiło zazwyczaj jakieś ziarno prawdy! Całkowicie zmyślone były natomiast bajki – trzeba przyznać, że niebanalne. Jedna z nich zaczynała się tak: „Byli sobie dwa chłopczyki – Kwek i Mek. Ojciec ich zajmował się rąbaniem drew, a matka – wypruwaniem znaków z cudzych chusteczek…”!

Moja Mama, która chyba nie uczęszczała wówczas do żadnej szkoły, gdyż takowej  po prostu nie było, opanowała mimo to bardzo szybko sztukę czytania. W kręgu jej lektur znalazła się niebawem  przede wszystkim rosyjska klasyka: Gogol, Turgieniew, a zwłaszcza – Lermontow, który na zawsze pozostał dla niej największą literacką miłością  – mając lat niewiele ponad dziesięć znała już całą jego twórczość, w znacznej części – na pamięć! W dobie telewizji i gier komputerowych takie zafascynowanie  poezją romantyczną trudno sobie nawet wyobrazić! Zresztą chyba i wówczas Mama była pewnym wyjątkiem. Wielka szkoda, że w latach późniejszych nie mogła rozwinąć w pełni swoich zdolności literackich. Nie mogąc liczyć na pomoc rodziców, zdana całkowicie na własne siły w zmaganiach z życiem, już w wieku lat siedemnastu zmuszona była podjąć mało ciekawą pracę zarobkową w biurze. Tylko w wolnych chwilach mogła oddawać się zamiłowaniom literackim, tłumacząc – dla własnej przyjemności – ulubione utwory zarówno ukochanego Lermontowa, jak i innych rosyjskich poetów. Pamiętam przetłumaczony przez Mamę przejmujący wiersz Jesienina o zrozpaczonej suce, której odebrano szczenięta! W latach 30-tych, uczęszczając na kursy francuskiego, ćwiczyła się w tłumaczeniu na ten język fragmentów literatury polskiej. Wielkie uznanie w oczach nauczyciela Francuza zyskał sobie podobno jej przekład „Pielgrzymki na Jasną Górę” Reymonta, pisanej wybujałym, kwiecistym stylem młodopolskim! Ale powracam do przerwanego wątku – moja Mama jest jeszcze dzieckiem i przebywa z rodzicami  na Dalekim Wschodzie, a trudny dla rodziny okres międzywojenny – to dopiero odległa przyszłość!

W Błagowieszczeńsku były, chyba dwie, przywiezione z Polski służące: Bronka, o której jeszcze napiszę, i druga, której imienia nie pamiętam, a która wyszła tam za mąż i już nie powróciła do Europy. Oryginalny był prezent, jaki otrzymała od narzeczonego: liczący chyba kilkadziesiąt sztuk komplet szylkretowych grzebieni, różnego kształtu i wielkości! Oczywiście ów narzeczony, prosty żołnierz, zapewne Polak lub Rosjanin, uzyskał przedtem zgodę chlebodawców, oświadczając się o rękę wybranki.

Po powrocie z Syberii rodzina przebywała – chyba niedługo – w Petersburgu. Mieszkali przy Newskim Prospekcie, a Mama miała okazję widzieć na własne oczy przejeżdżającego powozem Mikołaja II! Kolejnym miejscem ich pobytu była Finlandia, miasta Helsingfors i Abo (tu urodziło się najmłodsze, siódme z kolei dziecko – Irena),  następnie zatrzymali się  – już na dłużej – na wyspie Oland, gdzie dziadek był zastępcą komendanta garnizonu. Mama mówiła wtedy płynnie po szwedzku i była zaprzyjaźniona  z córkami miejscowego pastora, o typowo skandynawskich imionach: Greta i Svea.

Wydarzeniem, które szczególnie mocno utkwiło w jej pamięci, była przedwczesna, spowodowana chorobą serca śmierć służącej Bronki, bardzo zżytej z rodziną,  zwłaszcza z dziećmi, jeszcze od czasów ich pobytu na Syberii. Podobno konie zaprzężone do bryczki, jakby wyczuwając, że w domu jest osoba zmarła, stanęły dęba i nie chciały przejechać obok ganku.

Mama  wspominała też wizyty zaprzyjaźnionych z dziadkiem oficerów, którzy przyjeżdżali na koniach – wytworni, o nienagannych manierach, w białych rękawiczkach! Miejscowość nazywała się chyba Mariehamn. Kiedy w roku 1918-tym i tam dotarła  niszcząca fala rewolucji bolszewickiej, dziadek, który zawsze był bardzo dobry dla swoich podkomendnych, uniknął, na szczęście, losu wielu innych oficerów, którzy zostali wówczas zamordowani, i powrócił, wraz z żoną i  młodszymi dziećmi, do Polski.  Tak zakończyła się – nie tylko zresztą w ich życiu – la belle epoque!  

Tadeusz ZajączkowskiDwaj starsi bracia Mamy, Tadeusz i Jerzy, którzy byli w tym czasie w petersburskim korpusie kadetów, znaleźli się, można powiedzieć, w samym oku cyklonu. Z ogarniętej pożogą Rosji udało im się wydostać po wielu zabawnych niekiedy perypetiach. Na przykład Tadeusz, nie mając ku temu najmniejszego przygotowania, dał podobno – i to z sukcesem – recital arii operowych dla proletariackiej publiczności, zgromadzonej, a raczej zagnanej na „koncert” przez bolszewickich komisarzy. Do Polski dotarli dopiero w roku 1921 via Konstantynopol. Dodam, że moja Mama  miała się kształcić w instytucie dla szlachetnie urodzonych panien (Instytut Błogorodnych Diewic) i gdyby nie wybuch rewolucji, zostałaby zapewne absolwentką tego szacownego zakładu naukowego.

Po powrocie do Polski rodzina mieszkała przez pewien czas w Warszawie, przy ul. Belwederskiej. Wuj Jan Zajączkowski pamiętał, że ich sąsiadem był wtedy późniejszy minister Walerian Sławoj Składkowski, który miał syna w tym samym wieku, co wuj. Sytuacja materialna była wówczas nader trudna i aby przetrwać, wyzbywano się niekiedy co wartościowszych rzeczy. Podobnie działo się w wielu innych rodzinach, które powracając z Rosji, często bez grosza przy duszy, musiały budować swoją egzystencję w niepodległej Polsce od zera. Jeszcze po latach wspominano z uśmiechem, jak to „Henryś sprzedawał Matkę Boską” – Henryś to  jeden z synów Eugeniusza Eysymonta, a ów święty obraz był zapewne jedną z ostatnich rzeczy, jakie udało się spieniężyć!

Te wszystkie trudności codziennego bytowania w niewielkim tylko stopniu mąciły radosną i pełną nadziei na przyszłość atmosferę, jaka panowała w społeczeństwie po odzyskaniu niepodległości w roku 1918. Wspomnę tylko, że moja Mama, która w zasadzie nigdy nie lubiła tak zwanych kobiecych robótek, w drodze powrotnej do Polski własnoręcznie haftowała na płótnie – na fali owych patriotycznych uniesień  –  Orła Białego!

W roku 1920-tym dziadek wziął udział jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. Kilka ostatnich lat życia spędził w Ostrołęce, gdzie pracował jako nauczyciel w Szkole Rzemiosł.

Ostrołęka, przy wszystkich swoich urokach przedwojennego polskiego miasteczka, była wówczas, mówiąc bez ogródek, prowincjonalną dziurą, i osoba taka jak mój dziadek, przybywająca z „wielkiego świata”, nie mogła pozostać niezauważona. Jego towarzyskie talenty sprawiły, że cieszył się tam dużą popularnością, a nawet autorytetem.  Kiedy zmarł w roku 1932, pogrzeb miał bardzo uroczysty charakter.

Lata dwudzieste nie były jednak niestety szczęśliwym okresem w życiu rodziny, która – nim osiadła pod koniec dekady we wspomnianej Ostrołęce, gdzie jej byt nieco się poprawił – musiała nieustannie borykać się z kłopotami materialnymi, a często wręcz z biedą, repatriując się bowiem w roku 1918 do Polski, utraciła  podstawę egzystencji, jaką stanowiły przedtem całkiem niezłe oficerskie apanaże dziadka. Czy to z racji wieku (miał lat prawie pięćdziesiąt), czy z jakichś innych przyczyn, w wolnej Polsce dziadek nie znalazł już dla siebie miejsca w wojsku i musiał szukać innego źródła utrzymania dla siebie i swej rodziny. Sądzę, że ktoś myślący pragmatycznie, będąc wówczas na miejscu dziadka, nie miałby większych problemów ze znalezieniem sobie dobrze płatnej pracy i osiągnięciem życiowej stabilizacji. Niestety – mój dziadek, zamiast wykorzystywać wszystkie swoje atuty, a tych było przecież wiele: wykształcenie wyższe, znajomość języków, wysoki status towarzyski i rozległe stosunki, imał się coraz to innych, zupełnie fantastycznych i całkowicie nierealnych planów i przedsięwzięć! Do takich można niewątpliwie zaliczyć choćby utworzenie, przy współudziale dziadka, „Ligi Morskiej i Kolonialnej”, która miała prowadzić handel z Afryką i przynosić z czasem jakieś zupełnie kolosalne zyski! Nie wspomnę już o kasynach gry i „niezawodnych” systemach, gwarantujących wysoką wygraną.  Skutki takiej postawy życiowej dziadka były dla jego żony i dzieci po prostu żałosne!

Jerzy ZajączkowskiNie zabrakło i większych  zmartwień: głębokim cieniem na życiu całej rodziny położyła się ciężka choroba i śmierć w roku 1926-tym ukochanego syna babci, Jurka, który w wieku 23 lat zmarł na gruźlicę. To tragiczne wydarzenie miało miejsce w Poznaniu, który był kolejnym, po Warszawie, a jeszcze przed Ostrołęką, etapem w peregrynacjach rodziny. Dla mojej Mamy pozostało ono na zawsze bolesnym wspomnieniem. Jurek był dzieckiem bardzo udanym – był chyba najprzystojniejszy z braci, a co ważniejsze, odznaczał się dużą, jak na swój młody wiek, dojrzałością. Cechował go podobno wrodzony arystokratyzm, odziedziczony być może w genach, wraz z urodą, po francuskich przodkach. Moja babcia do końca swego życia, nawet w niemieckim obozie pracy, nosiła kameę z podobizną zmarłego syna.

Maria Zajączkowska z synamiW latach trzydziestych babcia, już jako wdowa, nadal  mieszkała (do r.1938) w Ostrołęce, mając przy sobie dwoje najmłodszych dzieci, Henryka i Irenę. Starsze zdążyły się usamodzielnić, a nawet założyć własne rodziny (Tadeusz i Gustaw). Choć otrzymywana po mężu niewielka renta z trudem i to nie zawsze starczała na najskromniejsze utrzymanie, ciesząca się szacunkiem „pani profesorowa” nadal zajmowała w lokalnej społeczności wysoką pozycję i nie tylko we własnym mniemaniu, ale i w oczach otoczenia uchodziła niemal za „dziedziczkę”, sprawującą swego rodzaju patronat nad zbierającymi się u niej w kuchni kobietami, przeważnie prostymi, a tak prostodusznymi, że kiedy radio transmitowało z Częstochowy bicie kościelnych dzwonów, klękały na kuchennej podłodze, przejęte nabożną czcią!

Leonia z Suzinów KamieńskaCofnę się teraz w czasie do lat 80-tych XIX wieku. Kilkunastoletni  Jan Zajączkowski przyjeżdżał wówczas na wakacje do Miniewicz na Grodzieńszczyźnie. Majątek ten należał do wujostwa Kamieńskich – Jana i Leonii z Suzinów. Jak wiadomo, właśnie w miniewickim dworze, położonym malowniczo nad brzegiem Niemna, spędzała letnie miesiące i pisała swą nadniemeńską epopeję Orzeszkowa. Siostra dziadka, Katarzyna Rogowska, opowiadała mi m. in., jak pewnego razu jej swawolny brat Janek zjawił się przed Orzeszkową przebrany za starego Żyda (inspiracja – „Meir Ezofowicz”!), a ta – ku uciesze zebranych – nie poznała się na mistyfikacji, wdając się z rzekomym Żydem w poważną rozmowę. Podobno autorka „Nad Niemnem”, która własnych dzieci nie miała, tak była oczarowana żywą inteligencją chłopca, że chciała go nawet usynowić!

A oto jak swojego wuja Jana Zajączkowskiego zapamiętała Janina z Rafalskich Warnecka – przytoczę fragment jej wspomnień: „Nadchodził rok 1914-ty. W lecie brat Bronek został już wyprawiony do stryjostwa do Łomży, ojciec pojechał służbowo do Londynu w sprawie filtrów pospiesznych, my reszta spędzaliśmy wakacje nad Bałtykiem w renomowanym kąpielisku Połąga. Bardzo blisko w porcie Aleksandra III mieszkał z rodziną kochany mój wuj Jan Zajączkowski, kwintesencja wdzięku i talentów, inżynier marynarz, ongi po Port Arturze jeniec japoński. Któregoś dnia przegrywaliśmy na cztery ręce jakieś stare albumy kawałków salonowych. W pewnym momencie wujaszkowi  przestał się podobać dźwięk klawisza „cis”. Nie namyślając się długo rozebrał bebechy pianina, ale na złożenie z powrotem zabrakło energii, wolał ze mną popływać. Kąpaliśmy się w naszych śmiesznych kostiumach i było bosko. – Nagle gruchnęła hiobowa wieść – w o j n a!”

Jan Zajączkowski ożeniony był (ślub we Lwowie 1899) z Marią Eysymont  (1874-1945),  córką sędziego Józefa Eysymonta h. Korab (1817-1899) oraz Juliette de Guillou (zm. 1903 w Jenakiewie w wieku  chyba 63 lat). Józef Eysymont poznał swą przyszłą żonę, piękną Juliette, na balu dworskim w Petersburgu. Miał wówczas lat 38, ona – 16!

Joseph de Guillou, Paris 1820Ojcem Julii (zachował się jej portret z ok. 1855 r.)  był Francuz Joseph de Guillou (ur. 1787 w Paryżu, zm. 1853 w Petersburgu),  muzyk flecista, profesor Konserwatorium Paryskiego itd. – jego podobizna znajduje się w zbiorach Bibliotheque Nationale de France. O matce Julii wiem tylko tyle, że była z domu Duverdier i pochodziła z południowej Francji (metryki pisane na pergaminie spaliły się w roku 1944 , tak jak i wszystkie inne pamiątki rodzinne).  

Juliette de Guillou, żona Józefa Eysymonta, Petersburg ok 1855Ciekawostka – onże Joseph de Guillou, mój prapradziad, który w Rosji przebywał od r. 1830, był nie tylko wirtuozem gry na flecie, kompozytorem, krytykiem i animatorem życia muzycznego (m. in. założył pismo „L’artist Russe”), ale także – jak głosi rodzinna tradycja – skomponował hymn „Boże caria chrani”, którego autorem  jest oficjalnie  ks. Aleksiej Fiodorowicz Lwow – nie wypadało, by twórcą hymnu narodowego był cudzoziemiec! Informacja, jaką znalazłem w Internecie, uwiarygodnia – moim zdaniem – ten przekaz rodzinny: Guillou był mianowicie autorem libretta skomponowanej przez ks. Lwowa opery „Bianca und Gualtiero”, 1844 Drezno, 1845 Petersburg.

Wiem, że moi Dziadkowie, tj. Jan Zajączkowski i Maria z Eysymontów byli ze sobą dość blisko spokrewnieni, gdyż Józef Eysymont był chyba kuzynem Augustyna Suzina.

Maria z Eysymontów  Zajączkowska (babcia)Maria z Eysymontów  Zajączkowska, moja babcia, osoba z natury delikatna, łagodna i niezbyt zaradna, nie miała łatwego życia. Dziadek, będąc człowiekiem wybitnie inteligentnym i wykształconym (znał pięć języków), a także niezwykle atrakcyjnym towarzysko i powszechnie lubianym, był jednocześnie, jak to już pisałem,  zupełnie pozbawiony zmysłu praktycznego, a często i najprostszego poczucia odpowiedzialności za los rodziny. Cały trud wychowania siedmiorga dzieci, i to w warunkach ciągłej zmiany miejsca zamieszkania, spoczywał na wątłych barkach mojej babci. Gdyby nie to, że w carskiej Rosji bardzo liczyło się jeszcze pochodzenie – dziadkowie należeli do wyższej kategorii szlachty, zwanej „stołbowyje dworianie” – nie wiem, jak potoczyłyby się ich losy!

Trudno się właściwie dziwić, że po powrocie do Polski w 1918 roku dziadek po prostu nie umiał, przy swoim charakterze, przystosować się do zupełnie nowej rzeczywistości – wszak biedna Polska lat 20-tych,  a przedrewolucyjna Rosja to były dwa całkiem różne światy! Widzę tu pewną analogię do losów emigrantów rosyjskich, którzy wyrwani ze swojego środowiska i rzuceni na Zachód,  ulegali często deklasacji – bynajmniej nie z powodu braku wykształcenia lub przez nieznajomość języka.

Powracając jeszcze do siedmiorga dzieci moich dziadków, wymienię, gwoli ścisłości, wszystkie z imienia. A więc: Tadeusz ur. 1900 Lwów; Jerzy ur. 1903 Jenakiewo; Wanda ur. 1905 Połtawa; Gustaw ur. 1907 Mińsk Mazowiecki; Jan ur. 1910 Błagowieszczeńsk; Henryk ur. 1912 Błagowieszczeńsk; Irena ur. 1917 Abo.

Dodam ponadto, że małego Gustawa, który urodził się na krótko przed wyjazdem rodziny na Daleki Wschód, pozostawiono na kilka lat pod opieką babki w Mińsku Mazowieckim, nie chcąc go  narażać na trudy tak dalekiej podróży. Być może na tej decyzji zaważyło też stanowisko babki, Marii Gustawy z Suzinów Zajączkowskiej, która miała, jak się wydaje, dość apodyktyczny charakter. Chyba jednak nie była to decyzja trafna, bo kiedy po latach powrócili z Syberii i Gustaw po raz pierwszy zobaczył swoją matkę,  zupełnie mu nie znaną,  zwracał się do niej per „proszę pani” i do końca życia zachował żal o to, że go wówczas pozostawiła.

I jeszcze anegdotyczny epizod z życia babci: jako młoda panienka  przez jakiś czas przebywała – w gronie innych panienek – u hrabiny Ledóchowskiej. Ta, kierując ich wychowaniem, dbała o wszechstronny rozwój tak duszy jak i ciała.  Było to w praktyce dość zabawne i polegało na tym, że owe panienki, wykonując ewolucje gimnastyczne, które miały u nich wyrobić grację ruchów, jednocześnie, by nie tracić czasu, recytowały teksty modlitw: „Zdrowaś Mario” – podskok – „łaskiś pełna” – skłon w lewo, itd.!

Moja babcia  miała liczne rodzeństwo: 

Władysław Eysymont s.JózefaWładysław Eysymont (1857-1917), zamordowany metodą defenestracji przez bolszewików w Odessie, żona – Jadwiga Zawiszanka, córka – Maria (1882-1961) Iv. Antoniowa Zajączkowska, IIv. Młynarska. Zmarły w Nowym Jorku  dr Antoni Zajączkowski był przyrodnim bratem mojego dziadka, Feliks Młynarski natomiast to przed wojną współtwórca reformy walutowej, wiceprezes Banku Narodowego, delegat Polski w Lidze Narodów, w czasie okupacji – z upoważnienia rządu londyńskiego – prezes Banku Emisyjnego (słynne „młynarki” – okupacyjne banknoty!) Chyba w latach 60-tych były wydane jego dość obszerne wspomnienia. Nie chcę przechwalać się rodzinnymi koneksjami, ale dodam, że  gościem w domu pp. Młynarskich bywał sam książę metropolita Adam Stefan Sapieha, a w  akcie  ślubu (1902) Marii Eysymontówny z Antonim Zajączkowskim  figurują takie oto nazwiska świadków: „Józef Ginet Piłsudski – liberał, Ignacy Daszyński – poseł do parlamentu”! Nie mogę tu nie wspomnieć także o tym, że dla nas, tj. dla mojej matki, babci, cioci Ireny Zaruskiej oraz dla mnie, Feliks Młynarski okazał się mężem prawdziwie opatrznościowym – wykorzystując możliwości, jakie dawała mu prezesura okupacyjnego Banku Emisyjnego wydostał nas (mówiło się „wyreklamował”) z obozu pracy w Braunschweigu, dokąd zostaliśmy wywiezieni z Warszawy w pierwszych dniach Powstania. Bezpośrednio z Niemiec trafiliśmy – w stanie opłakanym – do Krakowa, gdzie Młynarscy przyjęli nas pod swój dach. Kraków był wtedy jeszcze pod okupacją niemiecką, wojska sowieckie weszły nieco później. Życie toczyło się względnie normalnie (lekcje fortepianu itp.) – o nas mówiło się żartobliwie: „nędza w salonie”! A propos muzyki: obdarzona pięknym sopranem Maria (Marylka) z Eysymontów Zajączkowska, będąc w Ameryce stała już u progu wielkiej kariery operowej, jaką przepowiadała jej sama Marcelina Sembrich-Kochańska! Miała nawet wystąpić w Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Niestety śmierć pierwszego męża w roku 1915 pokrzyżowała  te  piękne plany artystyczne. 

Wracając do Władysława Eysymonta – po rozwodzie z Jadwigą Zawiszanką (jej drugim mężem był Jan Miłobędzki) ożenił się  powtórnie, tym razem z Rosjanką,  i miał z nią trzy córki, które po jego tragicznej śmierci wichry rewolucji zagnały aż do Japonii. Jedna z nich miała na imię Halina. O ile wiem, przez krótki czas utrzymywały  nawet  kontakt z rodziną swego ojca w Polsce. Dalsze ich losy nie są znane.

Stanisław Eysymont, żona – Olesia (Aleksandra?) Jelinek zm. 1939,  synowie: Stanisław, Józef, Bolesław, córka Julia. W latach okupacji urwał się kontakt i nic więcej o nich nie wiem!

;

Eugeniusz EysmontEugeniusz Eysymont  (1858-1925), żona Maria Sroka (1876-1938). Ich dzieci to: Bolesław, Zofia, Mieczysław i Henryk. Eugeniusz Eysymont, czyli tak zwany „wuj Żeniek”, na początku XX wieku mieszkał wraz z rodziną w Borysławiu, a potem chyba we Lwowie, skoro właśnie tam w roku 1930  przyszedł na świat jego wnuk Janusz Eysymont, syn Bolesława, znany warszawski malarz, niestety już nieżyjący, którego w swoim czasie zaraziłem pasją badania rodzinnych powiązań. Lwowscy Eysymontowie  utrzymywali przed wojną bliskie stosunki ze spowinowaconą z nimi rodziną Pierścińskich i byli częstymi gośćmi w położonych  w pobliżu Lwowa Pustomytach. Ciotka Zofia Głębowiczowa  przez jakiś czas nawet tam mieszkała. Jej brat Mieczysław  był zawodowym oficerem Wojska Polskiego. Kiedy  w 1939 roku Lwów znalazł się pod okupacją sowiecką, otrzymał on, tak jak inni oficerowie, urzędowe wezwanie, by stawić się u władz. Być może chcąc godnie się zaprezentować i wywrzeć  odpowiednie wrażenie, udał się w wyznaczone miejsce w galowym mundurze, z szablą u boku. Wrażenie zapewne zrobił, ale do domu już nigdy nie powrócił – podobnie jak znany mu z Pustomyt Feliks Misiewicz, zięć Wandy Pierścińskiej, zginął  zamordowany w Katyniu. Jego żona, wywieziona wraz z dzieckiem na wschód, chyba do Kazachstanu, powróciła wprawdzie do kraju po długiej tułaczce, ale mały Jędruś Eysymont nie przeżył. Został pochowany na cmentarzyku dzieci polskich w Teheranie.

Helena z Eysmontów ZawiszynaHelena z Eysymontów Zawiszyna (1865-1935), mąż Jan Zawisza, (brat Jadwigi Zawiszanki), bezdzietni. Wuj Zawisza był podobno klasycznym typem staropolskiego szlagona – trochę utracjusza, a trochę domowego despoty: siedząc przy stole okazywał zwykle swoje niezadowolenie w ten sposób, że chwytał za róg obrusa i ściągał wszystko na podłogę! Zwykł też, jako rasowy bon viveur, wykosztowywać się na bombonierki czekoladek albo inne prezenty dla admirowanych przez siebie operetkowych artystek!

Siostry wuja Zawiszy – Weychertowa, Jeskowa i Czaplicka – dostojne matrony w fioletach, zasiadające na kanapie w salonie u Młynarskich, przyprawiały o pewne onieśmielenie nie tylko moją Mamę, ale nawet samą panią domu, Marylkę Młynarską! Ciotka Zofia z Zajączkowskich Jabłońska zapamiętała, że w latach 30-tych, kiedy sytuacja materialna wujostwa Zawiszów była już zapewne bardziej niż skromna, uczestniczyli oni wprawdzie w rodzinnych przyjęciach u Młynarskich, ale prawie nie brali udziału w konwersacji i po skonsumowaniu kawy z ciastkiem bezszelestnie znikali.

Moja Mama bardzo ciepło wspominała swoją ciotkę Helenę Zawiszynę. Opowiadała też, że kiedy w roku 1918-tym znalazła się po raz pierwszy w życiu w Warszawie i ciotka Zawiszyna zabrała ją na spacer do Łazienek, była w swej naiwności przekonana, że jadą do jakiejś łaźni, aby wziąć kąpiel!

Julia z Eysmontów RafalskaJulia z Eysymontów Rafalska (1871-1940), mąż Bronisław,  dzieci: Bronisław, Kazimierz (rozstrzelany przez Niemców w Warszawie 2 sierpnia 1944) i Janina. Bronisław Rafalski junior był zawodowym oficerem Wojska Polskiego, w czasie wojny przeszedł wraz z armią Andersa cały szlak bojowy i pozostał aż do śmierci na emigracji w Londynie. Synem Kazimierza  jest Janusz Rafalski (ur.1936), muzyk jazzowy, natomiast Janina (1901-1988) to żona wybitnego aktora i reżysera Janusza Warneckiego (1895-1970), przed wojną dyrektora warszawskich teatrów, po wojnie profesora PWST i dyrektora Teatru Polskiego Radia. Jedną z jego ostatnich  kreacji aktorskich była tytułowa rola w telewizyjnym spektaklu „Mistrz”, z udziałem m. in. Śmiałowskiego, Hanin, Borowskiego i młodego wówczas Gogolewskiego. Spektakl ten był w swoim czasie obsypany wieloma nagrodami, także zagranicznymi, i parokrotnie potem przez telewizję emitowany. Wspomnienia Janusza Warneckiego zostały wydane w latach 60-tych, natomiast wspomnienia jego żony, a mojej ciotki Janiny, stanowiące pewien przyczynek do dziejów polskiej inteligencji na pocz. XX wieku w Rosji, a także polskiego teatru w okresie międzywojennym, mam w rękopisie.

Ciekawostka: Julia Rafalska przyjaźniła się w latach młodości z Marią Curie-Skłodowską, która była jej koleżanką z pensji. Wobec  rozbieżności zainteresowań – przypuszczam, że Julię  bardziej interesowały nowe kapelusze niż nowe pierwiastki chemiczne –  przyjaźń ta nie miała chyba większych szans na przetrwanie!
Jan Eysymont, ur. po 1874 roku, pracował na kolei, zmarł młodo na serce i  nie założył rodziny.
Anna Eysymontówna, zmarła w wieku lat 18.
Henryk Eysymont, zmarł młodo na próchnicę kości.
Maria Eysymontówna, imienniczka mojej babci, zmarła zapewne w dzieciństwie.

Józefa z Eysymontów Jabłkowska z córką AnielkąJózefa z Eysymontów Jabłkowska (1876-1952), żona Bronisława Jabłkowskiego  h.Wczele. Bronisław Jabłkowski był stryjem Feliksa Jabłkowskiego, naczelnego dyrektora dobrze znanego przed wojną  mieszkańcom Warszawy  Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy . Po wojnie firma wznowiła działalność, ale w roku 1950 została odebrana prawowitym właścicielom i upaństwowiona. Pamiętam, że jako pięcio- czy sześcioletnie dziecko kilkakrotnie byłem wraz z Mamą (która z rodziną Jabłkowskich była bardzo zaprzyjaźniona) w wielkim gmachu firmy przy ul. Brackiej. Potem, kiedy nadeszły gorsze czasy – i dla Jabłkowskich i dla całego społeczeństwa – kontakty rodzinne zupełnie ustały. Aliści całkiem niedawno napotkałem w gazecie wzmiankę, że bracia Jabłkowscy (Jan i Tomasz, synowie  Feliksa) podjęli starania zmierzające do odzyskania  rodzinnej własności i że są o krok od pełnego sukcesu (już udało się im odzyskać kamienicę przy Chmielnej 21). Względy  sentymentalne skłoniły mnie i moją Ciocię Irenę Zaruską – ostatnią pozostającą przy życiu z pokolenia moich Rodziców i pamiętającą jeszcze czasy przedwojenne (ur. 1917) – do napisania listu do braci Jabłkowskich. List spotkał się z sympatycznym odzewem ze strony p. Tomasza Jabłkowskiego, który okazał się b. miłym człowiekiem, ciocię Irenę (o której przedtem  nie słyszał!) zaakceptował jako swoją krewną, i pragnie nawet podtrzymywać te zawiązane na nowo po tylu latach  więzi rodzinne.

Moje osobiste wspomnienie związane z osobą ciotki Józefy Jabłkowskiej to wizyta, jaką moja Mama i ja złożyliśmy jej w końcu lat 40-tych w Krakowie. Mieszkała wówczas w czymś w rodzaju domu opieki. Pamiętam jak przez mgłę zarys jej postaci i to, że dostałem prezent – pusty flakonik po perfumach!

W wydanej niedawno po latach na nowo książce „Dom Towarowy Braci Jabłkowskich – romans ekonomiczny” jej autor, Feliks Jabłkowski, pisząc o swojej rodzinie zwraca uwagę na pewien paradoks:  stryj Bronisław, który działał w ruchu socjalistycznym (był członkiem SDKPiL, więźniem X Pawilonu, wreszcie – wieloletnim zesłańcem), brał jednocześnie żywy udział w zjazdach rodowych, a nawet był na nich głównym mówcą. Choć większość uczestników tych zjazdów miała z pewnością poglądy z gruntu inne niż on, nikomu to nie przeszkadzało. Liczyła się więź rodowa! Wuj Bronisław, którego moja Mama znała już oczywiście z czasów dużo późniejszych, był podobno człowiekiem gołębiego serca, choć nieco szorstkim w obejściu. Mówiono o nim „Wujcio Krokodyl”.

Nic niestety nie wiem o środowisku rodzinnym mojego pradziada, sędziego Józefa Eysymonta, ale przypuszczam, że właśnie jego krewnym musiał być słynny „kuzynek January” – postać nader charakterystyczna. Tradycja rodzinna przekazała kilka jego bon-motów. Kiedy na przykład odwiedził jedną ze swych arystokratycznych ciotek, a ta, niezbyt ucieszona wizytą, przywitała go słowami: „Och, January – myślałam, że kto lepszy…”, błyskawicznie ripostował: „lepsi – do lepszych, a ja – do kochanej cioteczki!” Tenże January miał podobno zostać księdzem, ale zrezygnował z kariery duchownej, a swoją sutannę zostawił w kościele dołączając list do Pana Boga: „Weź tę sutannę, o Boże, January w niej chodzić nie może!”

Adam SuzinPrzejdę teraz do rodziny dziadka, Jana Zajączkowskiego. Ojcem jego był Gustaw Zajączkowski, chirurg wojskowy w randze pułkownika, a dziadkiem – Antoni Zajączkowski, nauczyciel w Słonimiu. Gustaw Zajączkowski, który miał młodo zmarłą siostrę Anielę, był dwa razy żonaty. Z Kożuchowską (podobno jakiś majątek na Ukrainie) miał syna Antoniego (1866-1915), także lekarza, który – represjonowany za działalność socjalistyczną – musiał uchodzić do Ameryki i tam zmarł, a jego żona Maria z Eysymontów, córka Władysława,  powróciła wtedy z dwiema córkami do Polski. Drugą żoną Gustawa Zajączkowskiego była Maria Gustawa Suzin, córka Augustyna Suzina (1812-1896) i Andrzeiny Mrozowskiej. O tej ostatniej nic nie wiem, natomiast posiadam drzewo genealogiczne Suzinów, które dał mi przed laty nieżyjący już Adam Suzin, muzyk,  kompozytor, autor wielu szkolnych śpiewników. Rodzina Suzinów, wywodząca się podobno z kniaziów ruskich, uzyskała na pocz. wieku XVII indygenat (herb Roch III) i chyba dobrze zapisała się w naszych dziejach, skoro wydała dwie wybitne i znaczące w historii Polski postacie: Adama Suzina (1800-1879), filaretę, sybiraka, przyjaciela Mickiewicza (patrz III cz. ”Dziadów”) i Pawła Suzina (1839-1863), jednego z przywódców i bohaterów powstania 1863 roku (patrz Konopnicka „Jak Suzin zginął”). Dodam, że w domu pp. Suzinów (wspomnianego Adama) bywali – na stopie towarzyskiej – nawet Radziwiłłowie (mam dokumentację fotograficzną z takiego spotkania w latach 50-tych, z udziałem Krzysztofa Radziwiłła).

Co do mojej prababki Marii Gustawy z Suzinów Zajączkowskiej, tzw. „cioci Guci”, która choć była żoną carskiego pułkownika, prowadziła nielegalną działalność socjalistyczną, to zachowała się anegdota, że kiedy przewoziła „bibułę” i groziła jej rewizja osobista, nie tracąc pewności siebie zwracała się do funkcjonariuszy Ochrany: „To bezczelność! Rewidować mnie, pułkownikową!! Paszli won!”  Zmarła na statku, powracając z Ameryki po śmierci swego pasierba Antoniego Zajączkowskiego.
Dzieci Gustawa Zajączkowskiego i Marii Gustawy Suzin:      
Jan Zajączkowski, mój Dziadek.

Katarzyna i Bronisław RogowscyKatarzyna Helena  z Zajączkowskich Rogowska (1875-1967), żona Bronisława. Na przełomie stuleci bardzo aktywna w ruchu socjalistycznym – od roku 1892 (rok założenia!) należała do PPS. Wycofała się z tej działalności chyba w momencie, gdy próbowano wciągnąć ją do przedsięwzięć o charakterze terrorystycznym, takich jak np. wrzucanie bomby do przejeżdżającego powozu. W okresie międzywojennym poświęciła się pracy społecznej, działając  zwłaszcza na polu opieki nad dziećmi. Była m. in. inicjatorką akcji „Kropla mleka dla dziecka”. Odznaczona przed wojną Orderem Polonia Restituta i Krzyżem Bojowników Niepodległości. Napisane przez nią wspomnienia, do których jeszcze nie dotarłem, znajdują się w archiwum którejś z instytucji naukowych.   Jako jedyna znana mi osobiście przedstawicielka pokolenia moich dziadków, „babcia Rogowska” była dla mnie prawdziwą „arką przymierza między dawnymi a nowymi laty”. Dwie inne ciotki mojej Mamy, Józefę Jabłkowską i Wandę Pierścińską, poznałem tylko przelotnie, gdyż nie mieszkały w Warszawie.  Dzieci Katarzyny Rogowskiej to:             
– Mieczysław Rogowski (zmarł ciężko ranny w Powstaniu), podobno typowany na ministra spraw wewnętrznych w przyszłym rządzie polskim (oczywiście nie komunistycznym!),
– Lech Rogowski, zamordowany przez Niemców w Wilnie,
– Janina z Rogowskich Doroszewska, autorka wielu wysoko cenionych w świecie prac naukowych poświęconych pedagogice specjalnej, wraz z Marią Grzegorzewską współtwórczyni PIPS-u (Państwowy Instytut Pedagogiki Specjalnej), żona Witolda Doroszewskiego, autora monumentalnego Słownika Języka Polskiego. Osoba profesora Doroszewskiego i jego dorobek naukowy są zbyt znane, by o nich tu mówić. Nie wszyscy natomiast wiedzą, że w latach poprzedzających II wojnę światową tym, co wzbudziło niemal sensację w szerokim kręgu rodziny i znajomych, nie były wcale osiągnięcia naukowe, jakie już wówczas profesor Doroszewski miał na swoim koncie, ale – motocykl, który zakupił będąc na jakimś naukowym sympozjum w Detroit! Zresztą i sama podróż do Stanów Zjednoczonych była w owych,  odległych już czasach, dużym ewenementem!

Wanda PierścińskaWanda z Zajączkowskich Pierścińska, której posiadłość Pustomyty (kilkanaście kilometrów na południe od Lwowa)  nieraz wspominała moja Mama. Obecnie jest to 20-tysięczne miasteczko, ale przed wojną Pustomyty miały chyba charakter wiejski, skoro w dniu imienin przybywała do dworu delegacja ludności, aby złożyć życzenia „pani dziedziczce”. Mąż  jednej z córek Wandy Pierścińskiej, Feliks Misiewicz, był lotnikiem i podobno (choć osobiście włożyłbym to raczej między bajki) swoją galanterię dla dam wyrażał w ten sposób, że przelatując nad dworskim parkiem zrzucał na dół bombonierki czekoladek!  Piękne to były czasy, szkoda tylko, że nie wszyscy w Polsce opływali wówczas w takie dostatki. Matka mojego Ojca, Paulina z Xiężopolskich Wąsowska, chcąc uraczyć go, jako najmłodszego,  jajkiem (nie wiadomo: na twardo czy na miękko?), robiła to skrycie, aby pozostałym dzieciom nie było przykro, że nic nie dostały!

PustomytyWracam do rodziny  Mamy – chyba z czasów socjalistycznej działalności „cioci Guci”, a potem jej córki  Katarzyny Heleny Rogowskiej, datuje się znajomość naszej rodziny z Józefem Piłsudskim. Jak mi opowiadano, będąc któregoś razu u moich Dziadków, zadał kilkuletniemu wówczas Tadeuszowi, starszemu bratu Mamy, sakramentalne pytanie: „kim chciałbyś zostać, kiedy dorośniesz?”, a ten odpowiedział: „królem Polski”. Piłsudski uśmiechnął się i skomentował: „o, to robisz mi konkurencję!” A był to dopiero rok może 1903-4! W trzydzieści lat później  tenże Piłsudski (człowiek, jak wiadomo, wielkiej skromności) zabierał w Sulejówku na spacer małe córeczki tegoż Tadeusza Zajączkowskiego (w Sulejówku mieli willę wujostwo Bronisław i Józefa Jabłkowscy).

Z pewnością interesujące, i to nie tylko dla mnie, są dzieje rodziny Kamieńskich h. Ślepowron, właścicieli majątku Miniewicze koło Grodna, opisane m. in. przez p. Barbarę Wachowicz w rozdziale poświęconym Orzeszkowej (nie pamiętam w tej chwili tytułu całości – książka chyba jest na wsi). Otóż Jan Kamieński (1827-1896), ożeniony z Leonią Suzinówną, rodzoną siostrą „cioci Guci”, został za udział w powstaniu skazany na Sybir. Z zesłania powrócił dopiero po dwudziestu kilku latach. (zachowała się reprodukowana niekiedy w podręcznikach fotografia Jana Kamieńskiego w stroju zesłańca). W tym czasie kuratelę nad majątkiem roztoczyły władze carskie, które zgodziły  się na to, by Orzeszkowa, nie tylko zaprzyjaźniona, ale nawet spokrewniona przez matkę z rodziną  Kamieńskich, mogła  przyjeżdżać do Miniewicz i w wiejskiej ciszy oddawać się twórczości literackiej. To właśnie w Miniewiczach w latach 80-tych powstawało „Nad Niemnem” (niezbyt lubiana przez uczniów lektura, a szkoda!). Prototypem postaci Andrzeja, a po trosze i Benedykta Korczyńskiego, był nie kto inny jak  dobrze znany  autorce Jan Kamieński , a zawartą w powieści ideę solidaryzmu społecznego zrealizowała we własnym życiu córka państwa Kamieńskich wychodząc za mąż za szlachcica zagrodowego Klemensa Strzałkowskiego. O tym, jak bardzo żywa była ta idea jeszcze dla pokolenia mojej ciotecznej babki, Katarzyny Heleny Rogowskiej („cioci Kici”) , świadczyć może choćby to, jak po latach skomentowała w jakiejś rozmowie  małżeństwo mojej Mamy    (r.1940) z człowiekiem bądź co bądź z zupełnie innego środowiska: „Cóż za szlachetność! Wyszła za mąż za człowieka prosto ze wsi!  Bez żadnego wykształcenia!”  I naprawdę nie było w tych nieco egzaltowanych słowach nawet cienia ironii, a tylko szczery podziw i uznanie. Nawiasem mówiąc, Ojciec mój stając na ślubnym kobiercu był już po studiach i od dawna obracał się w środowisku inteligenckim!

Tragiczne były dalsze losy właścicieli Miniewicz: po wkroczeniu bolszewików sędziwy już wówczas Klemens Strzałkowski i jego syn Kazimierz (ur. 1905, rówieśnik mojej Mamy) zginęli  bestialsko zamordowani przez otumanionych sowiecką propagandą mieszkańców sąsiadującej z dworem wsi białoruskiej (1940). Gdy z kolei po wyparciu bolszewików Grodzieńszczyznę zajęli Niemcy i  wszczęli śledztwo dla ustalenia winnych zbrodni, żona Kazimierza, Hanna  z Bukowieckich h. Drogosław (jej matka to Leonia Suzinówna, córka Cyriaka i Roksolany Rodziewicz-Billewicz), nie zgodziła się na wskazanie osób odpowiedzialnych za śmierć męża. Przeżywszy  pod kolejną okupacją sowiecką kilkuletnią gehennę powróciła wraz z dziećmi do Polski dopiero w r. 1953 , a co jest niemal zabawne, pieniądze na podróż otrzymała od swoich sąsiadów, chłopów białoruskich, którzy powodowani współczuciem dla wdowy, a może i wyrzutami sumienia,  zorganizowali na ten cel składkę!

Na koniec cofnę się jeszcze w mych opowieściach o ponad sto lat: wspomniany Cyriak Suzin,  brat mego prapradziada Augustyna, chyba  najmłodszy z rodzeństwa, będąc jeszcze skorym do niemądrych psot nastolatkiem, dopuścił się niesłychanego na owe czasy wybryku  – rodzoną babcię, kiedy pochyliła się, aby poprawić ogień w kominku, uszczypnął znienacka w tę część ciała, która była w tym momencie najbardziej wyeksponowana. Ojciec wymierzył mu karę adekwatną do przewinienia: wygnał z domu – raz na zawsze, bez prawa powrotu. Przyjął go do siebie i wychował  mieszkający już „na swoim” starszy brat!

Henryk Wąsowski, styczeń 2006