Woźniakowscy – Magdalena Bajer

Woźniakowscy

Magdalena Bajer

Woźniakowscy uważają się za ludzi „działających w tle”, co jest oceną skromną, ale i sprawiedliwie satysfakcjonującą, gdyż tło – historyczne i społeczne – umieszczają wysoko.

Od razu trzeba dodać Czapskich, Pawlikowskich, Thunów i inne jeszcze rodziny z Woźniakowskimi spokrewnione lub skoligacone, gdyż bardzo mocno są ze sobą w dziejach powiązane poprzez dzieła i działania poszczególnych postaci, tworząc żywą tkankę kultury, zapewniając żyzną intelektualnie glebę obszarom większym niż granice ich ojczyzn.

Dobrze oddaje to zapiska Józefa Czapskiego, którego dzieci nazywały Jacka Woźniakowskiego, narratora rodzinnej opowieści, wujem, choć pokrewieństwo było bardziej skomplikowane: W 1924 roku wylądowałem z grupą malarzy krakowskich w Paryżu. W naszej grupie byli Polacy ze wszystkich dzielnic, dwóch Żydów, jeden Ukrainiec, a najzdolniejszy z nas wszystkich był… Polakiem aż z Kaukazu. Nie z Paryża, ale z Kaukazu właśnie przywiózł kult Maneta, van Gogha i nawet Picassa. W tym samym czasie takie same żywe strugi młodzieży wszystkich zawodów, bez pieniędzy, nieraz bez języka, docierały do uniwersytetów i akademii zachodniej Europy.

środowisko

Pośród przodków prof. Woźniakowski wyróżnia ludzi, którzy byli twórcami pewnego środowiska czy pewnych toków myślowych, postaw umysłowych, im przypisując wielkie zasługi dla trwania polskiej kultury w „rodzinnej Europie”. W większości byli to humaniści, którą to dziedzinę mój rozmówca kontynuuje ukończywszy polonistykę w Uniwersytecie Jagiellońskim, później będąc profesorem historii sztuki w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Podczas spotkania w domu córki, pani Róży Thun, nie wystarczyło nam czasu na rozmowę o jego dorobku naukowym. Prowadzenie Wydawnictwa ZNAK, publicystyka na łamach „Tygodnika Powszechnego” od początku istnienia pisma, należą do innego obszaru aktywności, o którym mówiliśmy sporo.

Pradziadek pana profesora, Ignacy Woźniakowski, lekarz i ziemianin, którego „tok myślowy” obejmował oświatę na wsi i dobre gospodarowanie, podczas konnych spacerów ze swymi dwoma zięciami udzielał im mądrych rad oraz własnego zapału. Jeden z zięciów, Gabriel Godlewski, urządził – po raz pierwszy w Polsce – wystawę rolniczą z udziałem chłopów. Było to na samym początku XX wieku. Drugi zięć miał już w rodzinnej tradycji Maurycego Straszewskiego, filozofa, oraz Floriana – współtwórcę krakowskich Plant. Ojciec zaś Ignacego, prapradziadek profesora, był członkiem Towarzystwa Naukowego Krakowskiego, poprzedzającego w dziejach uczonych stowarzyszeń Polską Akademię Umiejętności.

Drugi pradziadek, Henryk Rodakowski, znany jako malarz raczej, spacerował w Zakopanem z Julianem Fałatem, przekazując mu ważne idee dotyczące zreformowania Akademii Sztuk Pięknych. Wokół takich ludzi formowało się środowisko płodne intelektualnie i aktywne w służbie kultury narodowej.

Po kądzieli ma Jacek Woźniakowski ogromną ciągłość, idącą przez sześć lub siedem pokoleń Pawlikowskich z Medyki, skąd promieniowała troska o pamiątki kolekcjonowane, o twórców w potrzebie, o ochronę przyrody. Kolekcję, przede wszystkim grafiki i malarstwa, zapoczątkował Józef Benedykt. Prawnuk, a dziadek mego rozmówcy, Jan Gwalbert, wykonał wolę zapisaną w niejednym rodzinnym testamencie przekazując nieomal całe zbiory rodzinne Ossolineum, które było fundacją – darem dla narodu. Znaczna ich część, w tym takie skarby, jak rachunki królowej Jadwigi albo komplet rycin Daniela Chodowieckiego (jedyny pełny), pozostała we Lwowie. W rodzinnej korespondencji Pawlikowskich powtarza się stale nakaz ocalania wszystkiego, co da się ocalić z dorobku polskiej kultury, szczególnie zagrożonej w dobie zaborów. Spadkobierca tej tradycji zwraca uwagę na cechujący ową korespondencję humor, taki staropolski surrealizm, zamiłowanie do absurdalnych dowcipów i wyrafinowanych gier słownych. Panią Różę Thun przywiodła ta opinia ojca ku bliższym wspomnieniom: rodzinnego zjazdu w Zakopanem, gdzie na Kozińcu jest Dom pod Jedlami – współczesne gniazdo potomków mocno rozproszonych po świecie.

Wśród kilkudziesięciu przybyłych, prawie wszyscy grali na różnych instrumentach, młodzież improwizowała scenki teatralne, przy tym też prawie wszyscy mówili o swoich działaniach na niwie społecznej, politycznej, samorządowej, o swojej obywatelskiej aktywności.

w tle

Woźniakowscy uważają się za ludzi „działających w tle”, co jest oceną skromną, ale i sprawiedliwie satysfakcjonującą, gdyż tło – historyczne i społeczne – umieszczają wysoko. Jeśli więc pani Róża, wybrana na radną Warszawy, prezesuje Fundacji im. Roberta Schumana, a jej brat Henryk stowarzyszeniu gromadzącemu i opracowującemu dorobek Emeryka Hutten Czapskiego, będąc jednocześnie dyrektorem Wydawnictwa ZNAK, to jest to kontynuacja wprost tego, co robili Pawlikowscy w Medyce, Maria i Józef Czapscy w Maison Laffitte.

Prowadząc ZNAK tata walczył z komunizmem, Henryk walczył na wolnym rynku, a ZNAK jest dalej tym samym wydawnictwem, wokół którego skupia się środowisko myślotwórcze. Fundacja Schumana urządza w Warszawie promocje książek krakowskiej oficyny, a zdarzyło się, że dwie ważne opublikowano wspólnie, co zresztą nie miało związku z pokrewieństwem szefów obu instytucji, lecz było wynikiem tego samego „toku myślowego”.

Tłem dla różnorakich działań pokoleń tych rodzin, z którymi skoligaceni są Woźniakowscy, była od dawna cała niemal Europa. Maria Czapska w książce Europa w rodzinie (nawiązanie do Miłoszowej Rodzinnej Europy) wspomina babkę Thunów, która osiadłszy z mężem (Czapskim) gdzieś na Witebszczyźnie, uczyła ją i brata Józia miłości do Polski, zapoznawała z dziełami polskiej literatury. Było to także działanie „w tle”, bez żadnego oficjalnego tytułu czy funkcji. Róża Thun dzisiaj podobnie wychowuje czwórkę swoich dzieci, wpajając im przekonanie, że wiele z tego, co nas otacza, od nas samych zależy, że wobec tego nie trzeba i nie wolno rezygnować z żadnej możliwości urządzenia czegoś lepiej niż jest. Często namawia dzieci, żeby dzwoniły do radia, jeśli coś w słuchanej akurat audycji porusza je, oburza albo skłania do uwag. Rozmawiając z ojcem i córką o ich rodzinnych dziejach, o tradycji tak bogatej, że można z niej wybierać to, co najlepsze, myślałam, że „działanie w tle” jest jednym z ważniejszych zadań obywatelskich dzisiaj, nie mniejszym niż było w ubiegłym stuleciu, choć innym. Samo tło zatarło się w dziejowych przemianach, więcej wysiłku potrzeba, żeby je rozpoznać. Historia rodzin inteligenckich pomaga w tym.

 

u siebie – innym

Mąż Róży Woźniakowskiej Franz Thun, doradca Zarządu Miasta Stołecznego Warszawy w sprawach kontaktów ze stolicami państw Unii Europejskiej, jest jej kuzynem po kądzieli. Jego narodowość trudno określić, choć ma obywatelstwo niemieckie. Rodzina, wywodząca się w średniowieczu z Austrii, rozsiadła się później licznie w krajach Europy Środkowej i Zachodniej. Wielu Thunów mieszka w południowym Tyrolu, czyli w granicach Włoch. Ważne w ich dziejach jest ostatnie trzechsetlecie związane z życiem w Czechach, gdzie jeden z członków rodziny był ministrem kultury. Inny Thun, minister oświaty w Austrii, napisał książkę o tym, że trzeba koniecznie, aby Czesi uczyli się po czesku.

Ich potomek uważa, że musi pomagać w budowaniu Trzeciej Rzeczypospolitej, bowiem jest ona niezbędna Europie, podobnie jak ważne były dla Europy niepodległościowe wysiłki Garibaldiego, na których wsparcie poszła spora część „tyrolskiego” majątku rodziny. I Pawlikowscy, i Woźniakowscy, i Czapscy, i Thunowie robią od wieków właściwie to samo: służą wspólnemu kulturowemu dziedzictwu, duchowemu i materialnemu, a wspólnotę pojmują bardzo, chciałoby się powiedzieć, demokratycznie czy też altruistycznie, ponad horyzontem własnej warstwy czy jednego narodu. Henryk Rodakowski, wspomniany przez potomka, nie będąc bardzo bogatym, namówił w XIX wieku milionera polskiego z zagranicy, żeby swoją fortunę zapisał PAU. Pani Róża przypomina zabiegi swego ojca około gromadzenia funduszy na odbudowę Dworku Łowczego w Krakowie, gdzie dzisiaj ma siedzibę ZNAK. Franz Thun zabrał żonę i dzieci w objazd obecnych siedzib swoich krewnych, z którymi jego i ich linie rozeszły się bodaj już w średniowieczu. Przyjmowano ich jak najbliższych, okazywano niewiarygodnej dawności i bogactwa biblioteki, galerie sztuki, zbiory pamiątek udostępniane do zwiedzania. Prof. Woźniakowski dopowiada córce (a mówi to historyk sztuki) jak wielkiej wartości dzieła znajdują się w zamkach, z ogromnym trudem dzisiaj utrzymywanych: freski, witraże w kaplicach zamkowych, detale architektoniczne, rzeźby, obrazy. – Oni to wszystko posiadają z całą świadomością, że to jest dobro ponadrodzinne. Trudno mówić, że to dobra narodowe – Thunowie rozmawiają po niemiecku, żyją we Włoszech, pamiętają o swoim austriackim pochodzeniu, czują przywiązanie do Czech, skąd wygnały ich władze komunistyczne. Pan Franz podpisał kilka lat temu dokument zrzeczenia się roszczeń do barokowego kościoła w dobrach jego rodziny, a dziadkowie mieszkający w Bawarii zwrócili doń cenny obraz ołtarzowy, będący w ich posiadaniu, odnowiwszy na własny koszt. Bywa, że Thunowie uczestniczą w otwieraniu wystaw albo muzeów, gdzie eksponatami są dzieła z ich majątków. Służą innym i to jest w porządku. Ci, którzy je gromadzili, są w dzisiejszej Europie u siebie, jak byli tyle wieków. To też jest w porządku.

poświadczenie

Zakopiański Dom pod Jedlami zbudował pradziad pani Róży, żeby służył kolejnym pokoleniom, ale i po to, żeby pokazać zwiedzającym co można z drzewa zbudować, jakie piękności architektoniczne uzyskać. Ocalał ten dom dzięki wysiłkom babki profesora, która podczas wojny heroicznie broniła go przed kwaterunkiem niemieckim i sowieckim, potem przed upaństwowieniem, i znakomicie konserwowała, ubogimi środkami. Później Michałowa Pawlikowska, zarabiając w Londynie malowaniem portretów, wszystkie pieniądze posyłała na konserwację domu.

W rezultacie zjazdu rodzinnego powstaje stowarzyszenie do opieki nad Domem pod Jedlami, żeby pozostał zakopiańskim ośrodkiem ważnych dla kultury „toków myślowych”, żeby skupiał środowisko pragnące i umiejące na los kultury wpływać, i żeby nie przestał być domem rodzinnym, gdzie czują się u siebie ludzie żyjący bardzo daleko od siebie. – Zgodność co do tego była zupełna – powiada pani Róża i przypisuje to sile rodzinnej tradycji. Oboje z ojcem radują się takim poświadczeniem ciągłości – jednoznacznym i jednomyślnym. Jest ono zarazem zobowiązaniem, ale zobowiązania łatwiej wypełniać, gdy jesteśmy mocno zakorzenieni w tradycji właśnie, gdy dla własnego postępowania mamy wzory niekwestionowane, gdy pewne postępowania stają się oczywiste tak, że o nich nie mówimy, jak Jacek Woźniakowski nie mówi prawie nigdy o swojej służbie w AK podczas wojny.

Bogactwo tradycji, mnogość wzorów mogą, jak myślę, kłopotać, poprzez pokusę wielorakich do wyboru dróg. Przede wszystkim jednak wzbogacają. Przyszły historyk sztuki słuchał w dzieciństwie rozmów o ochronie przyrody, jako że jego dziadek Pawlikowski pasjonował się tymi sprawami, a na Koziniec przychodzili profesorowie UJ: Walery Goetel, Władysław Szafer, Stanisław Pigoń. Zapamiętał z tych rozmów i z artykułów dziadka to, że tęsknota za powrotem do stanu pierwotnego jest jałowa i bezskuteczna, że trzeba mądrze pożenić cywilizację z przyrodą, tej drugiej starając się nie niszczyć. Swój stosunek do pomysłu olimpiady w Zakopanem przypisuje tamtej młodzieńczej edukacji.

Woźniakowscy i potomkowie spokrewnionych z nimi rodzin, tak jak ich liczni protoplaści, tworzą wokół siebie środowiska promieniujące myślami o lepszym urządzaniu świata i aktywnością mającą to na celu. Za warunek niezbędny uważają brak uprzedzeń i najszerszą jak można wymianę idei. Gdy rozmawialiśmy o rodzinie, profesor wybierał się na Uniwersytet Hebrajski w Jerozolimie jako pierwszy wykładowca w Polskiej Katedrze, właśnie tam utworzonej staraniem powołanej do tego fundacji. Spotkaliśmy się po jego półrocznym pobycie i wtedy usłyszałam, że wśród żydowskich studentów wielka jest ciekawość polskiej kultury, historii i wspólnych polsko-żydowskich losów. – Jeśliśmy ocalili to wszystko, trzeba się dzielić z innymi.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego Radia SA w styczniu 1999 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

On był nieśmiały. Rozmowa z Jackiem Woźniakowskim.

On był nieśmiały. Rozmowa z Jackiem Woźniakowskim.

Gazeta Wyborcza, Teresa Torańska 11 kwietnia 2005 r.

Boję się przesady. Kultu jednostki. Kult jednostki zawsze jest niebezpieczny

Prof. dr hab. Jacek Woźniakowski

Prof. dr hab. Jacek Woźniakowski urodził się w 1920 r. Historyk sztuki, redaktor, profesor KUL, członek Papieskiej Rady Kultury. Był współpracownikiem i redaktorem „Tygodnika Powszechnego” od 1945 r. W latach 1959-80 redaktor naczelny miesięcznika i wydawnictwa „Znak”. Prezydent Krakowa (1990). Autor wielu książek, esejów, artykułów publikowanych w pismach polskich i zagranicznych.
Fot. Grażyna Makara

I co dalej?

Nie wiem. Myślę, że strasznie ciężkie chwile nas czekają. Nie jesteśmy do nich przygotowani. Był jedynym człowiekiem, który miał jeszcze autorytet. U nas i w świecie. I potrafił nas chronić przed naszymi głupotami.

W marcu mój syn zawiózł Mu do szpitala Jego książkę „Pamięć i tożsamość”, którą wydał Znak. Przywieziono Go na wózku do saloniku, Papież spojrzał na Henryka i rzekł: „O, syn Jacka”.

Bardzo mnie to wzrusza. Byłem jedną z ostatnich osób, które wspomniał.
„Jest pan starszy ode mnie – uśmiechał się – o miesiąc „.

Przyciągnął mikrofon do siebie – widziałem. Strasznie to było dramatyczne. I po chwili go od siebie odsuwa.

I uderza pięścią w pulpit.

Z żalem. Że nie może. Że nie jest w stanie wyartykułować jednego prostego zdania.

Jak Tischner.

Ksiądz Józef umarł pięć lat temu.

Tischner też miał nadzwyczajny dar słowa i dar przekonywania przez słowo, według mnie lepiej mówił, niż pisał, i ten dar mowy również został mu przez chorobę odebrany. Jakby Opatrzność – celowo, naumyślnie – strzeliła człowieka w jego najmocniejszy punkt. Może, by za dobrze o sobie pod koniec nie myślał, nie był z siebie zbyt zadowolony?

„I co dalej?”.

Krzywa skandali, korupcji, chamstwa rośnie w górę i rośnie. Byłoby cudem, gdyby odejście Papieża spowodowało u nas nagle jakiś powszechny rachunek sumienia i postanowienie poprawy. Wydaje mi się, że trudno na to liczyć. Ale z drugiej strony…

To jest pytanie Papieża. Zadał je premierowi Mazowieckiemu we wrześniu 1989 roku.

I co Mazowiecki mu odpowiedział?

Nic. To było pytanie retoryczne.

Ale z drugiej strony wystąpiło zjawisko zupełnie nieoczekiwane, dla Krakowa wręcz symboliczne. Kibice Wisły i Cracovii, którzy bili się z sobą strasznie, czasem na śmierć, od kilkudziesięciu lat, nagle wspólnie poszli na modlitwę i pogodzili się. Coś to musi znaczyć.

Myśli Pan, że dla Giertycha, Kaczyńskich, Macierewicza, Oleksego – także? Zrobią coś razem?

A pani wierzy, że to są ludzie zdolni myśleć w kategoriach ludzkich odruchów? Nie, nie. Oni są przeżarci politykierstwem.

Półinteligenci – lubi Pan o nich mówić.

(Śmiech) Politycy, którzy nami rządzą, nie mają żadnych wątpliwości, żadnych pytań. To jest najgorszy stan, w jaki można popaść. Połowa naszych nieszczęść wynika z przekonania polityków, że wszystkie rozumy pojedli.

A pani myśli, że jest możliwe, by po tygodniu zbiorowych modlitw ludzie się zmienili i zrobili troszkę bardziej uczciwi?

Wróćmy do początku.

Byłem wściekły.

?

Jak się dowiedziałem, że wybrali Go na papieża. My w wydawnictwie Znak mieliśmy masę rozmaitych planów wydawniczych i pomysłów publicystycznych. Potrzebowaliśmy Go.

Omawialiście plany wydawnicze z arcybiskupem krakowskim?

Omawialiśmy, jakie książki byśmy chcieli wydać. A kiedy mieliśmy kłopoty z kościelnym imprimatur i nihil obstat, lecieliśmy do Niego i mówiliśmy Mu, że są kłopoty z profesorem takim czy innym, bo nie chce nam dać kościelnego pozwolenia na publikację, więc niech nam ksiądz biskup pomoże. On w znakomitym stylu, pełnym kurtuazji, potrafił z nimi rozmawiać i tę kościelną cenzurę temperować. Pamiętam rozmowę Wojtyły ze starszym teologiem krakowskim prof. Florkowskim, przezacnym, który odmawiał nam nihili obstat na książkę Rahnera. Biskup Wojtyła zapytał go: „Proszę księdza profesora, czy tam jest coś przeciwnego wierze i dobrym obyczajom?”. Florkowski odpowiedział, że nie, ale są tam różne dziwaczne, kontrowersyjne sformułowania. I Wojtyła powiedział wtedy: „Dobrze, ale dlaczego nie dać czytelnikowi szansy zapoznania się z tymi dziwactwami, żeby mógł wyrobić sobie własne zdanie na ich temat”.

A ileż On skarg dostawał na „Tygodnik Powszechny” od różnych księży, biskupów, dewocyjnych kręgów! I odpisywał: prosiłbym o sprecyzowanie zarzutów. Czym kończył sprawę, bo były to na ogół zarzuty wiszące w powietrzu, a nie zakotwiczone w jakimś konkretnym artykule i raczej żaden z nadawców tych listów nie potrafiłby ich sprecyzować.

I jeszcze jeden przykład, jaki był Papież, z czasów watykańskich. Opowiedziałem Mu o moim spotkaniu z grupą charyzmatyków, otrzymujących według nich bezpośrednie natchnienie od Ducha Świętego, którzy podnosili ręce do góry, śpiewali, tańczyli. Mnie to się nie bardzo podobało. Papież powiedział: „Ale może nie trzeba się z nich zanadto wyśmiewać. Wie pan, ludzie na różne sposoby manifestują swoje uczucia i widocznie jest im to potrzebne. Zostawmy ich przy tych obyczajach, choć dla nas trochę dziwnych”.

Prasa, zwłaszcza francuska, pisała o Nim jeszcze niedawno jako o sztywnym konserwatyście, robili z Niego prawie inkwizytora. Nieprawda. Nie był nigdy inkwizytorem.

Więc moim pierwszym uczuciem po Jego wyborze na papieża była złość, potem żal, a dopiero później pomyślałem, że jako papież też może niemało zrobić.

Żal?

Że jako wydawca tracę nie tylko dobrego współpracownika, ale także wspaniałego partnera do dialogu. Z Nim chciało się rozmawiać. Z Nim było przyjemnie po prostu się kłócić. Nigdy się nie zaperzał.

Rację przyznawał?

Albo przyznawał rację otwarcie i zmieniał zdanie, albo w bardzo drażliwych kwestiach nie spieszył się z odpowiedzią. Powiedziałem np. kiedyś w Watykanie, że wrzucanie do jednego worka sprawy aborcji i sprawy antykoncepcji jest moim zdaniem bezsensowne, bo to drugie wymyślono po to, by nie dopuścić do pierwszego. Czyli antykoncepcja jest po to, by nie trzeba było stosować aborcji. Papież nic nie odpowiedział, w ogóle nie zabrał głosu. Pomyślałem sobie, że widocznie się zgadza, qui tacet, consentire videtur, kto milczy, ten zdaje się zezwalać. Ale może uważał, że jeszcze nie czas, by wyraźnie o tym mówić.

Ktoś Pana poparł?

Nie pamiętam, byłem tak rozpędzony, by swoje wywalić, szybko i szczerze, że zatrzymałem się dopiero, gdy usłyszałem… ciszę.

Kto zmienił temat?

No, ktoś się zaraz wtrącił, naturalnie. Z boku. Może ksiądz Dziwisz, poczciwy.

Wróci do Polski?

Nie wiem. W Kurii Rzymskiej jest sporo Polaków. To zrozumiałe, jeśli przez 26 lat Polak był papieżem. Może usłyszą: jużeście się naszastali, teraz sobie odpocznijcie.

 

Jan Paweł II i Prof. dr hab. Jacek Woźniakowski

Jan Paweł II i Jacek Woźniakowski.Watykan, początek lat 80.
Fot. Arturo Mari/Archiwum Jacka Woźniakowskiego

Kuria Rzymska jest maszynerią szalenie skomplikowaną, ogromnie tradycyjną. Dopóki jej trochę nie poznałem, wydawało mi się, że to podejmowanie decyzji latami, dojrzewanie do zmian, wypracowywanie stanowiska jest wynikiem jakiejś niezrozumiałej aktywności, oznaką, że gdzieś tam za kulisami Bóg wie, co się dzieje. Jak w sensacyjnych powieściach o papiestwie. A tam z reguły niewiele się nie dzieje. Jest pełno rodzinnych powiązań i tradycji personalistycznych. Tradycyjność zaś ta trwa od stuleci i przelewa się na rozmaite dziedziny aktywności.

Szczerze współczuję następcy Jana Pawła II. Będzie musiał zastąpić człowieka, który jest nie do zastąpienia.

Czy będzie miał odwagę kontynuować linię pluralizmu religijnego w chrześcijaństwie, tzn. wieloświatopoglądowości czy wielopoglądowości w obrębie tego samego wyznania? Czy pójdzie dalej niż Jan Paweł II w sprecyzowaniu, w czym obowiązuje jedność w Kościele, a gdzie może być libertas, czyli wolność w poglądach?

Miarą dojrzałości Polaków – powiedział jeden z polskich biskupów – będzie teraz ich postawa wobec następnego papieża. W jaki sposób przyjmą wybór nowego.

To zależy także od niego.

Tylko nie wymagajmy, by natychmiast przyjeżdżał do Krakowa.

Od tego, co powie.

Zdanie o Polakach na pewno padnie, myślę, że już w pierwszej homilii. Hierarchowie mają jednak pewne wyszkolenie dyplomatyczne. Liczę też na wrażliwość i delikatność nowego papieża. Od stu lat mamy szczęście do papieży. Począwszy od Leona XIII. Byli wśród nich wybitni ludzie, szukający nowych dróg i inspiracji dla Kościoła. Jan XXIII – szalenie bezpośredni. Kiedy mówił, zapalał się tak, że aż podskakiwał na swoim tronie.

Paweł VI.

Był człowiekiem bardzo grzecznym, szalenie sympatycznym i ogromnie nieśmiałym. Widać było, że ciągle gryzą go rozmaite wątpliwości. Śpiewając, strasznie fałszował. Myślę, że to okropne, gdy papież wie, że fałszuje, a musi czasem zaśpiewać.

Jan Paweł I.

Nie widziałem go, papieżem był tylko 30 dni, ale sądząc z książeczki o katechezie, którą napisał, wydał mi się nadzwyczajnym człowiekiem.

Teraz boję się, by nie sprawdziła się stara przypowieść, że po latach tłustych przyjdą chude.

Różne sceny mi się przypominają.

Nasze dzieci uwielbiały się z Nim bawić, jak do nas przychodził. Zawijał je w dywan, toczył po pokoju i znienacka nagle rozwijał. Ta zabawa była Jego wynalazkiem.

On był nieśmiały. Swoją nieśmiałość bez przerwy musiał pokonywać. Trudno w to uwierzyć, prawda? Kiedy się Go widziało, z jaką emfazą potrafił przemawiać do milionowych tłumów, z jakim naciskiem, dobitnie artykułował swoje opinie, jak emocjami tych milionowych tłumów potrafił kierować. Ja pamiętam Go jako młodego, nieśmiałego księdza, który wysłuchiwał rozmaitych uwag na temat swoich kazań, że są za skomplikowane, za trudne, niezrozumiałe itd. Myślę, że ta Jego nieśmiałość wynikała z autentycznej pokory. I z tego, że ogromnie dbał, by nikomu nie narzucać się ze swoją osobą, nikogo nie absorbować.

A teraz zacznie się seria zmian nazw ulic na Jana Pawła II, nazywanie Jego imieniem szkół, szpitali, każde miasto będzie miało ambicję wystawić Mu pomnik.

Im jestem starszy, tym bardziej mnie to irytuje. Jestem przekonany, że Jemu też wcale by się to nie podobało

Powiedziałby za Tomaszem z Akwinu: to wszystko słoma?

Na pewno.

Boję się przesady. Kultu jednostki. Kult jednostki zawsze jest niebezpieczny.

Proszę zwrócić uwagę, że On nigdy nie używał formy, którą papieże i w ogóle suwereni używali dawniej – pluralis maiestatis. Nie mówił: my – Kościół. Zawsze mówił albo ja, jeżeli mówił o sobie, albo w trzeciej osobie, w formie opisu.

 

Do nas, wystających nocami pod Franciszkańską 3: „Idźcie już do domu, Papież chce spać”.

Wzruszający był wtedy stosunek ludzi względem siebie, uprzejmość, nadzwyczajna chęć pomagania sobie nawzajem.

To się teraz powtórzyło.

Niezwykła chęć bycia razem, zamanifestowania, że te uczucia są nie tylko moje, ale nasze, wspólne. Myślę, że są one bardzo korzystne dla psychiki, bo jest to jakieś spoiwo, które łączy ludzi ze sobą. Tylko co z tego wyniknie?

My wcześniej, przed Jego pielgrzymkami, nie mieliśmy okazji, żeby poczuć jakąś wspólnotę. Zostaliśmy tego pozbawieni. Nie przeżyliśmy nawet wspólnej radości z zakończenia wojny.

Andrzej Jawień – podpisał swoje wiersze. Nie był pewny, czy są warte druku.

Nie uważał, że dobre?

Myślę, że nie. Powiedział mi raz: „Gdybym nie był papieżem, nikt by się nimi teraz nie interesował”. Był dość sceptyczny, jeżeli chodzi o wartość swoich wierszy. Drukowałem je w „Tygodniku Powszechnym”. Turowicz akurat był za granicą, a ja go zastępowałem. Nie wiedziałem, czyje to wiersze. One bardzo mi się po prostu spodobały. Były w klimacie Wyspiańskiego, Norwida i niektórych współczesnych poetów francuskich.

Nie, zupełnie nie wiedziałem, że to księdza Wojtyły. On je przez kogoś przysłał. Może był ciekaw, jak redakcja zareaguje na nieznanego autora. Może chciał sprawdzić, ile warte. My wtedy już dobrze znaliśmy księdza Wojtyłę z parafii św. Floriana.

Wywęszyła go Zosia Morsztynowa. Ciekawy ksiądz, wrócił po studiach we Francji, trzeba poznać. Zaprosiła go na herbatę do siebie i mieliśmy z nim długą rozmowę. Z tego, co pamiętam, o tym, co dzieje się we Francji. Zafrapował nas.

Chciał być karmelitą – dowiedzieliśmy się później. Chciał iść do zakonu, ale kardynał Sapieha mu zakazał. Powiedział: „Żadne klasztory, ksiądz jest do zupełnie innych celów powołany”. Sapieha miał nieprawdopodobną intuicję. A do mnie, wie pani, co powiedział? Opowiadałem to już wielokrotnie. „Ale pan ciacha!”.

Ciacha?

Poszedłem do Sapiehy na czele delegacji studentów, całą grupą, żeby powiedzieć mu, iż Kościół polski jest anachroniczny i trzeba go zreformować. To było jeszcze grubo przed Soborem, na początku moich studiów na UJ po wojnie. Sapieha stał, malutki, w czarnej sutannie, na przodzie, a za nim prałaci, wspaniali, przyozdobieni łańcuchami. Prałaci byli bardzo niemile dotknięci moją mową reformatorską. Widziałem, że coraz bardziej się naburmuszają, coraz bardziej nadymają. A Sapieha słuchał mnie z upodobaniem i kiedy skończyłem, rzekł: „Ale pan ciacha!”.

O Wojtyle mówiło się w Krakowie, że wygłasza strasznie trudne inteligenckie kazania, że nie trafiają do ludzi. Jan Józef Szczepański, który był człowiekiem wierzącym bardzo po swojemu, miał inne zdanie. Powiedział mi: „Jakiś niesłychany nowy ksiądz jest u św. Floriana, w swoich kazaniach potrafi jednocześnie trafić do zupełnie prostych ludzi i do bardzo wymagających, subtelnych intelektualistów”. Szczepański nie znał wtedy Wojtyły osobiście, myślę, że do św. Floriana zachodził pod wpływem żony.

Poszedłem do Niego do spowiedzi. Polecił mi lekturę nie żadnego św. Tomasza czy św. Augustyna, tylko św. Jana od Krzyża.

Jako pokutę?

Nie, jako radę, że byłoby dla pana pożyteczne, by poczytał pan sobie św. Jana od Krzyża. I że w ogóle radzi mi poczytać trochę wielkich mistyków, za mało według Niego w Polsce znanych i czytanych. Ksiądz Tischner też zwrócił mi potem na to uwagę. Przy jakiejś rozmowie na temat kultury polskiej. Powiedział, że to ciekawe, iż w polskiej literaturze właściwie nie ma wielkich mistyków. Ani w stylu Pascala, ani w stylu św. Jana od Krzyża, ani wielkiej św. Teresy. No proszę, niby taki katolicki naród, a ta tradycja w ogóle się u nas nie rozwinęła. My, w środowisku „Tygodnika Powszechnego” i wydawnictwa Znak, oscylowaliśmy między św. Tomaszem i św. Augustynem. A do mistyków mało kogo pędziło. Ja też chyba nie mam smykałki do mistyki, zbyt dużo zapewne we mnie racjonalistycznych skłonności. Św. Jan od Krzyża jest dla mnie przede wszystkim cudownym poetą.

Jak Tischner.

Ksiądz Wojtyła powiedział mi kiedyś o Tischnerze: „Wszyscy ciągle z nim dyskutują jako z filozofem czystej krwi, a on jest przede wszystkim poetą”. Oni się bardzo lubili. Tischner był poetą filozofii.

Prymas Wyszyński też, pytany o biskupa Wojtyłę, kim jest, powiedział: poeta.

Myślę, że kardynałowie Wojtyła i Wyszyński co innego pod mianem poety rozumieli. Wojtyła, mówiąc o Tischnerze, myślał o jego sposobie myślenia, odczuwania, kojarzenia. To wspaniale widać w publicystyce Tischnera. On nie idzie od przesłanki do przesłanki, tylko stosuje ostre flesze. Czasami intuicyjne, nadzwyczajne.

A co przez słowo „poeta” rozumiał Wyszyński, nie wiem. Wiem, jak rozumiał godność. Kardynał Wyszyński używał tego słowa, mówiąc o narodzie. Papież odnosił je do osoby. On nie traktował narodu jako osoby. On naród traktował jako zbiór osób.

Wojtyła i Wyszyński to dwa różne światy. Wojtyła był intelektualistą, a Wyszyński stawiał na Kościół ludowy, obrzędowy. I na autorytet własny. Pamiętam kolacje u Wyszyńskiego, dla mnie żenujące. Dookoła różni prałaci, z którymi trudno było nawiązać jakąś poważniejszą rozmowę, i Wyszyński – stojący parę pięter wyżej, górujący nad nimi kulturą, obyciem, wiedzą. Więc jak spotkał Wojtyłę, musiał zauważyć jego nieprzeciętność. Tej nieprzeciętności nie mógł zlekceważyć. Przecież Wyszyński był jednak człowiekiem wielkiego kalibru.

Nie lubił „Tygodnika Powszechnego”?

Wojtyła powiedział mi, dlaczego. To jest zawiedziona miłość – powtórzył mi kilka razy. Wyszyński liczył na was, oczekiwał od was, że go w rozmaitych akcjach i działaniach podeprzecie, i tego podparcia od was nie dostał.

Nie dostał rzeczywiście, bo uważaliśmy, że organizowane przez niego wielkie manifestacje ludowe nie sprzyjają pogłębianiu religijności, a ludzi kierują w stronę zbyt biernej pobożności. Wojtyła z większym od nas zrozumieniem je oceniał. Zawsze starał się pogodzić różne nurty występujące w polskim Kościele.

Wyszyński zresztą w swoim niedocenianiu inteligencji skupionej wokół Kościoła był czasem nieznośny. Poszliśmy kiedyś z moją żoną w Laskach na spacer i na jednej ze ścieżek natknęliśmy się na samotnie przechadzającego się Prymasa. Byłem świeżo po doktoracie, zrobionym ogromnym wysiłkiem, głównie mojej żony, która przez ten czas sama zajmowała się domem. „Księże kardynale – pochwaliła się – mój mąż właśnie skończył doktorat, jesteśmy szczęśliwi”. I wtedy Wyszyński palnął nam kazanko: „Ach, te wszystkie doktoraty to są głupstwa, nie ma o czym mówić, ważna jest religijność ludu polskiego” itd. Bardzo to żonę dotknęło.

Myślę, że takie demonstracyjne lekceważenie intelektualnych ambicji ujawniło się w Wyszyńskim dopiero po wyjściu z uwięzienia. On zawiódł się na swoich mądrych biskupach. Pewnie pomyślał, że ci wszyscy intelektualiści w chwilach próby są mało warci, załamują się pod presją, i postawił na lud.

Oraz na posłuszeństwo.

Wspomniałem kiedyś Wyszyńskiemu, że dla mnie najważniejszą sprawą jest dialog w Kościele. Powiedział: ciągle się mówi o dialogu, nie rozumiem tego. Dla mnie dialog w Kościele polega na tym, że jest podział obowiązków – ja mam zlecone zadanie nauczania, a ludzie mają słuchać tego, czego ja ich uczę.

Wojtyle w życiu do głowy by coś podobnego nie przyszło. Wojtyła zachęcał wręcz, by z Nim dyskutować. Świetnie się czuł w gronie ludzi o rozmaitych przekonaniach, którzy się spierali z Nim i między sobą. On w takiej atmosferze rozkwitał. Człowiek odnosił przy tym wrażenie, że Wojtyła, rozmawiając z nami, całą swoją uwagę, całą moc, jaką dysponuje, skupia na rozmówcach. Nawet wtedy, jak rozcinał listy, miało się wrażenie, że bardzo pilnie i uważnie słucha tego, co się do Niego mówi.

Jakie listy?

Widzę to. Siedzi przy stole i nożykiem rozcina listy. Koperta za kopertą. Dostawał ogromną korespondencję. W Krakowie podczas kolacji, na które zapraszał redakcję „Tygodnika Powszechnego”, rozmawiał z nami, ostro dyskutował, dowcipkował i przeglądał listy. W błyskawicznym tempie, całymi stronami. Miał niesłychaną podzielność uwagi. W Watykanie też to robił na początku. Dopóki Andrzej Deskur, jego przyjaciel, kardynał, który był przewodnikiem Papieża po Rzymie, nie postanowił: my Go powoli tego oduczymy. I oduczyli.

Prasę też czytał w błyskawicznym tempie. Na początku nie chciał, polityka Go nie interesowała. Mówił, że polityką zajmować się nie chce, wystarczą mu funkcję biskupie, apostolskie, pastoralne i duszpasterskie. Tłumaczyliśmy mu z Turowiczem, że – będąc biskupem – musi czytać gazety, musi orientować się w sytuacji politycznej. Uznał, że mamy rację, i po trzech tygodniach czytania zupełnie nieźle poruszał się w zagadnieniach politycznych. Miał fantastyczną pamięć i zdolność chwytania clou sprawy. I wtedy pomyślałem sobie: „No, no…”.

Jeśli ktoś ma taką zdolność przystosowania się do nowych sytuacji i umiejętność sprostania wymogom, które one niosą, oraz momentalnie potrafi zgłębić arkana wiedzy i z tak niesłychaną łatwością nad nią zapanować, ten musi daleko zajść. I jak tak dalej pójdzie – pomyślałem jeszcze – to On prędzej czy później zostanie papieżem. Sądziłem tylko, że dużo później, na stare lata, jak to zwykle papieże.

Po siedemdziesiątce.

My mieliśmy uczucie podziwu dla Jego dorastania do coraz nowych obowiązków. To było coś nadzwyczajnego. I do Jego wewnętrznej potrzeby zmieniania świata, który Go otaczał.

Obiady u Papieża były w Watykanie nieprawdopodobną innowacją. Dawniej papieże musieli jadać osobno, taka była etykieta.

Sami, przy stole?

Okropne, prawda? Nie mieć z kim porozmawiać przy obiedzie.

Jan Paweł II wprowadził obiady otwarte, z ludźmi. Zapraszał regularnie. Byłem wiele razy. Czasem zapraszał dwie, trzy osoby, czasem kilkanaście. W czasie obiadu można z Nim było porozmawiać trochę dłużej.

Ktoś notował?

Ksiądz Dziwisz wiele rzeczy, jeśli był obecny, zapisywał. Więc myślę, że są. Papież rzucał nieraz przelotem swoje uwagi na różne bieżące tematy. Świetne, po prostu świetne.

Kiedyś, jak przyszliśmy do Niego całą delegacją wydawnictwa, powiedział: „O różne rzeczy się spieraliśmy się w kurii krakowskiej. O ile przyjemniej jest kłócić się z kimś z otwartą przyłbicą, niż napotykać na swojej drodze przyłbice zamknięte”.

Na jednej z kolacji rozmawialiśmy o Alainie Besançon. Był Leszek Kołakowski, ja i jeszcze parę osób.

W Castel Gandolfo?

Tak, tak. Tam odbywały się seminaria papieskie, na które zjeżdżały najwybitniejsze głowy z całego świata.

Kołakowski na karteczce napisał strasznie śmieszne potępienie pewnego francuskiego filozofa. Po łacinie: ktokolwiek by twierdził, że ten filozof jest mądrym człowiekiem, ten – anathema sit itd., i dalej kilka wyklęć kościelnych na niego rzucił. Podsunął mi tę karteczkę, okropnie mnie ona rozśmieszyła, bo to była parodia średniowiecznej łaciny kościelnej, wyklinającej inne poglądy niż te, które Kościół oficjalnie reprezentował. Pokażę to Papieżowi – powiedziałem Kołakowskiemu. Przeraził się: „Na miłość boską, nie rób tego, nie wypada”. Dałem karteczkę Papieżowi. Śmiał się, głośno. Tak śmiejącego się prawie do łez widziałem Go jeszcze chyba tylko raz. Jak Adam Michnik zaczął coś opowiadać. Wszyscyśmy się wtedy śmiali do łez. Siedzieliśmy w ogrodzie, Papież na krzesełku, dookoła był Michnik, Geremek, moja żona…

Michnik czym Go tak rozśmieszył?

Nie pamiętam. Michnik był uszczęśliwiony, że przyjechał do Papieża, strzelał dowcipami. Geremek też mi wtedy niesamowicie zaimponował. Opisał sytuację polityczną Polski na tle sytuacji politycznej Europy, a zrobił to z taką precyzją i dokładnością, że Papież był zachwycony. Bardzo sobie cenił umiejętność jasnego i zwięzłego referowania problemów.

Też raz taką pochwałę od niego dostałem. Jak przylecieliśmy z żoną do Rzymu w 1982 roku i przez cały dzień składałem Mu relację z wydarzeń w Polsce. Przyszliśmy do Niego na śniadanie, siedzieliśmy do obiadu, zjedliśmy z Nim obiad, po obiedzie Papież przeprosił, że musi iść załatwić parę bieżących spraw, i prosi nas na podwieczorek. Od podwieczorku znowu siedzieliśmy. Z kolacją włącznie. Opowiadałem swoje wrażenia z podróży po Polsce i z kontaktów z ludźmi. Szalenie Go to ciekawiło. Papież zawsze żywiej reagował nie na jakieś tam teoretyczne opisy, tylko na informacje, jak się ludzie zachowują, jak reagują, jaka jest ich życiowa sytuacja.

Powiedział potem księdzu Dziwiszowi, a Dziwisz zaraz mi to życzliwie powtórzył: „Nareszcie mam przyzwoite sprawozdanie z tego, co się dzieje w Polsce”. Byłem zaskoczony. Bo Papież musiał mieć jakieś informacje. I miał, od Włochów. Ale cóż ci Włosi – jeden z drugim – potrafili mu opowiedzieć. Przyjechali tutaj, nie znając słowa po polsku, i niewiele z polskich spraw mogli zrozumieć.

Izolowano Go od informacji?

Może chcieli Go oszczędzić? Jedna z zakonnic powiedziała mi kiedyś z pretensją: „Pan zawsze jak przyjeżdża, opowiada Papieżowi jakieś smutne rzeczy o Polsce, a Papieża trzeba rozweselić”. Papież wybuchnął śmiechem, gdy mu to powtórzyłem.

Niektórzy z Jego dawnych przyjaciół mówili, że brakowało Mu ostrych dyskusji, jakie myśmy z Nim toczyli w Krakowie. Najśmielszy do Papieża był Swieżawski. Kilka razy kropnął do Niego listy tak niesłychanie śmiałe, co myśli o Kościele w Polsce i jego perspektywach, że nawet my byliśmy zdumieni. Ale Papież wysoko to oceniał.

Profesor Stefan Swieżawski umarł rok temu.

Nas jest coraz mniej.

Skarżył mi się kiedyś bardzo mądry kardynał francuski, że na początku pontyfikatu mógł z Papieżem rozmawiać bardzo szeroko o rozmaitych ważnych rzeczach, a potem coraz krócej i krócej, bo coraz mniej czasu wyznaczali mu na te rozmowy.

Rzeczywiście, z powodu szacunku, etykiety, nie dopuszczano do Niego pewnych ludzi, których, jak podejrzewam, chciałby widzieć. Kiedyś zapytał mnie o jednego z pisarzy francuskich, czy go znam. Odpowiedziałem, że znam. „Bardzo chciałbym z nim podyskutować – powiedział. – O jego nowej książce”. Spotkałem tego pisarza rok później. Nie widział Papieża. Może za mało się starał, a może uznano, że to będzie dla Papieża strata czasu.

Nie wiem, kto o tym decydował. Myślę, że to czasem bywały mechaniczne decyzje. Po prostu mieli strasznie długi ogonek ludzi czekających na audiencję i z tego ogonka trzeba było kogoś skreślać.

Kiedy ostatni raz Pan Go spotkał?

Dawno. Ale pisałem do Niego, odpowiadał, posyłałem swoje książki. Jedną z frywolnym tytułem „Czy artysta ma prawo się żenić?”. Dotyczyła socjologii życia artystycznego w XIX wieku. I Papież mi odpisał: „Kochany Panie Jacku, bardzo dziękuję za książkę, którą przeczytam z zainteresowaniem, choć sądząc z tytułu ona mnie bezpośrednio nie dotyczy”.

Po kolejnej, „Czy kultura jest koniecznie potrzebna?”, którą także wysłałem Papieżowi, napisał mi, że książka wydaje mu się nie tylko bardzo ciekawa, ale miejscami po prostu pasjonująca, skończy ją czytać w samolocie do Brazylii. Pomyślałem, że to takie kurtuazyjne skwitowanie przesyłki. De Gaulle odpisywał zawsze autorom: „Bardzo dziękuję, pańską książkę przeczytałem z największym zainteresowaniem”. Chociaż nigdy jej nie otworzył.

I nagle w jakimś francuskim piśmie natknąłem się na fotografię Papieża lecącego do Brazylii, z książką na kolanach. Sprawdziłem przez szkło powiększające – to była moja książka. Znowu mnie zaskoczył. Nawet w tak prostych rzeczach nie stosował żadnych wybiegów, kurtuazyjnych odezwań się, czy gestów, które by nie miały pokrycia w rzeczywistości.

A te nasze, teraz? Co z nich zostanie.

Pomyślałem – choć właściwie to trudno porównywać – o Powstaniu Warszawskim. Było straszliwą lekcją, ale jednak nas czegoś nauczyło. Dlatego mam nadzieję, że te wzruszenia związane ze śmiercią Papieża – może nawet przesadzone – trochę poprawią klimat psychiczny w naszym kraju. Chcę wierzyć, że przynajmniej część związanych z Jego śmiercią obietnic własnej przemiany zostanie dotrzymana.

O patriotyzmie cudzoziemskich żon – Jacek Woźniakowski

O patriotyzmie cudzoziemskich żon

Jacek Woźniakowski

Geneza tej gawędy jest taka, że pan prezes PAU polecił mi podać jakiś jej tytuł. Pomyślałem wówczas, jakim interesującym polem badań byłoby przyjrzenie się, w świetle pamiętników (nie tylko publikowanych) i dawnej korespondencji, a także wiarygodnych tradycji ustnych – przyjrzenie się sytuacji małżeństw narodowo mieszanych, które w XIX i XX wieku przytrafiały się dosyć gęsto w Polsce. Więc podałem taki tytuł jak wyżej, bo wszakże cały cykl naszych odczytów dotyczy patriotyzmu właśnie. Ale zaraz ktoś zwrócił mi uwagę, że przecie bywali też cudzoziemscy mężowie, którzy stawali się polskimi patriotami. Oczywiście. Moim zamiarem jest tylko zasygnalizowanie tematu, któryby mógł, a może powinien, zaciekawić socjologów, psychologów, historyków kultury i w ogóle historyków, zwłaszcza u progu naszego wejścia do Unii Europejskiej. Do poruszenia tego tematu pobudziły mnie zwłaszcza owe tradycje ustne, podparte nieraz, jak mówiłem, rękopisemną korespondencją lub wspomnieniami, owe przeczytane niezbyt dawno trzy książki: „Europa w rodzinie” Marii Czapskiej (1970), katalog wystawy Henryka Rodakowskiego, opracowany przez Annę Król (1994) i „Pamiętniki” Michała Pawlikowskiego (1998). Matka Marii Czapskiej była Austriaczką z rodziny od setek lat siedzącej nad Łabą, babka Marii, czyli żona Emeryka Czapskiego, twórcy muzeum Czapskich, pochodziła z Bałtów, tzn. z kulturowej mieszanki niemiecko-rosyjsko-łotewskiej.

Żona Rodakowskiego była Austriaczką, a ukochana babka Michała Pawlikowskiego Niemka ze Szwabii. Żeby z tego rodzaju mieszanek wyciągnąć jakieś uogólniające wnioski, trzeba by dysponować materiałem o wiele obfitszym. Ale już tutaj uderzają pewne podobieństwa, które chyba nie tak trudno wyjaśnić.

Matka księcia Witolda Czartoryskiego, osobistości znacznej w Galicji jeszcze w czasie pierwszej wojny światowej, była córką czeskiego malarza. Bardzo kastowa wiedeńsko-galicyjska socjeta trochę się na ten mezalians krzywiła, co mogło być jedną z przyczyn chętnego przeniesienia się małżeństwa na polską wieś, do Pełkiń. Chyba w Pełkiniach właśnie wychowało się jedenaścioro dzieci księcia Witolda, czyli wnuków owej czeskiej damy, między nimi ludzie tak wybitni, jak dominikanin ojciec Michał, który poległ w Powstaniu Warszawskim. Wnikliwy historyk polskiej myśli renesansowej, Paweł Czartoryski i Urszula Czartoryska, autorka ważnej książki o roli fotografii w sztuce, to już następne pokolenie. Otóż ta jedenastka mówiła zgodnie o swojej czeskiej babce: to przede wszystkim babcia nauczyła nas polskości, co bez wątpienia znaczyło, że pogłębiła i utwierdziła ich świadomy i rozumny patriotyzm. Porównajmy to ich przekonanie ze wspomnieniami Marii Czapskiej – autorki świetnych studiów z dziejów polskiego romantyzmu, siostry malarza Józefa – która o sobie i swoim rodzeństwie pisze, że te dzieci Austriaczki i ojca zupełnie obojętnego narodowo, wychowane na Białej Rusi przez Francuzki i Niemki, cechował gorący polski patriotyzm (w wydaniu francuskim widnieje nawet „agresywny” patriotyzm), wszczepiony im niewątpliwie przez matkę. Pani Czapska, mając lat dwanaście, powiedziała sobie, że musi wyjść za mąż za Polaka, bo Polacy to bardzo nieszczęśliwy naród. Zrealizowała to postanowienie i rozwijała je, wychowując dzieci. To matka uczyła śpiewać je „Boże coś Polskę”, a także czeski hymn narodowy, i ona właśnie, jak pisze Maria Czapska, kształciła zdolność myślenia o przeszłości Polski i o spadku jaki wszyscy po tej przeszłości otrzymaliśmy, razem z nauką i ze zgłębianiem modlitwy.

Niemiecka babka Michała Pawlikowskiego nigdy nie nauczyła się dobrze po polsku i sama wolała mówić po niemiecku, ale kiedy raz Michał, chcąc jej zrobić przyjemność, przywitał ją rano jakimś niemieckim frazesem, nagle odezwała się po polsku: co ty jakiś Szwab jesteś, że mówisz do mnie po niemiecku?

Wreszcie Rodakowski. Zachowała się duża korespondencja między nim a jego żoną, Austriaczką. Jeżeli cokolwiek chwilowo ich rozdzieliło, pisywali do siebie niekiedy i dwa razy dziennie, zawsze po francusku. Jedynie prawie polskie słowa, jakie się w tych listach trafiają, dotyczą gospodarstwa wiejskiego, jak stodoła, gumno itp. Więcej jest niemczyzny, bo jeżeli tylko opowiadają sobie o jakiejś rozmowie, która odbyła się po niemiecku, to przechodzą na ten język i piszą go szwabachą. Urządzili się bardzo wygodnie w Paryżu i zdawałoby się, że niczego im tam nie brakuje. Ale Rodakowski się uparł, że musi dzieci wychować po polsku, więc mimo nalegań braci malarza, żeby się z Paryża nie ruszał, bo straci kontakt z artystycznym środowiskiem, zwinęli swój pałacyk w Passy i przenieśli się do Pałachicz daleko za Lwowem, a potem do Bortnik, prawie tak samo egzotycznie położonych. O ile wiadomo, pani Rodakowska, wychowana między Wiedniem a Paryżem, nigdy się na te przenosiny nie skarżyła. W czasie podróży do Polski dzieci, ku zdziwieniu i radości rodziców, zachwycały się wszystkim, a jeszcze wcześniej cztero czy pięcioletni synek Rodakowskich podyktował karteczkę po francusku z prośbą do ojca o jakąś książkę polską, bo koniecznie chce się nauczyć po polsku. Któż pomógł brzdącowi w ułożeniu tej kartki jeśli nie matka, która się z dziećmi prawie nie rozstawała? (Po polsku Zygmunt Rodakowski nauczył się doskonale. Jego życiorys w „Polskim Słowniku Biograficznym” stanowi niezwykle ciekawą kartę z dziejów polskiej techniki”).

Mówiłem przed chwilą, że jeśli między żywotami tych bardzo różnych pań dostrzec potrafimy pewne podobieństwa, to ich wyjaśnienie może okazać się proste. Na przykład takie: wiele żon z czasów późnego romantyzmu bardzo poważnie traktowało zasadę ubi tu Caius – tam gdzie ty jesteś, tam i ja być powinnam. Mężowie i teściowie tych pań zamykani bywali w różnych twierdzach, one same przynosiły im niekiedy do więzienia małe dzieci – ich patriotyzm był jedną z form wierności, stałości małżeńskiej. Wychodząc za Polaków cudzoziemki w jakiś sposób wiązały się z ich obowiązkami, a także z ich widzeniem historii.

Inne wyjaśnienie, może bardziej psychologiczne. Któryś z pisarzy francuskich zauważył, że o ile mężczyźni często lubią umysłową spekulację, niekiedy trochę abstrakcyjna, o tyle dla kobiety idea czy myśl nawet religijna c’est toujours quelqu’un: to jest zawsze ktoś. Jeżeli tym kimś był mąż albo syn, panie utożsamiały się ze sprawą w sposób szczególnie głęboki. Wyjaśnienie trzecie jest na odmianę socjologiczne. Niezależnie od swojego pochodzenia zagraniczne panie wnosiły w atmosferę polskich domów, mocna nieraz rozchwianą ze względu na perypetie naszej historii, pewien ład, który u nas zwykło się nazywać mieszczańskim. Emilia Plater to nie byłby chyba ideał Emerykowej Czapskiej, która po śmierci męża przygotowywała pieczołowicie edycję dalszych tomów katalogu jego numizmatów. Obserwowałem u wnuczek i nawet prawnuczek owych cudzoziemskich żon mocne nieraz ślady owych nawyknień do ładu, których u nas niestety często brakowało. Brakowało ich nie tylko ze względów historycznych, ale także ze względu na przewagę modelu kultury wiejskiej, która i na miastach polskich odcisnęła swoje piętno, przewagę nad kulturą miejską, która tryumfowała w wielu regionach Europy Zachodniej. Ogromnie rzecz upraszczając, można by powiedzieć, że deszcz, śniegi, roztopy, skwary i posucha, były istotniejsze dla naszego życia niż czas wyznaczony zegarami. A cudzoziemskie żony wnosiły pod polskie dachy swoiste elementy obyczajowości metronomu, także wtedy, kiedy pierwotnie pociągnął je do Polski obyczaj impromptu.

O dziejach rodziny prof. Jacka Woźniakowskiego

O Jacku Woźniakowskim i dziejach jego rodziny, Woźniakowskich i Pawlikowskich, o ziemiaństwie, o Domu Pod Jedlami w Zakopanem, a też o „Tygodniku Powszechnym”

Gazeta Wyborcza z 28 marca 1997 r., 4 kwietnia 1997 r., 11 kwietnia 1997 r., 18 kwietnia 1997 r.

W zakopiańskim Domu Pod Jedlami, jednym z najpiękniejszych budynków architektury Podhala, zaraz ucichnie gwar salonu, który gościł najznakomitsze postacie polityki i kultury Drugiej Rzeczypospolitej. Dwór w Chorzelowie niebawem przejdzie pod zarząd niemieckiego administratora, w oficynie na piętrze zamieszka niemiecki generał, reszta pomieszczeń w domu i w czworakach będzie pękać w szwach od wysiedleńców z Poznańskiego, a w oranżerii, pod osłoną palm i fikusów, znajdzie schronienie żydowska rodzina. Opuszczony dwór w Medyce rozbiorą doszczętnie, cegła po cegle, okoliczni chłopi. Zaś konie pełnej krwi, duma stadniny w Widzowie, biegać będą w niemieckich barwach na lwowskim torze wyścigowym, dopóki nie pogna ich na zachód Armia Czerwona, która nadejdzie pewnym krokiem, choć w dziurawych butach, w drodze na podbój Berlina. Ale na razie, latem 1939 roku, tego wszystkiego nikt się jeszcze nie spodziewa.

Dwór w Niepodległej

Jacka Woźniakowskiego, młodzieńca o nienagannych manierach, stale korygowanych przez różne ciotki i wujków, wyuczonego starannie języków przez guwernantki, tak zwane mademoiselki, przybyłe z Belgii i Szwajcarii, zamiłowanego jeźdźca, dosiadającego szlachetnych koni z ojcowskiej stadniny, rodzina przeznaczyła na spadkobiercę różnych majątków rodzinnych.

Troskano się niewielkim zainteresowaniem Jacka dla życia na wsi, a jeszcze bardziej jego nadmiernym pociągiem do książek i obrazów, tak więc w czasie spotkań rodzinnych wydyskutowano ewentualność, że przyszły spadkobierca wyląduje w dyplomacji. Taki wariant wydawał się młodemu paniczowi godzien rozwagi.

– Jeszcze przed maturą Józef Czapski, przyjaciel naszych przyjaciół i krewnych, wszczął ze mną zasadniczą rozmowę – wspomina dziś profesor Jacek Woźniakowski. – Wyłożyłem mu swoją ówczesną ideologię, idiotyczną zupełnie, że studia to dla mnie czysta zabawa, a moim prawdziwym pragnieniem jest zamknąć się w wieży z kości słoniowej i tam rozmyślać i pisać. Czapski powiedział z wyraźnym politowaniem w głosie: „Z takimi poglądami i paroma językami nadaje się pan świetnie na ambasadora”.

Gdyby wówczas powiedziano młodemu Jackowi, że o ziemiaństwie będzie się niedługo już mówiło w czasie przeszłym potępiającym, to zapewne nie byłby sobie w stanie tego wyobrazić. Przecież – tak chyba uważał – na tej warstwie spoczywa w znacznej mierze odpowiedzialność za kulturę narodową, za edukację, za pielęgnowanie wartości, bez których świat musiałby się nieuchronnie zawalić. Wystarczyło się zagłębić w dzieje przodków, choćby tylko po linii tych najbardziej znanych, Pawlikowskich z Medyki, którzy z miłości do ojczyzny nie tylko walczyli o niepodległość i spiskowali, ale też zakładali biblioteki, wydawnictwa, sady i ligi ochrony przyrody.

Upragniona niepodległość przyniosła jednak zarazem ziemiaństwu wiele rozczarowań. Utracili znaczenie polityczne, a przyjęta przez Sejm Drugiej Rzeczypospolitej w roku 1919 uchwała o reformie rolnej – choć później łagodzona i wprowadzana w życie bardzo ostrożnie – w sposób zasadniczy zachwiała ich pozycją gospodarczą, doprowadzając wiele gospodarstw ziemiańskich na skraj ruiny.

Szymon Rudnicki w książce „Ziemiaństwo polskie w XX wieku”, pisząc, że po uchwaleniu reformy rolnej zapanowało wśród ziemian przygnębienie i zdenerwowanie, cytuje niektóre ich wypowiedzi: „Już lepiej było pod zaborami”, „zmiażdżenie warstwy ziemiańskiej”, „żałoba świata ziemiańskiego”, „żywcem pogrzebani”.

– Do końca pierwszej wojny światowej większość ziemiaństwa walczyło o niepodległość – tłumaczy Woźniakowski – a jak została odzyskana, to już nie bardzo było o co walczyć, a stan posiadania się kurczył, dobra i majątek trzeba było stopniowo wyprzedawać. W tym środowisku, w którym ja się wychowałem, przeważała jednak radość i duma, że można służyć w polskim wojsku, że na międzynarodowych wystawach są stoiska polskich malarzy, że postępuje demokratyzacja społeczeństwa. Panowało jednocześnie uczucie ogromnej uciążliwości ekonomicznej. Ciągłym tematem rozmów stały się długi, kredyty, parcelacja, ceny żywności nieproporcjonalnie niskie w stosunku do produktów przemysłowych. Pamiętam wiele przypadków nieudanych prób przestawienia się na przemysł młynarski albo tartaczny, które wobec niemożności spłacenia zaciągniętych kredytów kończyły się bankructwem całych rodzin.

Medyka, olbrzymie, świetnie dotychczas prosperujące gospodarstwo rodziny matki Jacka Woźniakowskiego, w dwudziestoleciu międzywojennym zaczęła mocno podupadać.

Maria Dąbrowska, w wydanym w roku 1936 eseju „Rozdroża. Studia na temat zagadnień wiejskich”, gdzie zadeklarowała się jako zdecydowana zwolenniczka reformy rolnej, opisywała też kryzys duchowy polskiego ziemiaństwa: „Dwór polski bardzo mało już czym i na wieś, i na miasto promieniuje. A jeśli kto z tej sfery promieniuje, to ci, co z różnych powodów z posiadania ziemskiego zrezygnowali i znaleźli sobie inne dziedziny pracy twórczej”.

Młody Witold Gombrowicz widział swoją klasę jeszcze ostrzej: „W wieku lat dziesięciu – pisał we „Wspomnieniach polskich” – odkryłem coś ohydnego: mianowicie, że my ‚państwo’ jesteśmy zjawiskiem zupełnie groteskowym i niedorzecznym, głupim, boleśnie komicznym i nawet wstrętnym… Tak właśnie! Niewiele mnie obchodziło, czy jesteśmy wyzyskiwaczami ludu i jaka jest nasza moralność, natomiast przerażało mnie, że tak idiotycznie wyglądamy na tle prostych ludzi”.

– Gombrowicz co prawda kpił i nienawidził, ale równocześnie się snobował – mówi Woźniakowski. – A snobizm jest przecież dowodem przywiązania. To rozdwojenie, krytyczny stosunek pomieszany z tęsknotą i rozpamiętywaniem malowniczości tej formacji jest widoczny i u Prusa, i u Sienkiewicza, i u Wyspiańskiego. A nostalgiczne „Noce i dnie” Dąbrowskiej to była jedna z najbardziej ulubionych lektur we wszystkich ziemiańskich domach. Także Stanisław Witkiewicz, szalenie krytyczny wobec przeszłości ziemiaństwa, jak opisywał któryś z obrazów Juliana Kossaka przedstawiający sarmacką epopeę konną, to z jakim zamiłowaniem niesamowitym!

Młodość ziemianina

Jacek Woźniakowski urodził się 23 kwietnia 1920 roku w Biórkowie, dworze dziadków – Marii z Rodakowskich i Marcjana Woźniakowskiego.

W wieku dwunastu lat posłano go, jak przystało, po nauki za granicę. Najpierw była francuska szkoła we Fryburgu w Szwajcarii, prowadzona przez księży marianów.

– Chyba nic dobrego mi nie dała pod względem religijnym; bardzo nie lubiłem rycin w grubym mszaliku benedyktyńskim, męczyła mnie codzienna msza święta, a liturgicznego kalendarza i dziwacznie sformalizowanych jego objaśnień ani w ząb nie rozumiałem.

Potem już-już miał wyruszyć do Anglii, do benedyktyńskiej ekskluzywnej szkoły prywatnej, gdy udało mu się wyprosić u rodziców zmianę decyzji. Cały czas podczas pobytu w Szwajcarii przeżywał, jak sam to określał, „le mal du pays” – nostalgię za krajem – i „fizyczny brak krajobrazów tatrzańskich”. Wiek wcześniej jego pradziadkowi, malarzowi Henrykowi Rodakowskiemu, tak było tęskno za ojczyzną, że dwa razy uciekał z elitarnej szkoły Theresianum w Wiedniu.

Posłano Jacka, zgodnie z ówczesną modą, do Rabki, do Sanatoryjnego Gimnazjum Wieczorkowskiego, by w tamtejszym mikroklimacie przy okazji leczył „powiększone gruczoły”. Właściciel szkoły, dr Jan Wieczorkowski, redystrybuował dochody innych niczym Janosik: zamożniejszym rodzicom kazał płacić słono, a miejscowych górali przyjmował za darmo.

Przyjaciółmi Jacka w internacie byli: syn ziemianina, syn przemysłowca niemieckiego z Łodzi i syn żydowskiego adwokata z Warszawy, który zaraził go miłością do Tuwima.

– Różne głupie, sztubackie snobizmy nie miały głębszego wpływu na moje stosunki z ludźmi – zastrzega Woźniakowski. Ale przyznaje, że w niektórych sprawach znajdował wspólny język tylko z synami ziemian. Jedynie z nimi, na przykład, dawało się rozmawiać o koniach albo o polowaniach. Pamiętał z domów ziemiańskich, że inteligenci zaproszeni na polowania łatwo zyskiwali przydomek „Sonntagsjaeger”, czyli niedzielnych myśliwych, gdy nie umieli zachować się zgodnie z myśliwskimi obyczajami albo gdy przesadzali w poprawności, w elegancji myśliwskich strojów czy erudycyjnej znajomości łowieckiej terminologii. Inteligenci na salonach ziemiańskich zyskiwali też niekiedy miano „trebienistów” – jako ci, co tak się starają, że wszystko robią „tres bien”, bez dawki koniecznej dezynwoltury.

Choć od stulecia roiło się wśród przodków Woźniakowskiego od profesorów, artystów i pisarzy, wszyscy byli osadzeni na ziemi i to w znacznej mierze stanowiło o ich tożsamości. Na Kozińcu, w Domu Pod Jedlami, gdzie bywali Żeromski, Reymont, Tetmajer, Modrzejewska, Staff, Orkan, Pigoń – by wymienić tylko kilka z długiej listy znamienitych nazwisk – nawet w tym bardzo nonkonformistycznym środowisku oczywiste były związki z obyczajowością wiejskiego dworu.

– Świat ziemian, spotykanych na polowaniach, imieninach i pogrzebach, był kolorowy, wpisany w tradycję zamierzchłych czasów Rzeczypospolitej, podczas gdy inteligencja rysowała się bezbarwnie. W kanonie naszych ówczesnych lektur byli Kaczkowski, dziś zapomniany, Kraszewski, Sienkiewicz, Choynowski… Oni przysposabiali nas do identyfikacji z klasą rycersko-ziemiańską, a nie inteligencko-profesjonalną. Choć inteligencja wywodziła się w dużej mierze z ziemiaństwa, to jednak ziemiaństwo cechowała anachroniczna nieufność wobec ludzi, którzy zarabiali pieniądze, a nie żyli z ziemi.

Gdyby jego babka, Wanda z Abramowiczów Pawlikowska, miała wskazać palcem szczególnie przykry obraz inteligenta, wybór jej niechybnie padłby na Stanisława Przybyszewskiego, który zresztą pojawił się w lwowskim domu Pawlikowskich tylko raz – dziadek był prezesem Towarzystwa Literackiego, więc musiał różnych pisarzy przyjmować. Autor „Dzieci szatana” upił się, zwymiotował na pianino i grał Chopina tak źle, że pani Wanda długo nie mogła się otrząsnąć z tego. Sama świetnie grała na pianinie. A nie dość tego, Przybyszewski później szkaradnie się zachował wobec podopiecznej dziadków – Anieli Pająkówny, córki ich zarządcy, której pomogli wyjechać do Paryża. Przybyszewski uwiódł ją i zostawił z dzieckiem, a potem, jak wpadał do Paryża, zabierał na spacer swoją córkę – która później, jako Przybyszewska, napisała słynne dramaty poświęcone rewolucji francuskiej: „Thermidor” i „Sprawę Dantona” – i wpajał jej pogardę dla matki.

Równie silna jak rezerwa wobec inteligencji była ziemiańska niechęć do burżuazji.

Wujeczny dziadek Woźniakowskiego, Tadeusz Pawlikowski, był pierwszym dyrektorem Teatru im. Słowackiego w Krakowie i w teatrze utopił cały swój rodzinny majątek. Liberał z przekonań, rządził tam iście po dyktatorsku, a pewnego razu wykupił całą salę, zaprosił robotników krakowskich fabryk i przywitał ich słowami: „Pierwszy raz mam przed sobą prawdziwie szanowną publiczność”. Trudno powiedzieć, czy zrobił to z socjalistycznych skłonności, czy raczej dla czystej przyjemności ubliżenia mieszczanom, najpewniej jedno i drugie, w każdym razie to drugie znakomicie się udało i tzw. cały Kraków obruszył się na to sobiepańskie wystąpienie.

– Miasto ziemiaństwu jawiło się od wieków jako coś trochę obcego, słabo zrośniętego z polską tradycją – zastanawia się Woźniakowski. – Miasto to byli trochę Niemcy, trochę Włosi, trochę Żydzi, trochę nie wiadomo co, mało zrozumiały organizm. Miasto – z paroma wyjątkami – nie miało własnego obyczaju, własnego stylu, własnych norm. Ta osławiona słabość „stanu trzeciego” widoczna jeszcze była w XIX, może i w XX wieku: gdy mieszczanie wieszali w domach obrazy, to były to obrazy dworków, co ludzi mieszkających na wsi okropnie śmieszyło.

Sielsko-anielsko

Gdy wiele lat później, w czasach kiedy nie było już ziemiaństwa, Woźniakowski sięgnął po ostatnią powieść Andrzeja Kuśniewicza, ze zdziwieniem wyczytał, że esencją życia ziemianina było podszczypywanie panienek i szwendanie się z dwururką po lesie. Sam zapamiętał z dzieciństwa coś zgoła innego. Przez dom wciąż przewijał się ciąg interesantów. Rodzice starali się im pomóc, poczynając od wydawania leków – w każdym przyzwoitym dworze była taka apteka – a kończąc na nauczaniu w szkółkach wiejskich. Jego matka, podobnie jak babka Maria, córka Henryka Rodakowskiego, prowadziła koło gospodyń wiejskich – uczyła okoliczną ludność, jak prowadzić dom i gospodarować skromnymi środkami. W lecie chodziło się gromadnie do żniwiarzy. Woźniakowski pamięta, że kiedyś zmęczony upałem przysiadł na brzegu drogi, na co zaraz usłyszał od ojca: „Co ty robisz! Nie widzisz, że ludzie pracują?”. Siedzieć, kiedy inni pracują, zakrawało na nieprzyzwoitość.

Mówię Woźniakowskiemu, że jego sielsko-anielskie wspomnienia o ziemiaństwie stoją w jaskrawej sprzeczności z tym, co z tego samego czasu zapamiętał na przykład Konstanty Jeleński.

„Dwór – to codziennie przeżywany kontrast między dobrocią, ciepłem, delikatnością w salonie i praniem po pysku chłopa, którego krowa weszła w szkodę w polu – pisał Jeleński w posłowiu do książki Marii Czapskiej „Europa w rodzinie”. – Więcej, jak można, płacząc nad Jankiem Muzykantem, pozostać obojętnym na los skrofulicznych, pryszczatych, zasmarkanych dzieci, które zmykają, przyłapane na kąpieli w dworskim stawie?”

Owszem, Woźniakowski już wtedy widział pewne rysy na szlachetnym wizerunku swojej klasy. Szokiem były dla niego zaduch, brud i bieda, gdy pierwszy raz zajrzał do czworaków przy pewnym czarującym, pięknym i pieczołowicie utrzymanym dworze: mógł mieć wtedy 14, może 15 lat.

Ale…

Po pierwsze, mówi, dla jego pokolenia było oczywiste, że konieczne jest przeprowadzenie daleko idących reform społecznych i że znikną wkrótce anachroniczne stosunki między dziedzicem a chłopami. I tym samym w przeszłość odejdzie zwyczaj, który wprawiał go nieodmiennie w stan zażenowania – całowania przez chłopów pańskiej ręki.

Po drugie, opowiada z rozbawieniem, Jeleński złagodził z wiekiem swoje poglądy. Ostatni raz, niedługo przed jego śmiercią, jedli z żoną, w towarzystwie jeszcze Józefa Czapskiego, obiad w małej francuskiej knajpce.

– Kot Jeleński i Józio wspominali dawne czasy na Litwie, przerzucali się anegdotami o sąsiadach, prowadzili rozmowy, niczym w Soplicowie. Na stare lata docenili tradycje gawędy sarmackiej, jej zawiesistość i literackie zalety. To było dla mnie niespodziewane, jak ludzie, tak niezależni od tej tradycji, tak bardzo w niej smakują.

Ułański sznyt

Wróćmy jednak do roku 1938, kiedy to młodemu Jackowi Woźniakowskiemu Czapski zasiał właśnie ziarno wątpliwości co do sensu dyplomatycznej kariery. Młodzieniec nie miał jednak wiele czasu na przemyślenie cierpkich uwag malarza – przyszła matura, potem Szkoła Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu i praktyka w 8 Pułku Ułanów, na której upłynęło mu lato 1939 roku.

„Podstawowym sprawdzianem cnót wojskowych było niewątpliwie cięcie łóz – napisze 50 lat później we wspomnieniu drukowanym niedawno przez krakowskie pismo literackie „NaGłos”. – Łozy ciąłem marnie, zwłaszcza dlatego, że jestem mańkutem. A tor prowadzący wzdłuż stojaków z łozami był ustawiany do cięcia prawą i konie wiedziały, co znaczy ‚z góry tnij’ – z góry i koło ich prawego ucha. Marzyłem o szarży: nareszcie chwycę szablę w lewą garść”.

Ale żadnej szarży kawaleryjskiej nie dane mu było zakosztować, choć na wojnę wyruszył konno. Niemcy atakowali ich z samolotów i czołgów. W sporządzanych na gorąco po kampanii wrześniowej zapiskach 19-latka wojnę przedstawia jako bezładną szamotaninę: nocne czuwania, nocne strzelania, jakieś rozkazy, rozbiegani kurierzy.

Przyłączył się do grupy ułanów, którzy postanowili przedzierać się na Węgry, by walczyć dalej. „Tylko uprzedzam, konia trzeba będzie samemu czyścić” – przestrzegał rotmistrz.

17 września zastał ich w drodze. Odtąd omijali wsie, gdzie świeżo uzbrojeni przez Niemców Ukraińcy budowali bramy triumfalne dla żołnierzy Armii Czerwonej. Raz, za sprawą jednego z ułanów, który zgubił hełm i założył furażerkę, zostali wzięci za bolszewików i przywitani z honorami przez miejscową ludność, która wyszła im naprzeciw z popem na czele.

Gdy już dochodzili do rumuńskiej granicy, Jacek został trafiony ukraińską kulą. „Kiedy padałem – napisze – mignęło mi wspomnienie o kimś, kto mówił, że śmiertelnie ranni padają w tył, a lżej ranni naprzód; więc całą siłą woli przegiąłem się naprzód, okręciłem w koło i przylgnąłem czołem do ziemi”.

Uratowany dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczości i życzliwości ludzkiej, czas wojny spędził w rodzinnych domach, z przerwą na roczny pobyt w Warszawie, gdzie ukończył szkołę taką, jaką wtedy ukończyć można było – zasadniczą szkołę handlową. Wpierw, jako rekonwalescent w Domu Pod Jedlami, przerobił znaczną część programu studiów z historii sztuki.

W dworze chorzelowskim (jego matka wyszła powtórnie za mąż, za Karola Tarnowskiego z Chorzelowa), już w trochę lepszym zdrowiu, wciągnął się do konspiracji. Został adiutantem komendanta obwodu mieleckiego AK. Do jego rozlicznych zadań należała też dystrybucja wyrobów gorzelni: pieniądze ze sprzedaży bimbru szły na pomoc dla rodzin poległych i aresztowanych.

We wszystkich dworach, które odwiedzał w czasie wojny, trwały długie, nocne rozmowy o tym, co będzie dalej. Było dla wszystkich oczywiste, że kończy się jakaś epoka, choć nikt się nie spodziewał, że zostanie po prostu wyrzucony ze swojego domu i swojej ziemi.

W roku 1944 Woźniakowski przyglądał się odwrotowi Niemców, który przebiegał w imponującym porządku. Wkrótce też przeżył swój drugi w życiu kontakt z Rosjanami. Gdy po nocy ostrzeliwania artyleryjskiego wyszedł na drogę, ujrzał zbliżający się tabor cygańsko-mongolski z małymi końmi i poczuł unoszący się w powietrzu zapach smoły. Ich wrogość nie wróżyła niczego dobrego. Później przyszedł rozkaz, by skoncentrować oddziały w lesie, okopać się i w razie natarcia bolszewików przyjąć walkę.

– „Przyjąć walkę” – to było groteskowo absurdalne. Widzieliśmy tę przelewającą się przez kraj masę bolszewicką z jednej i nasze nędzne uzbrojenie z drugiej. Mój dowódca napisał: „Zwalniam was z obowiązku wykonania rozkazu, choć ja sam go wykonam”.

Woźniakowski wsiadł na rower – ułański sznyt dawno już poszedł w zapomnienie – i pojechał 30 kilometrów przekonywać swoich wyższych przełożonych, że dalsza walka to nonsens. Gdy dotarł do Komendy Inspektoratu AK – okazało się, że już nastąpiło formalne odwołanie rozkazu. Tymczasem rzeszowskie dowództwo podokręgu zaproponowało Rosjanom, by oddziały AK włączyć jako autonomiczne jednostki – obok Armii Czerwonej i wojsk Berlinga – i ruszyć razem na Berlin. Dowódcy radzieccy kurtuazyjnie odpowiedzieli, że ofertę przyjmują i oddali do dyspozycji podmiejskie koszary.

Adiutant Woźniakowski nie miał wątpliwości. Rozkaz to rozkaz, a polityka nieraz wymaga działania metodą prób i błędów. Chłopi należący do miejscowego oddziału AK byli natomiast nieufni, i poniekąd słusznie. Łącznie zgłosiło się zaledwie kilkudziesięciu partyzantów. Wtedy do koszar wkroczyła Armia Czerwona i zaczęły się aresztowania. Jacek grał właśnie w brydża na piętrze. Położył karty, zszedł do bocznej sieni kuchennymi schodami i odjechał na rowerze. Taki był koniec jego działań wojskowych.

Dziś już nie pamięta, czy to już potem, czy jeszcze tuż przedtem, działał w konspiracji, wspomagał młodych akowców, którzy próbowali rekonstruować sieć organizacyjną, ale nie widział sensu tych działań. Gdy usłyszał rozkaz Okulickiego z 19 stycznia 1945 r.: „W przekonaniu, że zostaniecie na zawsze wierni tylko Polsce oraz by wam ułatwić dalszą pracę – z upoważnienia pana Prezydenta RP zwalniam Was z przysięgi i rozwiązuję szeregi Armii Krajowej”, uczucie ulgi chyba przeważało nad poczuciem klęski.

Najtrudniejszy egzamin

Zajął się poszukiwaniami siostry Kasi, którą wywieziono jako sanitariuszkę AK w roku 1945 w głąb Rosji. Jeździł do Lublina, gdzie pewien żydowski adwokat, któremu rodzina Jacka pomogła przetrwać okupację, został ważną figurą w rządzie. Wciągnął siostrę, która – jak się okazało – pracowała jako pielęgniarka w kopalni węgla, na listę repatriantów. Katarzyna Woźniakowska, później Łopuska, wróciła jednym z pierwszych pociągów.

Jacek Woźniakowski mówi, że właśnie głównie dlatego, iż musiał starać się o powrót siostry, nie próbował w roku 1945 przedostać się za granicę. Może też zaważyły względy, o których pisał w książce „Zapiski kanadyjskie”, zastanawiając się nad losem emigranta: „Budzi się w wielu z nas dojmujące uczucie, że sprzeniewierzylibyśmy się ciężkiemu od krwi testamentowi. Ktoś musi przecież robić to, czego tamci zrobić nie zdążyli”.

Kupował i sprzedawał cukier, uczył angielskiego, tłumaczył, dzięki profesorowi Pigoniowi dostał się na polonistykę i związał się z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Jego ojciec, Henryk Woźniakowski, tuż po zakończeniu wojny znalazł się na Opolszczyźnie, gdzie próbował podnieść z ruiny poniemieckie majątki cukrownicze. Miał już spore osiągnięcia, gdy zaczęły się pierwsze aresztowania administratorów rolnych pochodzenia ziemiańskiego, a wkrótce odbył się głośny proces oskarżonego o sabotaż Witolda Marenge’a, doskonałego gospodarza, ziemianina francuskiego pochodzenia, którego tuż po wojnie powołano na prezesa Państwowych Nieruchomości Ziemskich. Spodziewając się najgorszego, Henryk Woźniakowski jednego dnia spakował rzeczy i przeniósł się do Katowic.

– Nigdy nie wracał do wspomnień z przeszłości. Nigdy nie narzekał – wspomina jego syn. – To była postawa dosyć powszechna wśród ziemiaństwa. Znajdowali satysfakcję w tym, że potrafili się dostosować, że byli pożyteczni. Czas powojenny był najtrudniejszym egzaminem dla pokolenia moich rodziców i większość ich środowiska podołała tej próbie charakteru.

Ojciec Jacka Woźniakowskiego utrzymywał się z malowania portretów górnikom i uczenia historii sztuki na przyśpieszonych kursach dla robotników. Założył małą wytwórnię, która produkowała znaki drogowe. Malował skręt w lewo, skręt w prawo…

Pod koniec lat 40. do skromnego M-2 w bytomskim osiedlu zapukał listonosz z niespodziewanym dodatkiem do niewielkich zarobków – wypłatą premii hodowlanej. W ten sposób ojciec Jacka dowiedział się, że niektóre jego konie, uprowadzone w roku 1939 ze stadniny w Widzowie, powróciły z Zachodu w ramach reparacji wojennych. Pamiętał oczywiście każdego z nich, a ich rodowody znacznie bardziej go interesowały niż genealogia własnej rodziny. Byłby je, rzecz prosta, rozpoznał, gdyby pewnego dnia pojawił się na torze wyścigowym w Warszawie, mógłby też udzielić nowemu dyrektorowi widzowskiej stadniny kilku cennych wskazówek. Ale nie zawitał nigdy ani na warszawski tor, ani do widzowskich stajni.

Z salonów Paryża

Przed wojną sama myśl, że można by na stałe mieszkać w mieście, napełniała go przerażeniem. Ale rodzinne dwory znalazły się bądź za wschodnią granicą, bądź miały niebawem zostać przejęte przez nową władzę. Jacek Woźniakowski Kraków jakoś polubił i żyje tam szczęśliwie już ponad pół wieku.

Zimą 1945 roku, wkrótce po tym, jak I Armia Frontu Ukraińskiego wkroczyła do Krakowa, a Niemcy w pośpiechu opuścili miasto, 200-tysięczny przed wojną Kraków przyjął około 300 tysięcy przybyszów z Wilna, ze Lwowa i całej wschodniej Galicji, ze zburzonej Warszawy. Wśród przesiedleńców był 25-letni Jacek Woźniakowski, jeszcze do niedawna adiutant komendy obwodu mieleckiego Armii Krajowej.

Jego przyjaciel, Stefan Kisielewski, opisywał go po latach tak: „Szlachcic, ułan, fasonowiec; demokrata, przyjaciel wszystkich pogardzanych czy ośmieszanych; podróżnik, bywalec świata, a zarazem z zamiłowania polski prowincjusz, Krakauer i Zakopiańczyk; zamiłowany domator, choć nigdy nie ma go w domu; pobożniś, działacz katolicki, lubiący jednak rozważać (nie bez upodobania) różne herezje i podgryzania; autorytet, erudyta, człowiek niezwykle czynny, a w istocie niezbyt znany, unikający nadmiernego rozgłosu – unikanie takie to może również element ‚fasonu’, postawy, którą ceni sobie ponad wszystko; apolityczny w zainteresowaniach, zarazem w polityce bardzo nieustępliwy (fason, opinia, tradycja?!); patriota bez złudzeń na temat niektórych wstydliwych kulisów polskości, ale nader wrażliwy, gdy mu nadepnąć na jakiś polsko-tradycyjny odcisk; autor sześciu książek i czworga dzieci, znawca malarstwa, filozofii, estetyki, historii. Mein Liebchen, was willst du noch mehr?!” (z „Fermentum massae mundi”, księgi jubileuszowej w 70. rocznicę urodzin J. Woźniakowskiego).

A więc Jacek Woźniakowski, domator niepraktykujący, wyrusza rano ze swego mieszkania na Pijarskiej i najpewniej nie wróci aż do wieczora. Czekają na niego nie cierpiące zwłoki sprawy: przewodniczy Radzie Fundatorów Międzynarodowego Centrum Kultury oraz Radzie Wydawniczej „Znak”, jest w prezydium Komitetu „Kraków 2000”, uczestniczy w Społecznym Komitecie Odbudowy Zabytków Krakowa oraz innych rozlicznych komitetach, radach i komisjach, które jakoś nie mogą się bez niego obejść.

Większość owych szacownych gremiów obraduje w zabytkowych gmachach Starego Miasta, więc Woźniakowski wszędzie ma blisko. Co nie znaczy, że szybko dojdzie do celu. Żeby z Pijarskiej dojść do mieszczącej się w Rynku Fundacji Centrum Kultury, gdzie ma swoje biuro, wystarczy tylko przejść ulicę Sławkowską. Ale i tam po drodze spotka niechybnie jakichś krewnych, powinowatych i znajomych, którzy nie omieszkają z nim zamienić kilku słów. A jeszcze są nieznajomi, którzy zaczepiają: „Panie Prezydencie, czy by Pan nie poradził, żeby na Plantach…”. Prezydentem Krakowa był rzeczywiście, ale tylko sześć miesięcy pod koniec 1990 roku.

– Moje dzieci uwielbiają jeździć do Krakowa – mówi mieszkająca w Warszawie córka Jacka Woźniakowskiego, Róża Thun. – Lubią chodzić z dziadziem po Rynku, bo wszyscy mu się kłaniają.

A przecież są wokół jeszcze ci, co już dawno odeszli, pozostawiając po sobie ślady i pamiątki, które stają Profesorowi na drodze, gdziekolwiek się ruszy.

Jeżeli wychodząc z domu Jacek Woźniakowski skręci w prawo, wkrótce znajdzie się przed Teatrem im. Słowackiego, kierowanym od samego początku przez Tadeusza Pawlikowskiego, brata Jana Gwalberta Pawlikowskiego, dziadka ze strony matki, który zrewolucjonizował polski teatr i wprowadził do jego repertuaru skandynawskie sztuki.

A jeśli, wybierając się spacerkiem na Rynek, po wyjściu z domu pójdzie w lewo i Reformacką przejdzie do placu Szczepańskiego, to mijając Pałac Sztuk będzie musiał przejść koło wnęki w ścianie, gdzie znajduje się popiersie słynnego pradziadka malarza.

Henryk Rodakowski zadebiutował na Salonie Paryskim w roku 1852 i od razu odniósł spektakularny sukces. U szczytu sławy na salonach Paryża zdecydował się jednak wrócić do kraju, nie bacząc na to, co pisali bracia: że nie znajdzie we Lwowie środowiska artystycznego niezbędnego malarzowi do tworzenia. Chciał, by jego dzieci kształciły się w polskich szkołach. Jego żona Kamilla, Austriaczka, wylądowała zatem prosto z Paryża na głuchej wsi galicyjskiej w okolicach Lwowa. Musiała wychowywać dzieci w duchu polskiego patriotyzmu.

Jej córka Maria – babcia Jacka Woźniakowskiego – już jako żona ziemianina, Marcjana Woźniakowskiego, zajmowała się w Biórkowie strzyżeniem kołtunów wiejskim gospodarzom i tłumaczeniem chłopom, co prawda z francuskim akcentem, że są Polakami. Oni wiedzieli tylko, że nad nimi jest proboszcz, dziedzic i cesarz, choć majątek znajdował się kilkanaście kilometrów od Racławic, które zachowywały pamięć o Bartoszu Głowackim.

Gdyby, zmierzając do Rynku, Jacek Woźniakowski wolał nadłożyć drogi, tylko odrobinę, by dalej iść zielonymi Plantami, ominąłby wprawdzie Rodakowskiego, za to musiałby nieuchronnie przejść pod pomnikiem Artura Grottgera. Malarz co prawda do familii nie należał, ale z upodobaniem rysował prababkę Helenę z Dzieduszyckich Pawlikowską i miał poważne zamiary wobec Wendy Monne, późniejszej matki młodopolskiej poetki Maryli Wolskiej, która przez małżeństwa swych dzieci spowinowaciła się blisko i z Woźniakowskimi, i z Pawlikowskimi, a jej ojcem chrzestnym, czule wspominanym, był Henryk Rodakowski.

A na to papież: fiu, fiu

Tak czy inaczej, do Rynku podążyłby dalej Szczepańską, mijając po prawej ręce wmurowaną w ścianę Starego Teatru tablicę upamiętniającą Władysława Żeleńskiego, kompozytora, którego cioteczna siostra poślubiła Ignacego Woźniakowskiego, Jackowego pradziadka.

Owa prababka, z domu Dąmbska, należała do rodziny o magnackich afiliacjach. Pisał o niej Boy-Żeleński w „Obrachunkach fredrowskich”: „Szczątki typów fredrowskich mogłem oglądać w klanie bliższych i dalszych wujów i ciotek. Ileż ich dostarczała bodaj sama obficie rozrodzona, a jakże wyrazista familia Dąmbskich (przez ą i m koniecznie!). Sławna była w całej Polsce ówczesnej anegdota o owej pani Woźniakowskiej, która na audiencji u papieża [Leona XIII], obawiając się widać, że samo to nazwisko nie dość określi Ojcu Świętemu jej istotną pozycję na drabinie społecznej, dodała przy prezentacji z naciskiem: nee Dąmbska, na co papież miał gwizdnąć przeciągle fiu, fiu! i unieść się lekko z tronu. Ta druga część anegdoty jest zapewne zmyślona, ale pierwsza, o ile pamiętam tę ciocię, wydaje mi się zupełnie prawdopodobna. To była fredrowska niewiasta”. Jacek Woźniakowski pamięta, że różne ciotki oburzały się na Boya za ten tekst – z owej anegdoty co prawda wszyscy się śmiali, ale było oczywiste, że takie żarty mają pozostać w rodzinie. Zapamiętał też inną anegdotę, o oświadczynach jednego z przyszłych zięciów prababki. Żadna z jej córek nie była wtedy zamężna, a on oświadczył się o drugą z kolei. Prababka, która przepadała za powiedziskami, miała orzec: „Z brzegu brać! Nie paprać!”.

Nie ma komu śpiewać nieszporów

Jeśli Jacek Woźniakowski Plantami zawędrowałby do ulicy Świętej Anny, to w kościele pod tym samym wezwaniem mógłby pomedytować pod tablicą upamiętniającą szczególnie mu miłego prapradziadka, Jakuba Ignacego Woźniakowskiego.

Podobizna stanowczego jegomościa z przerzedzoną fryzurą, w futrze i białym halsztuku, spoglądała na Jacka z portretu w złoconych ramach, kiedy jeszcze w dzieciństwie odwiedzał swych dziadków w domu, gdzie się urodził, w Biórkowie.

Życie Jakuba Ignacego udało mu się po latach starannie zrekonstruować. Pisząc kolejno pracę magisterską, doktorską i przygotowując się do habilitacji, spędzał dużo czasu w bibliotece Uniwersytetu Jagiellońskiego – która zresztą także oddalona jest od jego domu na odległość spaceru. I nabrał zwyczaju, że wertując katalogi, przy okazji sprawdzał rozmaite dane rodzinne. Tam też właśnie, w uniwersyteckim archiwum, znalazł pisany elegancką francuszczyzną list samego Nowosilcowa, żądający usunięcia prapradziadka, profesora medycyny i senatora Rzeczypospolitej Krakowskiej, z uczelni. Za co – trudno ustalić, można jednak sądzić, że namiestnik uważał Jakuba Woźniakowskiego za poddanego rosyjskiego cara, jako że jego majętność znajdowała się już po rosyjskiej stronie granicy zaborów. Wśród rozmaitych dokumentów znalazła się także skarga pisana przez jednego z profesorów uczelni, że roku Pańskiego 1813 Jakub Ignacy miał oświadczyć na Rynku, iż usiądzie przy przekupce i zje gorące kiełbaski, gdy zaś kolega profesor uznał, że tak nie wypada, prapradziadek miał go uderzyć laską po głowie dwa razy; poszkodowany, obawiając się dalszych rękoczynów, prosił o przydział żandarma, który by go eskortował z uniwersytetu do domu. – To było tuż po bitwie pod Lipskiem, czas załamania się epoki napoleońskiej, kiedy rozgrywały się największe ówczesne dramaty światowe – komentuje Woźniakowski.

– A tu, na prowincji Europy, dwaj starsi panowie okładali się laskami.

Wcześniej w jakimś pamiętniku z epoki wyczytał, że Jakub Ignacy, znany łakomczuch, po wchłonięciu dwu węgorzy i zakropieniu ich angielskim piwem, wyzionął ducha z przejedzenia. Ale według zachowanych w archiwum dokumentów okazało się, że śmierć Jakuba Ignacego miała całkiem inną przyczynę – otóż gdy w czasie powstania listopadowego w gminie żydowskiej na Kazimierzu wybuchła epidemia, prapradziadek pobiegł pomagać chorym i zaraził się cholerą.

Dokumenty o rodzinie docierały zresztą nie tylko za pośrednictwem akademickich archiwów. W latach 50. w Katowicach do drzwi mieszkania jego ojca, Henryka Woźniakowskiego, zapukała nieznajoma pani, trzymając w dłoni papier znaleziony na ulicy po pożarze, który wybuchł w jednej z kamienic Krakowa. Pismo opatrzone było nazwiskiem Woźniakowski i datą: 1819 rok. „Przysięgam na Świętą Ewangelię, iż obowiązki Kawalera wybranego ściśle wykonam, i pozwalam bydź zabitem tem puginałem jeżelibym kiedy przeciwko tym obowiązkom chybił” – podpisywał prapradziadek przysięgę złożoną na papierze loży masońskiej „Przesąd Zwyciężony na Wschodzie Krakowa”.

– Nie był to zapewne jedyny mason w naszej rodzinie. Podejrzewam, że mój pradziadek Mieczysław Pawlikowski (mąż wspomnianej Heleny, która pozowała Grottgerowi) też był masonem. Na to nie mam dokumentów, ale mój wuj, Jaś Pawlikowski, szperając kiedyś w szufladach znalazł fartuszek masoński, co wprowadziło dziadzia w znaczne zakłopotanie. Przynależność do masonerii, podówczas przede wszystkim tajnej organizacji patriotycznej, nie była wcale tak rzadka, jak zwykło się sądzić. Skądś musiało się wziąć jedno z moich ulubionych powiedzeń: „Nie ma dziś komu w Warszawie śpiewać nieszporów. Dziś zebranie loży”.

Z powodu złych dróg

Dalszy spacer Plantami doprowadziłby go aż pod Wawel, a sporą część tej drogi przeszedłby wzdłuż ulicy Floriana Straszewskiego, który Planty wymyślił i na realizację swej idee fixe spożytkował większą część majątku. Jego bodajże stryjeczny wnuk był mężem jednej z pięciu sióstr dziadka Woźniakowskiego, ale na tym nie kończą się więzy pokrewieństwa ze Straszewskimi.

– Połączeni jesteśmy z nimi kilkakrotnymi więzami małżeńskimi. Podobnie z Dąmbskimi – opowiada Woźniakowski. – Jak się dwie rodziny związywały przez małżeństwo, to potem te związki trwały w kolejnych pokoleniach. Obie rodziny spotykały się na ślubach, polowaniach i pogrzebach, i tam nawiązywały się nowe znajomości. Drogi były w XIX wieku raczej fatalne, więc bywali u siebie przede wszystkim ci, których majątki były blisko. Historyk, który robił analizę małżeństw Pawlikowskich w XV i XVI wieku, stwierdził, że przez bodaj 150 lat żadnego ślubu nie zawarto między młodymi z domów odległych od siebie bardziej niż 25 kilometrów. Bogatsza szlachta, bardziej dygnitarstwami obarczona, żeniła się na wszystkie strony, ale drobniejsza – w małym promieniu terytorialnym.

Nareszcie w domu

Kiedy Jacek Woźniakowski wylądował wreszcie w Krakowie owej zimy na 1945 rok, za namową profesora Stanisława Pigonia, dawnego znajomego dziadków, zapisał się na polonistykę.

W roku 1946 brał udział w przygotowywaniu zjazdu studentów katolickich w Poznaniu. Niektórzy organizatorzy wybrali się do Warszawy, gdzie przyjął ich Stefan Żółkiewski, bardzo podówczas wpływowa figura, który poparł ich pomysł. Ledwo jednak zaczęli zjazdowe debaty, zaraz wkroczyła milicja. Woźniakowski miał już wyniesioną z AK wprawę w ratowaniu się z obław, jakoś uniknął aresztowania. Wsiadł w pociąg do Warszawy, gdzie dobił się do Żółkiewskiego, który filozoficznie stwierdził: „Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”, ale obiecał interweniować. Obietnicy nie dotrzymał.

– A my spodziewaliśmy się minimum lojalności, nie wiem zupełnie dlaczego – komentuje dziś Woźniakowski.

Pracował w „Głosie Anglii”, tygodniku wydawanym przez brytyjski Foreign Office. Nie podobało mu się jednak, że Anglicy uważali granicę na Odrze i Nysie za nietrwałe rozwiązanie, o którym trzeba pisać tylko z największą ostrożnością, i po jakimś czasie zrezygnował z dalszej współpracy. W roku 1948 związał się – już na zawsze – z redakcją „Tygodnika Powszechnego”, gdzie pisał od pierwszego numeru. I nareszcie poczuł się w domu.

Nim powstała ekologia

Z rozlicznych domów rodzinnych rozproszonych po terenie Galicji – od Medyki pod Lwowem po Biórków niedaleko Krakowa – ocalał jedynie zakopiański Dom Pod Jedlami. Tylko cudem jakimś nie zajęty podczas okupacji przez Niemców, cudem jeszcze większym, w siedem lat później, uniknął nacjonalizacji. Owe cudy spowodował chyba przede wszystkim autorytet babki, Wandy Pawlikowskiej, którą wybuch wojny we wrześniu 1939 roku zatrzymał już do końca stuletniego życia na Kozińcu. Może zaważył też brak kanalizacji i elektryczności.

Na Kozińcu zamieszkać nie bardzo się dało, ale Jacek Woźniakowski bywał tam nadal bardzo często. To w Domu Pod Jedlami poznał swoją przyszłą żonę, Maję z Plater-Zyberków, która wpadła tam kiedyś wraz ze swą matką i ciotką z wizytą, tam też brali 22 czerwca 1948 roku ślub, tam spędzały wakacje ich dzieci.

Rok 1952. Cenzura wycina z „Tygodnika” większość przygotowywanych tekstów. Wtedy Jacek Woźniakowski proponuje, żeby wydać numer w całości poświęcony Tatrom. Wszyscy koledzy z redakcji, z Jerzym Turowiczem na czele, uważają, że to świetny dowcip polityczny, żeby dać do zrozumienia, że cenzura nic nie puszcza, tymczasem on to traktuje zupełnie poważnie.

Gdy potem jeździli do ministra Antoniego Bidy, szefa Urzędu do spraw Wyznań, wykłócać się o kolejne numery „Tygodnika”, ten od progu witał ich: „O, taternicy przyjechali!”.

– On, podobnie jak moi koledzy, potraktował ten numer o Tatrach jako manifestację polityczną. Ochrona środowiska była wtedy tematem dziewiczym. Tak samo później, kiedy powstało Koło Poselskie „Znak” i dyskutowaliśmy na zebraniach, na czym ma polegać specyfika naszej grupy, próbowałem przekonywać, że tym wyróżnikiem powinna być ekologia, choć to wyrażenie jeszcze w polskim słowniku nie istniało. Stach Stomma uważał chyba, że stroję sobie żarty.

Już dziadek Woźniakowskiego, Jan Gwalbert Pawlikowski, twórca idei Narodowego Parku Tatrzańskiego, redaktor naczelny rocznika „Wierchy”, postulował na początku wieku odrodzenie kultury przez pojednanie z naturą: „Kiedy pod nowoczesnym hasłem ochrony kultura zawiera z naturą znów przymierze, to pod wpływem tego prądu odnowiona przyroda nie będzie już tem, czem była dawniej: będzie ona nieodzownie nosić na sobie cechy towaru kultury. Tylko, miejmy nadzieję, nie tej kultury filisterskiej i barbarzyńskiej, która z miłości do przyrody zrobiła sobie modną suknię lub pojęła ją jako źródło kramarskich zysków, ale kultury prawdziwej, wewnętrznej kultury ducha i serca”.

Jan Gwalbert Pawlikowski był zapalonym wspinaczem (pierwsze wejścia na północną ścianę Łomnicy, Kieżmarski Szczyt, Mnicha), wiele szczytów zdobywali razem z Adamem Asnykiem. Uważał on, że współżycie z pierwotną naturą gór służy oczyszczeniu i podniesieniu ducha. To właśnie jemu Stanisław Witkiewicz dokładnie sto lat temu, w roku 1897, wybudował Dom Pod Jedlami. A było to tak. Jan Gwalbert, „bynajmniej nierozrzutny, o ile chodzi o potrzeby własne i rodziny” (tak opisywał go jego syn, a i Jacek Woźniakowski pamięta, że duch ascezy dominował w ich wychowaniu), chciał postawić skromny dom letni, ale Witkiewicz przekonał go, że budowla, którą mu wzniesie na Kozińcu, „przeciwstawiając się obcym wzorom, stanie się pomnikiem prawdziwie narodowej sztuki”.

Zachowała się korespondencja Wojciecha Roja, przewodnika tatrzańskiego Tytusa Chałubińskiego, a później cieśli, pomocnika Witkiewicza, który pisał do Lwowa do dziadków Woźniakowskiego w maju 1895 roku: „Koziniec jem godziył, ale żądają śtyry tysiące i osiym szet. Co mi na to powiycie, moi Drodzu? Koziniec to trzeba wziąś. Plac piękny, z tyk placzow najładniyjszy”. I w kolejnych listach: „Potem jeszcze miały miejsce różne pertyrnacje, bo jedną z działk, i to taką pełną jodeł, próbował kupi pewien spekulant. Ja bym Was tam nie namawiał, ale p. Witkiewicz się trzęsie z radości jaki dom bedzie ładny”.

Dom Pod Jedlami budowano w czasach, gdy poza chorymi na płuca, którym zalecano Zakopane, mało komu przychodziło na myśl, by tam spędzać zimę. Dojechać można było końmi z Chabówki albo koleją wybudowaną w r. 1899 przez prywatne konsorcjum, dzięki staraniom Władysława Zamoyskiego, ale to też groziło zimą wielogodzinnymi opóźnieniami, spowodowanymi odkopywaniem torów ze śniegu. Z początku Dom Pod Jedlami też służył tylko latem, a zimą wieści przesyłał Roj w liście z życzeniami świątecznymi kończącymi się słowami „gloryja, gloryja inne szelszi zdeo”.

Ale każde przedwojenne lato Jan Gwalbert obowiązkowo spędzał na Kozińcu. Jacek Woźniakowski pamięta, jak pod koniec lat 20. przychodzili profesorowie Szafer, Goetel i inni późniejsi członkowie Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Jacek wespół z kuzynostwem spoglądali z ogrodu przez okno, nad czym to milkliwy z natury dziadek z takim zapałem dyskutuje. A dziadek właśnie kładł podwaliny pod polski ruch ekologiczny.

– Musi widocznie istnieć jakiś gen zainteresowań przyrodniczych – zastanawia się Woźniakowski. – Pasję mego ojca do psów i koni odziedziczyły i nasze dzieci, i niektóre wnuki. Matka i babka mego dziadka Jana Gwalberta były Dzieduszyckie, a Muzeum Dzieduszyckich we Lwowie było bodajże pierwszym w Polsce muzeum przyrodniczym. Wśród moich dalszych krewnych po kądzieli jest jeden zacięty geolog w Seattle i jego ojciec, Kazimierz Wodzicki, który obrączkował bociany przed wojną w Polsce, a po wojnie w Nowej Zelandii założył instytut oceanograficzny.

Ów gen – dosłowny czy metaforyczny – działa w każdym razie i Jacek Woźniakowski przygotowuje właśnie, w ramach programu „Kraków 2000”, wielki festiwal „Między Wawelem a Giewontem” – wystawy, koncerty, seminaria i spotkania. Jako część tej imprezy odbędą się obchody stulecia Domu Pod Jedlami, które mają przebiegać pod hasłem „Natura a kultura”: taki jest tytuł cytowanej wyżej przełomowej pracy Jana Gwalberta z roku 1913.

Szczepionka przeciw endecji

„Tygodnik Powszechny” rozwiązano i nie było z czego żyć. Przyszła kolejna odmowa paszportu, i nie można było wyjechać za granicę. Zawsze jednak Jacek Woźniakowski miał swoje schronienie: w Zakopanem, na Kozińcu, stał piękny Dom Pod Jedlami, wybudowany według projektu Stanisława Witkiewicza.

W gościnnym Domu Pod Jedlami zaraz po wojnie, jak tylko go wypuścili z więzienia, pojawił się Bolesław Piasecki. Namawiał Jacka Woźniakowskiego do współpracy. Piasecki przed każdym, z kim rozmawiał, roztaczał perspektywy udziału w jakichś przełomowych politycznych działaniach, umiał stworzyć wrażenie, że właśnie ten aktualny jego rozmówca ma do spełnienia jakąś kluczową rolę w nowej rzeczywistości. Ale Woźniakowskiego to nie brało. Od PAX-u trzymać się będzie zawsze z daleka.

Różne odgałęzienia jego rodziny po mieczu i po kądzieli wyróżniały się spośród ziemiaństwa nie tylko namiętnym zamiłowaniem do książek, ale też formą religijności.

Babka ze strony ojca i jego własna matka, a też niektórzy bliżsi i dalsi krewni mieli kontakt z belgijskimi benedyktynami i francuskimi dominikanami, czytali Maritaina, Mauriaca i Bernanosa. Jacka i jego siostrę przygotowywał do Pierwszej Komunii ksiądz Korniłłowicz z Lasek, w czasie pobytu w Szwajcarii oboje poznali Antoniego Marylskiego, osobistego przyjaciela Maritaina, również związanego z Zakładem dla Niewidomych w Laskach, i od razu – mimo różnicy wieku – serdecznie się zbliżyli.

Ale oczywiście jego rodzina nie należała do najbardziej typowych przedstawicieli małopolskiego ziemiaństwa. O wiele bardziej typowi wydają się biórkowscy sąsiedzi dziadków Woźniakowskiego.

Postanowili oni raz, a działo się to po I wojnie, wybrać się do Paryża. Poszyli sobie stroje, sprawili nowe walizy i wsiedli do powozu, by dojechać do Kocmyrzowa, gdzie czekała ich przesiadka na kolej do Krakowa, skąd pociągiem międzynarodowym mieli się udać do Francji zobaczyć Łuk Triumfalny. Ale kiedy stangret tak zamaszyście zawinął przed kocmyrzowskim dworcem, że wypadli z powozu prosto w wiosenne błoto, wrócili do domu i już nigdy więcej do Paryża nie pojechali.

W rodzinie Jacek Woźniakowski pamięta tylko jednego zawziętego endeka i antysemitę – Michała Pawlikowskiego, starszego z dwu braci matki. Ojciec czytał „Wiadomości Literackie” i Celine’a, a ów wuj powtarzał, że to trucizna dla duszy narodowej i że warto czytać przede wszystkim Słowackiego. Nie mógł pojąć, jak młody Jacek może czytać Tuwima.

– Był wstrząśnięty, że mam swoje zdanie – opowiada Jacek Woźniakowski. – Endecy często mają autorytarne zapędy. Patrząc na wuja, dużo się nauczyłem o endecji: że to jest pewien typ mentalności bardziej niż poglądów, że potrzebuje uproszczonej, zmitologizowanej historii, widzenia w niej zawsze dwóch nurtów, tego na powierzchni i tego ukrytego, spiskowego. Obcowanie z wujem, zresztą człowiekiem gorącego serca i bezinteresownych, szlachetnych porywów, było jak szczepionka przeciw narodowej demokracji.

Jacek Woźniakowski nie działał przed wojną w „Odrodzeniu”, stowarzyszeniu katolickiej młodzieży akademickiej, z którym w latach 30. związani byli współzałożyciele „Tygodnika Powszechnego” – Jerzy Turowicz we Lwowie, Antoni Gołubiew i Stanisław Stomma w Wilnie – jako że był wtedy zaledwie gimnazjalistą. Ale ich orientacja, rodem z „Odrodzenia” – personalistyczna i antyendecka – była mu szczególnie bliska.

Ekipa „Tygodnika” cieszyła się na początku wielkim poparciem kardynała Adama Stefana Sapiehy i kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ten ostatni wystawił im oficjalny list, w którym pisał, że „Tygodnik Powszechny” jest pod jego specjalną opieką, co miało zachęcić księży do współpracy. Parafie w całym kraju zapraszały ich na rekolekcje, referaty. Woźniakowski prowadził nawet kurs przedmałżeński u cystersów.

– Fetowano nas i szanowano ponad miarę naszych zasług – wspomina.

Duże rozczarowanie przyniosły mu natomiast pierwsze powojenne kontakty z katolikami z Zachodu. Pamięta wizytę Emmanuela Mounier, redaktora naczelnego francuskiego katolickiego tygodnika „Esprit”, który nie bardzo chciał słuchać tego, co mieli mu do powiedzenia. Był tak rozentuzjazmowany sprzedawanym mu przez PAX-owców pomysłem unii katolików z tak zwaną lewicą, że przestał dostrzegać totalitaryzm komunistycznej władzy. Wielu zachodnim działaczom katolickim oczy otworzyły się dopiero po powstaniu węgierskim, a i to nie wszystkim.

Później pojawiło się napięcie między „Tygodnikiem”, który chciał rozwijać myśl soborową, a tą częścią hierarchii, która dosyć jednostronnie zmierzała ku kościołowi konserwatywnemu, ludowemu. Parasolem ochronnym stał się dla nich zaprzyjaźniony ksiądz, a wkrótce ksiądz biskup metropolita krakowski, Karol Wojtyła, który rozumiał oba poglądy i obie racje, i z którym się regularnie spotykali.

Pytam Jacka Woźniakowskiego, jak dziś się czuje z tym, że zespół „Tygodnika” nigdy nie został przyjęty na audiencji przez prymasa Glempa, a od dobrych kilku lat ani ksiądz prymas, ani metropolita krakowski, o ile wiem, nie przysyłają do redakcji nawet jubileuszowych życzeń.

Woźniakowski odpowiada, że nie jest to dla niego specjalnie bolesne rozczarowanie, może dlatego, że pierwsze zdziwienia w relacjach z hierarchią kościelną przeżył jeszcze w drugiej połowie lat 70., kiedy prymas Wyszyński jakby zbliżył się z Bolesławem Piaseckim. Podczas ich ostatniej rozmowy, na krótko przed śmiercią Prymasa, Woźniakowski spytał, jak to możliwe, że ktoś, kto tak długo – zdaniem samego kardynała Wyszyńskiego – szkodził Kościołowi, cieszy się obecnie jego zaufaniem. Usłyszał wtedy, że Piasecki to jeden z rzadkich ludzi, którzy biorą na serio społeczną naukę Kościoła.

– To mnie niezmiernie zmartwiło. Wiedziałem, że Piasecki umie szermować frazesami, ale nie spodziewałem się, że nawet tak mądry człowiek jak Prymas ulegnie złudnym czarom „terminologii stosowanej”. Dziś rozumiem – pewne rzeczy człowiek uświadamia sobie stopniowo – że część duchowieństwa traktuje świeckich trochę jak zakrystian, którzy mają robić swoje pod przewodem duchownych. Ich wartość mierzy się przede wszystkim użytecznością, a rozróżnienie, kto jest porządnym człowiekiem, nie ma tu wiele do rzeczy. Świeccy mają pełnić funkcje usługowe. Dziś PAX ma drukarnie i różne środki, a zatem trzeba oddać PAX-owi jedyny dziennik katolicki.

Azyl na Kozińcu

Gdy w 1953 roku zamknięto „Tygodnik Powszechny” (nikt z redakcji nie miał cienia wątpliwości, że nie wolno za cenę utrzymania pisma zamieszczać dobrego słowa o zmarłym Stalinie), rodzina Woźniakowskich znalazła się bez środków do życia. Nie było sensu dalej tkwić w Krakowie, w mieszkaniu, gdzie kuchnię i łazienkę dzielili z dokwaterowaną z urzędu pięcioosobową rodziną, sympatyczną, ale nad wyraz alkoholową.

Za schronienie posłużył im Dom Pod Jedlami. Piękny, ale trochę mało funkcjonalny: bez światła i wody, codzienne życie było więc w nim dość uciążliwe. Stojąca w ogrodzie studnia z zadaszeniem w stylu góralskim, też projekt Witkiewicza, wykonana została z takim kunsztem, że wśród zwiedzających (w sezonie Dom Pod Jedlami nieraz nawiedza dziennie i kilkuset turystów) znajdzie się zwykle kilku, którzy przystaną, żeby się przeżegnać, biorąc ją za kapliczkę. Ale ulokowana jest daleko od domu i dużo niżej, tak że trzeba było chodzić z pełnymi wiadrami pod górę.

Gdyby właściciele Domu Pod Jedlami mieli możność wpuścić do środka tłum zwiedzających, na pewno słyszeliby okrzyki zachwytu nad pięknymi stromymi schodami, na zewnątrz z kamienia, w środku z grubych desek. Ale nosić po tych schodach wiadra z wodą to całkiem inna sprawa.

Lampy naftowe rzucały piękne światło na meble, sprzęty i rzeźbienia sufitu, ale w ich nikłym blasku trzeba też było radzić sobie z kąpaniem i układaniem do snu dzieci.

Zważywszy jednak na to, że rozwiązanie „Tygodnika” nastąpiło niedługo po tym, jak Urząd Bezpieczeństwa wkroczył do krakowskiej kurii metropolitalnej, gdzie przeprowadzono rewizję od strychu do piwnic i wyaresztowano księży, to siedzenie na Kozińcu, zamiast w więziennej celi, mogło uchodzić za szczęśliwe zrządzenie losu.

Rodzinne skarby Pawlikowskich

Ilekroć Jacek Woźniakowski bywa w Domu Pod Jedlami, próbuje wygospodarować trochę czasu, żeby pogrzebać w zgromadzonych tam resztkach rodzinnego archiwum po Pawlikowskich, przodkach po kądzieli. Jest tam dobrych kilka tysięcy listów pisanych przez kolejne pokolenia, trochę grafik i rysunków, setki fotografii pań w turniurach i paniczów w białych sukieneczkach, obrazy, XVIII-wieczne sztambuchy, podobizny z kości słoniowej oraz setki innych pamiątek i bibelotów. A wszystko to zaledwie drobna cząstka tego, co zaginęło w dziejowych zawieruchach.

W XVIII wieku liczni Pawlikowscy należeli do średniej i ubogiej szlachty, o której sławny genealog Włodzimierz Dworzaczek powiadał, że Polska była nią wybrukowana. Epokę rozkwitu rodziny Pawlikowskich zainicjował praprapradziadek Józef Benedykt, który pomnożył wielekroć rodzinny majątek i kupił Medykę, posiadłość pod Przemyślem, razem w końcu dziewięć tysięcy hektarów. Objął urząd burmistrza Przemyśla i za jego rządów miasto zostało skanalizowane. To on właśnie zapoczątkował rodzinne zbiory.

Jego syn Józef Gwalbert Pawlikowski stał się jednym z wielkich kolekcjonerów i mecenasów sztuki swojego czasu. Pracując w Wiedniu, w kancelarii Franciszka I, związał się zażyłą przyjaźnią z Józefem Maksymilianem Ossolińskim, wówczas prefektem Biblioteki Cesarskiej. Nie raz pewnie był świadkiem, jak przyjaciel w przepastnych kieszeniach kapoty wynosił z biblioteki cesarskiej to, co uważał za niezbędne do skompletowania zbiorów przyszłego Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Gdy sam objął w 1830 r. majątek w Medyce, oddał się pasji, którą zaraził się od Ossolińskiego, dzięki czemu medycka biblioteka osiągnęła stan 20 tys. woluminów. Prócz tego 700 map, kolekcja cennych rycin i starych rękopisów oraz najpoważniejszy zbiór grafik w tej części Europy (25 tys. sztuk). Skupiał się na polonikach i rodzimych twórcach, których zapraszał do Medyki, zamawiał u nich rysunki zabytków architektonicznych, strojów historycznych, tak by zbiór ułożył się w „potok dziejów narodowych”. Wszystko to traktował jako patriotyczną powinność, obowiązek walki o zachowanie ciągłości i tożsamości narodowej pod rozbiorami. Zwykł powtarzać, że każda marna polska rycina jest dla niego stokroć cenniejsza niż wszystkie dzieła włoskich mistrzów razem wzięte. Jego syn Mieczysław sprawował pieczę nad zbiorami ojca i patronował artystom.

W solidnych piwnicach Domu Pod Jedlami, gdzie przechowywane jest archiwum (utrzymywana jest tam stała temperatura, na co opodatkowała się cała rodzina), czytam testamenty Pawlikowskich.

A więc ostatnia wola Józefa Benedykta z 20 stycznia 1829 roku: „Czworo zostawiam dzieci z Franciszką Rokicką, żoną moją jedyną spłodzonych, jak to Józefa Gwalberta Pawlikowskiego, sekretarza nadwornego Jego CKMości w Wiedniu, Konstantego, także w Wiedniu bez potrzeby bawiącego, oraz dwie córki Alexję teraz hrabinę Krasińską i Teofilę, pannę […]. Rozubowice, Stanisławczyk, Rakowice i Brześciany zapisuję młodszemu synowi Konstantemu z wyjątkiem win w piwnicy rozubowickiej, któremi wszyscy sukcesorowie równo podzielić się mają”.

Albo testament innego przodka, pisany w 1792 r.: „Kucharzowi Ignacemu, jeżeli się ożeni i pijaństwa poprzestanie, tedy złotych 200 naznaczam i kiedy do zejścia żony mojej służyć jej statecznie będzie, tedy i jego, choć mi wiele kosztuje w nabyciu, wolnością nadaję”.

Jacek Woźniakowski pamięta, jak jeszcze w Medyce jego wuj Michał Pawlikowski pokazywał mu przechowywane tam rękopisy Juliusza Słowackiego.

Dziadek Józef Gwalbert, rozmiłowany w Słowackim, wydał własnym sumptem „Króla-Ducha” z blisko 500-stronicowym komentarzem. Odziedziczywszy po swoim ojcu fascynację ewolucjonizmem, napisał szkic pt. „Darwinizm w poezji”, gdzie dowodził, że „Król-Duch” jest próbą ewolucjonistycznego opisania początków polskiej państwowości. Słowacki sądził, że każdy naród ewoluuje od epoki brutalności do epoki, gdy zjadacze chleba przemieniają się w aniołów, stąd krwawe okrucieństwo króla Popiela należy rozumieć jako nieuchronne.

– Dużo później Zygmunt Freud opisał podobny mechanizm, nadał mu nazwę „mordu założycielskiego”, który daje początek każdej cywilizacji, a cywilizacja okupuje winy swych założycieli, oczyszczając się z krwawych prapoczątków – mówi Woźniakowski. Wspomina poza tym, jak przed wojną do Domu Pod Jedlami przychodził profesor Stanisław Pigoń, by porozmawiać z dziadkiem o Słowackim. Pamięta wieczory, gdy czytano na głos najbardziej niezrozumiałe fragmenty z „Króla-Ducha”, zaś Michał Pawlikowski, brat matki, najpierw objaśniał, a potem wszyscy nad tekstem dyskutowali.

W latach 60. Lela Pawlikowska, żona nieżyjącego już wówczas wuja Michała, znalazła na Kozińcu skrzyneczkę z różnymi notesami, a między nimi notes, gdzie Mieczysław Pawlikowski, syn Józefa Gwalberta, notował swoje rozmowy z Cyprianem Kamilem Norwidem. Przesłali te materiały Juliuszowi Gomulickiemu i znalazły się w pismach zebranych Norwida. Tam też znajduje się list, który wysłał Norwid do Pawlikowskiego na wieść o jego małżeństwie z Heleną Dzieduszycką: „Bowiem trzy miłoście najokreślniej wyrażają miłość na planecie tym – a te są do siebie w takim porządku: egoizm, który wszystko dla siebie immoluje, heroizm, który siebie dla wszystkich immoluje, i nareszcie bynajmniej eklektycznie pośrednie, ale twórczo ponad onymi dwoma istne: małżeństwo – przeto iż w nim immolacja zachowawczą, a zachowawczość immolacyjna stawać się ma – i nie jest to już przeciwskładne istnienie, ale ruch, całość i astralną siłę mający twór”.

Norwid wysoko cenił Mieczysława Pawlikowskiego. Pisał, że trzeba by w Polsce założyć Towarzystwo Uszanowania Człowieka, a na jego czele postawić Mieczysława.

– Pradziadek pomagał Norwidowi finansowo. Wiem o tym od babci, która opowiadała, że jej teść miał z tym nie lada kłopot, jako że Norwid był bardzo drażliwy.

W czasie II wojny trwały narady rodzinne, jak ocalić resztki archiwalne z Medyki. Jan Gwalbert Pawlikowski ofiarował w latach 20. zbiory narodowi, przyłączając je do Ossolineum (zgodnie z wolą dziadka archiwum miało swój własny budynek we Lwowie), ale z przezornym zastrzeżeniem – to było po walkach ukraińsko-polskich – że jeśliby Lwów miał zmienić swój status polityczny, archiwum wróci do rodziny. Po wojnie Michał Pawlikowski razem z profesorem Tadeuszem Kotarbińskim, który był wtedy prezesem Polskiej Akademii Nauk, wystosował list do władz radzieckich, że skoro Lwów zmienił swój status polityczny, rodzina prosi, aby zbiory przekazać do Ossolineum we Wrocławiu, gdzie już wcześniej trafiła część Ossolineum lwowskiego. Nie tylko nie dostali żadnej odpowiedzi, ale – jak mówił później profesor Gębarowicz, który został bohatersko we Lwowie, żeby czuwać nad polskimi zbiorami – wkrótce po tym liście część archiwum pospiesznie spakowano i wysłano gdzieś do Kijowa. Udało się odratować tylko drobną część zbiorów, która została w latach 20. w domu w Medyce, a potem powędrowała do Lwowa. Kiedy Rosjanie wyszli ze Lwowa i wkroczyli tam Niemcy, niemiecka krewna uzyskała zezwolenie na przewiezienie tej części zbiorów do Biblioteki Jagiellońskiej, skąd, już nieformalnie, trafiły na Koziniec.

A tam gromadzą się – już od prawie stu lat – nowe, nadzwyczajne archiwalia. Czytam kartkę z 1924 roku z księgi pamiątkowej. Wpis Jana Kasprowicza:

Siedzę na Kozińcu
Prawda nie raz pierwszy
Choć nie umiem pisać
Nawet czterech wierszy
Jednak powiem szczerze
Że widząc stąd Wierchy
Sentyment mnie bierze
Że nie ma na świecie milszego widoku.
Nie kończę rymem bo wobec wspaniałości przyrody nie muszę być rymującym literatem.

Niżej wpis Karola Szymanowskiego, Karola Stryjeńskiego rysunek kapliczki, kleks i wierszyk Kornela Makuszyńskiego:

Tam gdzie u góry ktoś urodził żyda
Niech katolickie się nazwisko przyda.

Boso, ale w ostrogach

Klepiący biedę Woźniakowscy, jak i inni członkowie rodziny, posiadali uratowane z wojennej pożogi pamiątki rodzinne, nierzadko wielkiej wartości. Poza sytuacjami całkowicie przymusowymi nie mieli jednak zwyczaju pozbywać się tych rzeczy. Ale po rozwiązaniu „Tygodnika” życie zmusiło Jacka Woźniakowskiego do sprzedania Instytutowi Sztuki PAN szkicownika Henryka Rodakowskiego i jego dyplomu, który poświadczał zdobycie złotego medalu na wielkiej wystawie paryskiej.

Aby się jakoś utrzymać, Woźniakowski nadwyrężał oczy, kopiując dla Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk listy Matejki, znajdujące się w muzeum imienia wielkiego malarza. Przepisywał od rana do nocy, a pieniądze dostawał przez podstawioną panią, bo był to czas, gdy nikt nie chciał ryzykować podpisania z nim otwarcie jakiejkolwiek umowy.

Po jakimś czasie, gdy ostracyzm nieco złagodniał, zaczął żyć z przekładów, najpierw „na murzyna”, a potem już jawnie.

– Dziadek ze strony ojca – wspomina córka Jacka, Róża Thun – wyspecjalizował się w malowaniu obrazków z kwiatami, które sprzedawał do Desy, dziadek ze strony matki wyprzedawał srebrne łyżeczki, obaj trochę nam pomagali. Była nas czwórka małych dzieci. Żyliśmy biednie, zawsze w nie dopasowanych ubraniach, zawsze brakowało rajstop albo skarpet, a buty były wiecznie za małe. Do szkoły na Pierwszego Maja kazali nam przychodzić w białych rajtuzach, a ja takich po prostu nie miałam. I pamiętam to uczucie dumy: „Jesteśmy biedni, bo nie kolaborujemy”.

My ewoluujemy, Pan nie ewoluuje

Określając swój stosunek do Gomułki w 1956 roku, Woźniakowski nie waha się użyć słowa „entuzjazm”. Nowy Pierwszy Sekretarz zaprosił do siebie zespół „Tygodnika” – pojechali Stefan Kisielewski, Jerzy Turowicz, Stanisław Stomma, Gołubiew i Jacek Woźniakowski. Byli zaskoczeni szczerością rozmowy. Gomułka mówił o zagrożeniu radzieckim, o tym, że szansą, by się mu przeciwstawić, jest jednolity front polskiego społeczeństwa. I oni byli gotowi do tego jednolitego frontu należeć. Zgodzili się, że kilku z nich wejdzie do Sejmu – Kisielewskiego to jakoś bawiło, było też oczywiste, że posłować pójdzie Stomma, który był zawsze ich politycznym przywódcą. Ale Woźniakowskiego nigdy do polityki nie ciągnęło. Tak samo wiele lat później, w roku 1989, nie dał się namówić na kandydowanie do Senatu z listy „Solidarności”.

Gdy redakcja w starym składzie odzyskała zawłaszczony przez PAX „Tygodnik Powszechny”, żeby móc poświęcić jej dość czasu, Woźniakowski musiał wycofać się z umów na tłumaczenia. Wykładał też już wtedy na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. A gdy „Tygodnikowi” udało się uruchomić własne wydawnictwo Znak, został na wiele lat jego dyrektorem.

Co roku zmagali się z tym samym. Składali plany wydawnicze do departamentu ds. książki w Ministerstwie Kultury i do Urzędu ds. Wyznań, gdzie skreślano im z planu 3/4 książek (to byli w kółko ci sami urzędnicy, którzy zamieniali się posadami i każdego z nich można było zastać raz tu, a raz tam). Z tymi kilkoma tytułami, które przeszły przez sito, musieli czekać pół roku na zatwierdzenie planu i dalsze pół roku w cenzurze. Jako największe sukcesy Znaku wymienia wydanie Thomasa Mertona, Tadeusza Żychiewicza, Henryka Elzenberga.

Odwilż oznaczała także możliwość wyjazdów. Co prawda paszport miał przez chwilę w kieszeni już wcześniej, ale była to tylko zabawa w kotka i myszkę – ledwo zdążył go odebrać, zaraz wezwano go do UB i kazano paszport zwrócić.

– Powiedziałem im: „Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera”. Popatrzyli na mnie ze strachem, jakby myśleli, że to jakaś magiczne katolickie zaklęcie, które rzeczywiście ma moc strącenia ich na dno piekieł. Powiedzieli nawet z wyrzutem: „Tegośmy się po was nie spodziewali”. Ale paszportu nie oddali.

Pierwszy wyjazd był do Rzymu, na kongres Pax Romana w 1956 czy 1957 r. z Zygmuntem Kubiakiem i Jerzym Turowiczem. Potem dostał zaproszenie z Harvardu, gdzie Henry Kissinger prowadził seminarium, na które polecił go profesor Pigoń.

Entuzjazm szybko zamieniał się w rozczarowanie. Brak woli współpracy było widać na każdym kroku. Pamięta choćby, jak starali się później dogadać z „Polityką”, żeby na łamach obu pism przeprowadzić fundamentalną dyskusję o tym, co ich różni. Ustalono termin spotkania. Turowicz, Gołubiew i jeszcze kilka osób pojechało do Warszawy. Zastali drzwi redakcji zamknięte. Redaktorzy „Polityki” dostali instrukcję, żeby nie rozmawiać.

Koło Poselskie „Znak” było zmuszone brnąć w coraz dalej idące kompromisy i Woźniakowski był zdania, że trzeba było oddać legitymacje poselskie kilka lat wcześniej.

I znowu systematycznie odmawiano mu paszportu. Kiedyś liczył, ile razy, potem zapamiętał tylko, że było to „mnóstwo za bardzo”. Przy którejś okazji, już w latach 70., usłyszał od jakiegoś „czynnika”: „Pan chyba rozumie. My ewoluujemy, a kardynał Wyszyński nie ewoluuje”.

Dużo dzieci i autodyscypliny

Na seminarium pod kierunkiem profesora Jerzego Jedlickiego w Pracowni Dziejów Inteligencji PAN profesor Jacek Woźniakowski wygłasza referat o ziemiaństwie, jego stosunku do inteligencji, jego zróżnicowaniu. Przypomina lekturę swojej młodości, książkę Józefa Weyssenhoffa, gdzie „różne nieuchwytności zostały świetnie ośmieszone i skarykaturowane”. Główny bohater Pan Podfilipski bezbłędnie cieniował i rozdawał ukłony ze swojego powozu: inaczej kłaniał się nazwisku bez pieniędzy, inaczej pieniądzom bez nazwiska, jeszcze inaczej pieniądzom i nazwisku razem. Woźniakowski opowiada o dosyć powszechnym jeszcze w XIX w. w ziemiańskich kręgach przekonaniu, że profesja obniżała rangę społeczną profesjonalisty. Szansę dostępu do czegokolwiek bądź – jak pisał Norwid – dawało tylko posiadanie wioski. Ale swój referat pod tajemniczym tytułem „Hreczkosieje i trebieniści” podsumowuje stwierdzeniem, iż przy takiej różnorodności postaw i stylów trudno sprowadzić cechy ziemiaństwa do jakiegoś wspólnego mianownika. – Ale co też ten tata opowiada – szepce mi do ucha obecna na sali córka Róża Thun, na tyle głośno, że zwraca uwagę zebranych. – Ja przecież mogę wyliczyć na poczekaniu te wspólne mianowniki.

Jacek Woźniakowski wychował się w środowisku, które miało względnie jednolity styl moralny: poszanowanie dla wartości tradycyjnych i autodyscypliny. W domu uczono dzieci, że mówienie prawdy wiąże się z pojęciem honoru, że kłamiąc, człowiek stawia się poza nawiasem. Do tradycji należało umartwianie się w piątki i w czasie Wielkiego Postu. To miało sens religijny i było zarazem nauką, jak umieć sobie odmawiać.

– Francuską książkę pod tytułem „L’education de la volonte” („Kształcenie woli”) dostałem, jak jeszcze byłem mały – mówi. – Czy z niej umiałem skorzystać, to inna sprawa, ale taka była tendencja. Chrześcijańskiemu ideałowi pracy nad sobą sprzeniewierzaliśmy się nieraz, ale ten ideał istniał, i może szkoda, że dziś takie wskazówki mało komu co mówią. Nikt z bliskich krewnych, poza jednym trochę opóźnionym umysłowo chłopcem, nie wstąpił ani do PAX-u, ani do PZPR. Rodzice wychowywali nas według takich mniej więcej norm i zasad, w jakich ich wychowywano, a my podobnie wychowywaliśmy nasze dzieci.

Mąż Róży, Franz Thun, pochodzi z austriackiej rodziny arystokratycznej. Są dalekimi krewnymi: prababka Róży po kądzieli była siostrą pradziadka Franza po mieczu. Józef Czapski jest ich wspólnym dziadkiem ciotecznym.

– Wśród niektórych austriackich krewnych Franza – opowiada Róża – śluby do tej pory odbywają się w środy i czwartki; zapewne pierwotnie chodziło o podkreślenie, że nie należy się do klasy pracującej, która ma wolne tylko w soboty i niedziele.

– To jedno z tych bardziej zamkniętych środowisk – wtrąca Jacek Woźniakowski – których członkowie, mimo wszelkich powinowactw czy nawet pokrewieństw, byliby jeszcze przed ostatnią wojną mocno zdziwieni aliansem ze średnim polskim ziemianinem.

Róża Thun opowiada o świecie, w którym wyrosła, i obyczajach, które w jej rodzinie trwają.

Do rodziców zwraca się w trzeciej osobie, szczególny respekt okazując całej starszej generacji. Róża twierdzi, że zainteresowanie szeroko rozumianą rodziną, włączając w to kuzynów piątego stopnia, jest naturalne. Pokrewieństwo piątego stopnia uważane jest zresztą za bliskie i uprawnia do mówienia ciociu czy wuju.

Dalej: wielodzietność. Pamięta z dzieciństwa, że takie liczne rodziny jak ich, trafiały się tylko dozorcom-alkoholikom albo krewnym czy powinowatym. Ona sama też ma czwórkę dzieci: Marynię, Sophie, Christopha Jacka, zwanego Babu, i Jadwigę.

Wreszcie: poczucie odpowiedzialności za innych. – Nasze babki zakładały szkółki wiejskie, szpitaliki – mówi. – A my staramy się w miarę sił zrobić coś dla wspólnego dobra, poczynając od zasadzenia kilku kwiatków na trawniku przed domem, aż po działania charytatywne, społeczne czy polityczne.

To, co ich łączy, to przede wszystkim katolicyzm, poczucie, że w kościele jest się u siebie w domu.

Gdy ostatnio rodzina spotkała się na pogrzebie jednego z Dzieduszyckich, wszyscy przystępowali do komunii, zabrakło komunikantów.

Córka Róży, Jadwisia, chodziła do przedszkola prowadzonego przez zakonnice niedaleko domu. Pewnego razu, miała wtedy cztery lata, wymieniła listę dzieci, które chciałaby zaprosić z okazji swoich imienin.

– Z rozbawieniem usłyszałam trzy nazwiska naszych dalekich krewnych, o których nawet nie wiedziałam, że mają dzieci w tym samym przedszkolu – mówi Róża. – Może to przypadek, a może zadecydowało jakieś podobieństwo obyczajowych odruchów, niezależne od osobistych przyjaźni?

Siostra Róży, Anna, wyszła za swego odległego kuzyna, Piotra Grocholskiego. Jego ojciec, Remigiusz Grocholski, miał dziesięcioro dzieci. Żona Remigiusza, Barbara, była z domu Czetwertyńska. Rodzina mieszkała w pałacu prapradziadków Uruskich na Krakowskim Przedmieściu. Po wojnie pałac przeszedł na własność Uniwersytetu, a Grocholskim pozostawiono dwa mieszkania w oficynie. W jednym z nich mieszka Anna z mężem, dyrektorem Zakładu dla Niewidomych w Laskach, i dziećmi. W ich kuchni na Krakowskim Przedmieściu spotykają się krewni ze wszystkich stron świata.

– Moi teściowie i moi dziadkowie dobrze się znali. Teść był razem z dziadkiem w Korpusie Paziów – mówi Anna. – Siostra mojego męża, Basia Grocholska-Kurkowiakowa, trzymała mnie w roku 1956 do chrztu. Jak się ma wspólne korzenie, to ciągnie do siebie, nie trzeba się docierać w różnych sprawach. Co nas najbardziej łączy? Dla nas podstawową wartością jest Pan Bóg i wiara. Nie wyobrażam sobie związku z człowiekiem niewierzącym czy innej wiary.

– Wyszłam za mąż za wdowca z córką, człowieka o 18 lat ode mnie starszego. Mąż i żona od Boga przeznaczona. Mamy podobny pogląd na wychowywanie dzieci, nie podoba nam się dzisiejszy luz. Dla nas pewne sprawy były oczywiste, jak choćby to, że należy panować nad emocjami, nie pozwalać sobie na wybuchy gniewu czy płaczu, że trzeba zwracać uwagę na potrzeby innych, czy że małżeństwo zaczyna się po ślubie, a nie przed ślubem.

Ze swoją wielokrotną powinowatą, Dominiką Roguepelo, ożenił się Jan, najmłodszy z dzieci Woźniakowskich. Zarówno dziadkowie, jak i rodzice Dominiki i Jana byli od wielu lat w przyjaźni.

W Wiedniu jak w Krakowie

Praprapradziadek Jacka Woźniakowskiego, Wawrzyniec Dzieduszycki, był adiutantem Tadeusza Kościuszki. Prapradziadek Paweł Rodakowski walczył pod księciem Józefem. Prapradziadek Józef Gwalbert Pawlikowski wspierał finansowo powstańców w 1831 roku i ukrywał w dworze w Medyce ściganego Władysława Zamoyskiego. Ale też pracował „u podstaw”. Prócz tego, że zgromadził ogromną kolekcję polskich rycin, rysunków i rękopisów, to jeszcze pasjonował się ogrodnictwem. Założył Szkołę Ogrodnictwa Racjonalnego, skąd absolwentów rozsyłano po całej Polsce. W ramach hobby hodował egzotyczne rośliny i warzywa – miał cieplarnie, strzeliste niemal jak drapacze chmur, gdyż w miarę jak drzewa rosły, dobudowywał im kolejne szklane piętra. Nowym odmianom wyhodowanych przez siebie kwiatów nadawał imiona Kopernika, Ossolińskiego i innych wybitnych Polaków. Jego syn Mieczysław, czyli pradziadek Jacka Woźniakowskiego, w czasie Powstania Styczniowego został naczelnikiem powiatu przemyskiego, następnie zastępcą komisarza Rządu Narodowego na Galicję Wschodnią, a po upadku Powstania spędził dwa lata w wilgotnej celi twierdzy ołomunieckiej, odmówiwszy wniesienia prośby o ułaskawienie. Drugi pradziadek po linii matki, Michał Abramowicz (jego ojciec Jan pochodził z Litwy), był też więźniem politycznym w 1863 roku, nie w Ołomuńcu dla odmiany, tylko w Aradzie. W tamtejszej twierdzy pierwszy raz niemowlęcym okiem spojrzała na swego ojca babka Jacka Woźniakowskiego.

Kobiety w rodzinie dbały o wychowanie dzieci w duchu polskości. Prababka Helena z Dzieduszyckich, żona Mieczysława, była przewodniczącą Komitetu Kobiet, który wspierał Powstanie Styczniowe pieniędzmi i lekarstwami. Prababka Augusta z Rabów Abramowiczowa, Niemka ze Szwabii, która sama nigdy się nie nauczyła dobrze mówić po polsku, kiedy jej wnuk odezwał się kiedyś przy stole po niemiecku, srodze go zgromiła: „Co ty, Szwab jesteś, że po polsku nie umiesz?”.

A jednocześnie część rodziny Woźniakowskiego z szacunkiem i przywiązaniem wyrażała się o cesarzu Franciszku Józefie. Kilku członków familii zajmowało eksponowane stanowiska w austriackich urzędach i wojsku.

Ojciec wielkiego malarza Henryka Rodakowskiego, ten, który walczył pod księciem Józefem, na stare lata jako poseł Sejmu Galicyjskiego stał się lojalnym poddanym cesarza.

Henryk Rodakowski, który wyłącznie z pobudek patriotycznych przeniósł się z Paryża pod Lwów i zaraz podjął się wykonania za darmo fresku do sali Sejmu Galicyjskiego, był bardzo przywiązany do – jak sam mawiał – „naszego cesarza”. Brał nawet udział w pracach komitetu powitalnego przed wizytą następcy tronu, arcyksięcia Ferdynanda. Uważał, że cesarz austriacki jest kochany, a pruski jest paskudny. Zachował się opis, kiedy w Badgastein trafił na spotkanie obu monarchów.

„Nasz bardzo posiwiał – zanotował. – Był po cywilnemu, żeby stary Wilhelm nie musiał wkładać munduru. Krzyknąłem z całych sił: ‚Niech żyje!’, bo nie ma tu zgoła entuzjazmu. Większość kuracjuszy to Niemcy”.

Dwaj bracia Henryka Rodakowskiego służyli w wojsku austriackim, doszli do stopni feldmarszałków i generałów broni.

Maksymilian Rodakowski zastrzegł dla swych podkomendnych prawo noszenia na głowie czapki krakuski. W jego pułku, składającym się właściwie wyłącznie z polskich żołnierzy, na oko trudno było się zorientować, że to austriackie wojsko – tylko kurtki były mundurowe. Maksymilian jako dowódca pułku wsławił się szarżą kawalerii pod Custozzą w roku 1866 w wojnie austriacko-pruskiej, jedynej chyba zwycięskiej dla Austriaków bitwie w tej wojnie.

Uprzedzając rozkazy, zaatakował pozycje wroga, wygrał, ale pułk został zdziesiątkowany. Padły pod nim dwa konie, odstrzelono mu ostrogę i pióro z krakuski, kule podziurawiły mu płaszcz w kilku miejscach, bersalier bagnetem rozpruł mu kołnierz munduru, ale wyszedł z tego bez zadraśnięcia. Pod Custozzą zmagał się z Włochami, którzy walczyli po stronie pruskiej, ale wszyscy jego potomkowie są Włochami, bo jego jedyna córka wyszła za Włocha.

Maksymilian był znany ze swojej porywczości, a jego brat Józef był zupełnie innego usposobienia. „W czasie manewrów nie umiałem wykorzystać odpowiednich momentów i wyznam, że mało mnie to interesowało” – napisał w pamiętnikach. W Wiedniu obaj bracia uczęszczali do elitarnej szkoły Theresianum. Józef poskarżył się kiedyś starszemu bratu, że kolega uderzył go w twarz. „Oddałeś mu?” – zapytał Maksymilian. „Nie, bo pomyślałem, że wtedy on mi odda, a potem znowu ja jemu i nigdy się to nie skończy”.

Z kolei czwarty brat Rodakowski, Zygmunt, konspirował przeciwko Austrii i musiał emigrować. Dotarł pod przybranym nazwiskiem do Stanów Zjednoczonych, gdzie zaczął jako stangret, a skończył w profesorskiej todze Lehigh University w Pensylwanii. Woźniakowski, gdy sam przyjechał wykładać do Stanów, pojechał tam i odnalazł wspomnienia pisane przez jego studentów. Podziwiali wiedzę profesora, jego poczucie humoru oraz podkreślali, że zachowywał się z niespotykaną na ich kontynencie kurtuazją.

Potomkami braci Rodakowskich są oprócz Polaków Włosi, Szkoci i Węgrzy. Złączeni wspólnym polskim prapradziadkiem, utrzymują ze sobą wciąż kontakty.

Pawlikowscy, przodkowie po kądzieli, nie mieli natomiast sympatii dla Habsburgów. Zaprzyjaźniony z nimi Stanisław Witkiewicz wszelkie formy współpracy z władzami zaborczymi uważał za nikczemne. Powtarzał, że rząd austriacki jest łaskawy dla lojalnych Polaków wyłącznie dlatego, że za nimi stoją miliony Polaków nielojalnych.

– Wuj Jan Pawlikowski spotkał raz osobiście Franciszka Józefa, przed I wojną światową, gdy jako podchorąży w austriackiej armii wszedł w Wiedniu do sklepu kupić rękawiczki – opowiada Woźniakowski. – Niedługo potem zjawił się sam cesarz, on mu zasalutował, a cesarz powiedział: „Serwus”. Ale to nie zmieniło jego stosunku do monarchy. Uważał, że Franciszek Józef pod płaszczykiem dobroduszności skrywa oschłe, urzędnicze serce. W czasie służby Jan dużo się obracał w środowisku austriackich wyższych sfer, których szczyt stanowili Habsburgowie, i jakoś nie czuł do nich żadnej sympatii.

– Słyszałem niedawno opinię, że naszym celem dzisiaj jest osiągnięcie w Unii Europejskiej takiego miejsca, jakie miała Polska w monarchii habsburskiej. I coś w tym jest – ciągnie dalej Woźniakowski. – Przecież mieliśmy w Wiedniu premiera Polaka, ministra skarbu, ministra spraw zagranicznych i ministra edukacji. Ziemianie galicyjscy współrządzili Austrią. Po roku 1868, kiedy Austriacy dostali w kość od Prusaków pod Sadową, cesarstwo habsburskie stało się państwem liberalnym. Zrozumiano, że nielojalna polityka wobec małych narodów nie popłaca i przerobiono ustrój na monarchię konstytucyjną, z szerokim marginesem autonomii dla narodów wchodzących w jej skład.

W porównaniu z innymi zaborami – to był raj. W Krakowie i we Lwowie działały wyższe polskie uczelnie, podczas gdy w Wilnie uniwersytet zamknięto. W zaborze austriackim była znacznie większa swoboda niż za czasów PRL. Pojęcia suwerenności i niepodległości należałoby tu głębiej przemyśleć.

Przechadzając się po Wiedniu Jacek Woźniakowski chodzi ulicami, którymi spacerowali jego dziadkowie – to właśnie w Wiedniu brali ślub – i wielu jego bliskich i dalszych przodków, ulicami, które stylem architektonicznym przypominają mu dobrze znajome ulice starego Krakowa.

„Ta pańska enigmatyczna Europa”

Woźniakowski wspomina ziemiańskie domy w czasie okupacji. Pracując jakiś czas w organizacji „Tarcza”, nim przeszedł do komendy obwodu AK, przywoził stamtąd pieniądze dla partyzantki, albo w różnych stronach Polski konwojował na dworskie kwatery ludzi spalonych i ściganych przez gestapo.

– Ale ziemiaństwa, mam nadzieję, nigdy nie idealizowałem – mówi. – To było moje środowisko i starałem się widzieć je takim, jakim jest. Za to w czasie „Solidarności” i później, stanu wojennego stworzyliśmy sobie heroiczną wizję społeczeństwa. Nacjonalizmy, szowinizmy były wtedy ukryte, nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak bardzo ludzie, także niestety niektórzy ludzie Kościoła, są tym podminowani. Dzisiejsze skundlenie się dawnych bohaterów przeżywam jako wielkie, dojmujące rozczarowanie.

Jacek Woźniakowski pisał: „Prawda bez odwagi to zwykle kapitał tylko na własny użytek, światło pod korcem, sól co wietrzeje. Prawdą trzeba się dzielić. Prawda bez odwagi, jak każda sprawność zaniedbana, nie używana, powoli wynaturza się i przestaje znaczyć. („Czy kultura jest do zbawienia koniecznie potrzebna”, Znak, 1988).

Jeszcze przed Sierpniem, wraz z żoną i dorastającymi dziećmi, organizował w Krakowie „uniwersytet latający”. W sierpniu 1980 roku przyjechał do Gdańska skontaktować się ze strajkującymi robotnikami Stoczni. Tam, jak twierdzi, przydał się wyłącznie jako stenotypistka, bo pierwszych postanowień opracowanych wspólnie przez pracowników Stoczni i doradców z Warszawy nikt nie umiał wystukać na maszynie. Później zasiadał przy Okrągłym Stole. Współtworzył Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie.

Wreszcie, w 1990 roku został prezydentem miasta Krakowa.

W radzie miejskiej zasiadał już niejeden jego przodek, począwszy od Jakuba Ignacego Woźniakowskiego. Co prawda niewiele mógł skorzystać z doświadczeń tego prapradziadka, jako że bodaj jedyny ślad, jaki został po jego senatorskich dokonaniach w początkach XIX wieku, to podpis pod listem, w którym składa podziękowania pięciu obywatelom, którzy „najpierwsi na odgłos alarmu ogniowego konie swoje do sikawek dostarczyli”.

Wydawało się, że Kraków nie mógł lepiej trafić. Profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, członek Papieskiej Rady Kultury, znany na Zachodzie jako historyk sztuki i nieformalny ambasador polskiej kultury, ze wspaniałymi znajomościami, miał wizję Krakowa jako pomostu między Wschodem a Zachodem, ośrodka łączącego Lwów i Kijów, z jednej strony, z Bratysławą, Pragą, Budapesztem i Wiedniem z drugiej.

W czerwcu 1990 roku zaczął sprawować urząd prezydenta, został odwołany w styczniu 1991 roku, kiedy Rada – minimalną większością – nie przyjęła warunków, jakie zaproponował. Gdy na zebraniach rady przedstawiał swoje plany, słyszał od radnych: „ta Pańska enigmatyczna Europa…”.

Teraz w Międzynarodowym Centrum Kultury i w Komitecie „Kraków 2000” próbuje osiągnąć to, czego nie był w stanie dokończyć jako prezydent miasta.

Jego córka Róża jest dyrektorem Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana, która działa na rzecz integracji europejskiej.

Co ocalone, co stracone

– Czuję się osobą, która otarła się o czasy Ludwika XV – mówi Woźniakowski. – No bo proszę pomyśleć, drugą żona Józefa Benedykta Pawlikowskiego malował w rozkwicie jej urody oficjalny portrecista Napoleona, Francois Gerard, który urodził się jeszcze za Ludwika XV. A ja pamiętam dobrze prawnuka owego Józefa Benedykta, mego dziadka, który we wczesnym dzieciństwie wręczał kwiatki tej sędziwej przyszywanej prababuni właśnie przez Gerarda ongiś uwiecznionej… .

W naszej części Europy historia nie sprzyjała archiwom.

Największe spustoszenie wśród skarbów rodzinnych przodków Woźniakowskiego spowodował pożar w roku 1883 w Bortnikach pod Lwowem. Pożar ten przeszedł do historii sztuki, jako że spłonęły w nim obrazy i rysunki ze zbiorów pradziadka Henryka Rodakowskiego. Córka Henryka, a babka Jacka Woźniakowskiego – Maria, opisywała w pamiętnikach, jak w czasie tego pożaru ratowała fruwające po parku nadpalone papiery, m.in. szkic Delacroix i akwarele Juliusza Kossaka.

Obszerny, podobno pasjonujący zbiór listów Ignacego Woźniakowskiego pisanych w Anglii po Powstaniu Listopadowym w ogóle się nie zachował. Kiedy w czasie I wojny w dwór w Biórkowie uderzyła bomba, spłonęły wszystkie papiery i kilka obrazów.

Z kolei tajne listy, które bracia Rodakowscy wymieniali między sobą – Józef, austriacki feldmarszałek i Zygmunt, polityczny emigrant – przechowywane w Anglii, spłonęły podczas bombardowania Londynu w czasie II wojny. Dowiedział się o tym Woźniakowski, kiedy dotarł do Johna Gielguda, wielkiego angielskiego aktora, wnuka krewnej Rodakowskich, Giełgudówny.

Przepadły też dokumenty wspomnianego już Jana Abramowicza, który wywędrował z Litwy z generałem Pacem. Po powrocie osiadł wraz z całą grupą napoleońskich weteranów pod Wadowicami. W spokojniejszych czasach jego syn Michał pojechał na Litwę, skąd przywiózł sterty rodzinnych papierów. Gdy wkrótce potem na Węgrzech wdał się w konspirację, jego narzeczona, nie znająca polskiego ani ruskiego, ani łaciny, nie umiejąc zatem odróżnić niewinnych archiwaliów od publikacji zakazanych – spaliła wszystko pospołu.

Największe zbiory, przechowywane w Medyce, rodzinnym majątku Pawlikowskich, były kilkakroć uszczuplone. W czasie I wojny kwaterujące we dworze z przyległościami już to rosyjskie, już to austriackie wojska nie miały żadnego szacunku dla jakichś niepojętych pożółkłych druków i rękopisów. Właściciele, wróciwszy do domu po ustaniu działań wojennych, po kostki brodzili w dokumentach, rozwłóczonych po domu i ogrodzie. A z tego, co zostało, znaczna część przepadła po II wojnie po przyłączeniu Galicji Wschodniej do ZSRR.

To i owo ocalało w pamięci.

Jacek Woźniakowski – Pierwsze kroki

Jacek Woźniakowski – Pierwsze kroki

Jacek Woźniakowski W chwili, kiedy zabieram się do tego wstępu, dociera wiadomość o śmierci Jerzego Turowicza. Od czasu jego zawału serca można było się tej wiadomości spodziewać, ale nie staje się przez to mniej bolesna. Także przy rozpamiętywaniu początków Wydawnictwa Znak. Toteż pamięci Jerzego te urywkowe zapiski dedykuję, i pamięci pozostałych przyjaciół, co w większości z tego świata już odeszli, a bez których Wydawnictwa Znak po prostu by nie było. Bo oni wszyscy, skupieni w kręgu „Tygodnika Powszechnego”, latami marzyli o tym, żeby działanie „Tygodnika” i miesięcznika „Znak” poszerzyć i utrwalić poprzez książki, które by miały zasadniczy cel taki sam jak oba nasze pisma. Próbowałem go sformułować w Katalogu z roku 1984, wydanym na 25-lecie Wydawnictwa: „…pogłębianie życia religijnego, uczestnictwa w życiu Kościoła, wiedzy i kultury katolików polskich oraz świadomości etycznej i historycznej całego naszego społeczeństwa, w myśl mądrego zdania Papiniego, że kto jest ślepy na przeszłość, ten i w przyszłość biegnie na oślep. Staraliśmy się towarzyszyć włas-nemu społeczeństwu […]. Sądziliśmy i sądzimy, że w radościach należy strzec się triumfalizmu, a w smutkach – załamywania rąk. Trudno nam powiedzieć, jak wiele natchnień i otuchy zawdzięczamy coraz liczniejszym naszym czytelnikom, przyjaciołom i współpracownikom, niekiedy wyznającym inny światopogląd, ale z całego serca ceniącym podobne wartości i podobne cele dążeń”.

W rzeczy samej, uruchomiliśmy Wydawnictwo, prawdę mówiąc, bez grosza, dzięki pożyczce i darom, jakich udzieliło nam hojnie blisko 900 czytelników, wyczytawszy o naszych zamiarach w „Tygodniku”. Wracam tu jeszcze do grona przyjaciół najbliższych, bez których – jak już mówiłem – nie byłoby Wydawnictwa Znak. Służyli oni bez przerwy rozległą swoją kulturą, oczytaniem w kilku językach, przepastnymi nieraz bibliotekami i świetnym rozeznaniem wartości. Przez trzydzieści z górą lat kierując Wydawnictwem, zawsze mogłem ufać ich inicjatywom, ich opiniom i literackim, i moralnym, ich roztropności. Wyliczę tylko w porządku alfabetycznym nazwiska tych, z którymi jako wydawca miałem z początku kontakty najczęstsze: ks. Andrzej Bardecki, Antoni Gołubiew, Maria z Morstinów Górska, Hanna Malewska, Zofia Starowieyska-Morstinowa, Mieczysław Pszon, Jerzy Turowicz, Stefan Wilkanowicz.

Już widzę, ile osób krzywdzę, nie wspominając ich na tej liście – ale nie piszę wszak monografii. Więc jeszcze tylko trzy osoby wymienię, raczej z pionu wykonawczego niż ustawodawczego, których zasługi dla Wydawnictwa Znak są po prostu niewymierne: Krystyna Chmielecka, sekretarz wydawnictwa, której takt, spokój, skromność, wiedza i pracowitość okazały się bezcenne. Zygmunt Pawlus, redaktor techniczny, partyzant, dynamiczny, obrotny, zawsze tryskający optymizmem i humorem. Z tymi dwojgiem, których połączył w końcu węzeł małżeński, działaliśmy zgodnie i przyjaźnie przez 30 lat, chyba bez jednego zgrzytu! Zdaję sobie sprawę, że określając w dwóch słowach ich funkcję, popełniam rażący anachronizm. Bo Krysia była jednocześnie moim zastępcą, adiustatorem czy adiustatorką, korektorką, prowadziła i wystukiwała na maszynie rozległą korespondencję, i tak dalej, a Zygmunt był także akwizytorem i kalkulatorem papieru, naszym wielofunkcyjnym ambasadorem w drukarniach i doprawdy a man for all seasons. Trochę krócej pracował z nami, jako kierownik administracji Wydawnictwa i jego pionu handlowego, doświadczony przedwojenny księgarz, pan Antoni Ochęduszko, który pod pozorami businessmana ukrywał serce czułe na ludzkie biedy i kłopoty.

Imponującą za to nieczułość, i to na proste nakazy zdrowego rozsądku, wykazywały instytucje państwowe, jakby rozbudowane tylko po to, żeby wszelkim inicjatywom i rozwojowi przeszkadzać. Trafiali się niekiedy, zwłaszcza na niższych szczeblach, urzędnicy i urzędniczki, z którymi można było po ludzku się dogadać. Musieli też i wyżej zasiadać jacyś decydenci, którzy uznali widać, że nie należy całkiem zakręcać tego wentyla bezpieczeństwa, co dzięki naszym pismom i Wydawnictwu dopuszczał strumyczek świeżego powietrza do znużonych polskich płuc. Oczywiście było to możliwe tylko dzięki mocy Kościoła, nie wygasłej także wtedy, kiedy był on najciężej uciskany.

Dwoma pierwszymi książkami, które przyniosły nam środki na wydawanie książek następnych, były – w roku 1959 – Droga krzyżowa prymasa Stefana Wyszyńskiego, 50 tysięcy egzemplarzy, i Listy do przyjaciela Antoniego Gołubiewa (rozważania o Modlitwie Pańskiej), 20 tysięcy. W tymże roku udało się jeszcze wydać Opowiadania i podróże Stefana Kisielewskiego, 10 tysięcy. W roku następnym ukazało się osiem pozycji, których charakter wyraźnie zapowiadał linię Wydawnictwa: eseje Gołubiewa i Thomasa Mertona (nie mieliśmy dewiz, ale copyright na książki obcojęzyczne z reguły dawano nam w prezencie, albo prawie, bo za ówczesne złotówki), wybór spośród czterystu prac nadesłanych na jeden z tzw. konkursów Spodka (Marka Skwarnickiego) pt. Moi rodzice (z posłowiem Józefy Hennelowej) – notabene pani Zatorska z Departamentu Wydawnictw nie mogła później odżałować, że nam tę książkę „przez nieuwagę” zatwierdziła w planie wydawniczym (bo gdzież się podziali rodzice o przekonaniach marksistowsko-leninowskich?), Stanisława Stommy Myśli o polityce i kulturze, Stefana Swieżawskiego Rozum i tajemnica, Jerzego Zawieyskiego Kartki z dziennika, powieść Evelyna Waugh o św. Helenie i Modlitewnik.

W roku 1961 wydaliśmy dziesięć książek i przez kolejnych dwadzieścia lat nie udało się nam przełamać oporu władz przeciw zwiększeniu ilości tytułów. Coś drgnęło dopiero z początkiem lat osiemdziesiątych, to znaczy po pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II do Polski (czerwiec 1979); po Noblu dla Miłosza (październik 1980): na oficjalne wydanie wyboru jego wierszy władze zgodziły się wówczas – i to w trybie przyspieszonym – przecząc długim okresom, kiedy jedyna odpowiedź na nasze starania i perswazje brzmiała: „że też pan się zawsze musi sprzymierzać z wrogami Polski Ludowej”; wreszcie po fali strajków 1980, w wyniku których w łonie Komitetu Porozumiewawczego Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych powstała znacząca Komisja do Spraw Cenzury. Dość, że na rok 1981 zatwierdzono nam w planie wydawniczym 13 pozycji, a w następnych trzech latach, paskudnych dla Polski i dla środowiska „Znaku” i „Tygodnika”, bez nijakiej logiki zatwierdzono kolejno 16, 22 i 34 tytuły!

Ale też w tym okresie cenzura i cały styl „socjalistycznej gospodarki planowej” powoli rozłaziły się w szwach. Absurd bowiem owej planowości polegał na tym, że miała ona być instrumentem totalnej kontroli wszystkiego, a życie tego nie lubi: co za dużo, to niezdrowo. W rubrykach, które trzeba było wypełniać, składając w Departamencie Wydawnictw Ministerstwa Kultury prośbę w wielu egzemplarzach o zatwierdzenie planu i przydział papieru (Ministerstwo przekazywało nasze dokumenty zarówno Urzędowi do Spraw Wyznań, jak też zapewne Ministerstwu Bezpieczeństwa, chyba również do jakichś instancji gospodarczych, na pewno do instancji partyjnych i Bóg wie dokąd jeszcze), widniały takie nagłówki: autor, język oryginału, cena katalogowa, wydanie (które z rzędu?), format w milimetrach, nakład, objętość (w arkuszach wydawniczych i arkuszach druku) – nakład i objętość należało proroczo ustalić na rok przed drukiem i nieraz przed skończeniem książki, papier i karton (gatunek, klasa, gramatura, ilość kg), uzasadnienie pozycji. Exemplum: do planu na rok 1977 wstawiliśmy w jesieni 1976 szesnaście pozycji, w połowie marca dostaliśmy zatwierdzenie sześciu pozycji, w połowie sierpnia dwóch dodatkowych pozycji, z obowiązkiem ich wydrukowania do końca roku 1977, co było zupełnie nierealne, bo cenzura trzymała książki bezterminowo, a drukarnie (państwowe oczywiście: własne maszyny dostaliśmy, głównie dzięki zabiegom Nawojki Cieślińskiej w Niemczech, dużo później, już w innych czasach) były notorycznie przeciążone i spóźniały się okropnie ze składem, z trzema korektami, z drukiem, podobnie introligatornie z oprawą…

Zatem musieliśmy często jeden czy drugi tytuł wymieniać na coś łatwiejszego, np. na jakieś wznowienie albo na książkę skreśloną przez Ministerstwo w jednym z poprzednich planów. Ale przy takiej wymianie trzeba było rzecz znowu przedstawić pisemnie Ministerstwu Kultury, bacząc, by wszystko się zmieściło w zatwierdzonych już limitach papieru, nakładu, objętości itd., co było o tyle ułatwione, że i tak wpisywaliśmy dane pi razy oko, bo autorzy też nie kwapili się z ostatecznym domknięciem swych tekstów, nie wiedząc, czy zostaną zatwierdzone przez Ministerstwo i jakie wyrwy porobi im cenzura: jeśli za duże i nie udało się nic odwojować, książkę musieliśmy wycofywać i całą „planową” kołomyjkę zaczynać od nowa. Wszelkie zmiany pierwotnie projektowanych nakładów i objętości także trzeba było szczegółowo wyliczać i uzasadniać. Lawina niepotrzebnych papierzysk i zbytecznych ministerialnych urzędników, okropna strata czasu! Jedno się nie zmieniło: nakłady poważnych książek, średnio dochodzące do dziesięciu tysięcy, znikały zwykle w całości i trudno bywało zgadnąć, ile jeszcze dałoby się wydrukować, bo sztywno z góry ustalona ilość egzemplarzy, nie bacząc na żadne tam sondaże popytu, była – jak wszystko – ściśle limitowana (może z wyjątkiem tych egzemplarzy, które zdołała czasem wydrukować na lewo i sprzedać na lewo, jako własny benefis, drukarnia). Kiedy teraz czytam owe uzasadnienia z ostatniej rubryki planu wydawniczego, mile mnie uderza, jak mało w nich mowy-trawy, jak wiele rozbrajającej naiwności. Może faktycznie to nie było najskuteczniejsze, ale woleliśmy się nie wychytrzać. Patrzę na nasz plan 1976: po raz drugi wstawiamy doń Medytacje ks. Pietraszki… po raz czwarty wiersze Miłosza, tłumacząc, że wielkim poetą jest… po raz czwarty również książkę o ks. Korniłowiczu… Po raz piąty opowieść o ks. Alim Fedorowiczu, cytuję uzasadnienie: „osnutą głównie wokół relacji ludzi, którzy się z nim zetknęli. Sylwetka księdza, który chciałby być przede wszystkim i zwyczajnie normalnym księdzem, dobrym duszpasterzem. Wartość i aktualność takiej postawy nie ulega wszak wątpliwości”. Wzruszające zdanie! Po raz szósty zjawiają się w planie rozważania Stefana Kisielewskiego o literaturze. Rok 1978: m.in. Eseje Stanisława Vincenza. Uzasadnienie: „Po raz trzeci wstawiamy do planu książkę znakomitego pisarza […] przypomnienie w Polsce myśliciela, który z taką miłością pisał zawsze o polskiej kulturze i zaznajamiał z nią szeroko obcokrajowców, byłoby pięknym, choć pośmiertnym tylko oddaniem mu sprawiedliwości, a szkice o kulturze chasydzkiej są jednym z walnych argumentów, które wysunąć możemy przeciw ciągłym atakom na ťpolski antysemityzmŤ. Jeśli mamy rzucać mosty między krajem a emigracją, to wydanie Vincenza będzie na pewno jednym z nich”.

Kropla drąży skałę… Medytacje ks. Pietraszki ukazały się w 1977 i znów w 1983, Miłosz – wiadomo, książka o ks. Korniłowiczu wyszła nakładem zaprzyjaźnionej „Więzi” w 1978, o księdzu Alim napisała Barbara Krzysztoń, jej tekst wydał Instytut Teologiczny ks. Misjonarzy w roku 1988: nie wiem, czy ma coś wspólnego z tą pozycją, którą pięciokrotnie wstawialiśmy do planu. Kisiela eseje o literaturze wydrukowaliśmy w 1979, Vincenza w 1980. Przyjęliśmy bowiem taką zasadę: nie ma co się wyłgiwać, mamy w oczach władz swoje dziwactwa światopoglądowe, nawet językowe, przy których się upieramy. A tych urzędowych oceniaczy naszych tekstów próbujmy traktować jak normalnych ludzi, którzy w końcu przecież zdołają może coś zrozumieć. Wielu się śmiało z takiej metodologii (po obu stronach barykady), pamiętam nawet pewnego dyrektora departamentu, który po jakiejś mojej tyradzie na temat kultury polskiej oparł na biurku grube łokcie, przyjrzał mi się z niedowierzaniem i zawołał: „panie, pan nie wiesz, w jakim kraju pan żyjesz?” Niekiedy jednak kropla drążyła skałę, bo też skała z wiekiem murszała.

Najśmieszniejsze moje wspomnienie (bo bywało z tym śmiesznie, choć rzadko) łączy się z książką Józefa Czapskiego, Patrząc (oddano do składania 30 kwietnia 1982. Podpisano do druku 23 grudnia 1982. Druk ukończono w lutym 1983. Dziesięć tysięcy egzemplarzy). Wróciłem po jakiejś serii wykładów z Francji i stwierdziłem, że choć została już wreszcie ustalona możność wydawania emigrantów, moi koledzy, zdesperowani bezsensownością targów z cenzurą, postanowili stopić ołowiane kolumny Czapskiego i z druku książki zrezygnowali. Wpadłem we wściekłość, dodzwoniłem się jakoś do naczelnego cenzora w Warszawie i powoli stygnąc w trakcie rozmowy, zdałem sobie sprawę, że jemu chodzi wyłącznie o to, by książka możliwie mało przypominała Oko Czapskiego, wydane przez paryską „Kulturę”. Zaproponowałem więc od razu inny tytuł, inny porządek poszczególnych esejów i niestety usunięcie paru tekstów, które i tak nie miały wówczas żadnych szans druku (chodziło w nich o Związek Radziecki). Ale reszta była tak cenna, że moim zdaniem opłacało się stokrotnie. Tu jednak zjawiła się ostatnia przeszkoda: copyright należał do Instytutu Literackiego (czyli do wydawnictwa „Kultury”). Powiedziałem, że muszę to zaznaczyć w stopce, bo inaczej nasza książka byłaby zwykłym złodziejstwem. Od słowa do słowa cenzor zapytał w końcu, czy zamiast „Instytut Literacki” nie moglibyśmy napisać, jak często bywało w stopkach samej „Kultury”, „Institut Littéraire”. Powiedziałem, że nie widzę przeszkód. Na co on, bardzo zadowolony, oznajmił dosłownie: „Wie pan, tak dla kamuflażu”. Myślałem, że pęknę ze śmiechu – cenzor spytał, co mnie tak bawi – nie jestem pewien, czy mu jasno wytłumaczyłem, że nie wiem, kto się przed kim ma kamuflować i po co? Może był to kpiarz dowcipniejszy i bardziej ironiczny, niż mi się przez telefon zdawało? Tak czy inaczej, cieszę się, że moi następcy nie muszą już takich rozmów prowadzić. I choć mają inne kłopoty, ufam, że brak takiego właśnie, szkaradnego kłopotu w pełni doceniają. Jacek Woźniakowski

Styczeń 1999
Tekst znajduje się na stronie http://www.znak.com.pl/jwoz.php

Jacek Woźniakowski – Nie każda kula trafia

JACEK WOŹNIAKOWSKI – Nie każda kula trafia

„Apokryf” nr 15 w „TP” nr 39/1999

Po gimnazjum poszedłem od razu do podchorążówki. Można to było oczywiście odwlec, ale mnie zależało, by szkolenie wojskowe odbyć, zanim pójdę na uniwersytet. Cieszę się, że tak zdecydowałem, bo inaczej w ogóle bym tego szkolenia nie przeszedł – wojna wybuchła akurat, jak podchorążówkę skończyłem.

Po uroczystej promocji wszyscyśmy pojechali na ćwiczenia. Zostaliśmy przydzieleni do różnych pułków. Marzyłem, by trafić do 2 Pułku Ułanów w Suwałkach, bo miałem tam wielu znajomych, a jednostka cieszyła się dobrą sławą. Ale ponieważ wojna wisiała już na włosku, przydzielano ludzi wedle ich miejsc zamieszkania, żeby mogli w razie mobilizacji szybciej się zjawić w koszarach. Dostałem więc przydział do 8. Pułku Ułanów w Krakowie i dołączyłem gdzieś koło Alwerni do bardzo dziwnego szwadronu. Dowodził nim wówczas nawet chyba nie rotmistrz, tylko porucznik, który był strasznym pijanicą. Alkoholików nie brakowało w wojsku, a w kawalerii w szczególności, ale ten musiał przekroczyć wszystkie normy, bo chodziły słuchy, że został karnie odkomenderowany do Korpusu Ochrony Pogranicza, żeby się tam trochę od wódki odzwyczaić. Nie wiem, czy KOP był rzeczywiście dobrą odwykówką, w każdym razie ten dowódca był człowiekiem sympatycznym i dość zabawnym, przynajmniej jeśli nie dał sobie zanadto do nosa.

W niedzielę wszyscyśmy jak należy szli do kościoła. Któregoś razu proboszcz zapytał, czy nie ma wśród nas kogoś, kto by potrafił zagrać na organach, bo organista był akurat na wakacjach. Zgłosił się jeden z kolegów – ku mojemu zdziwieniu, bo o ile wiedziałem z jego pianistycznych wystąpień na jakiejś prywatnej kwaterze podczas manewrów, umiał grać tylko „Oczy czarne”. W czasie Mszy świętej zaczął w niezwykle wolnym tempie i dostojnie – w rejestrach bardzo kościelnych, bo powyciągał jakieś tam guziki – grać „Oczy czarne”. Nasz dowódca zorientował się, że to jego ulubiona melodia i, siedząc w pierwszym rzędzie krzeseł, odwrócił się ku organom i zaczął życzliwie kiwać ręką, dając znać, że poznał się na tym, co jest grane.

Te ćwiczenia rzeczywiście upłynęły dzięki dowódcy szwadronu i paru innym oficerom pod znakiem znacznej konsumpcji alkoholu, ale i interesującego towarzystwa. Kwaterowaliśmy na przykład niedaleko dworu w Rybnej, który kiedyś należał do Rostworowskich (a potem do nich wrócił i Matyś Rostworowski, czyli Emanuel, znakomity historyk, tam właściwie przeżył ostatnie lata życia). Wówczas to była własność państwa, zdaje mi się, Jednowskich. Był taki wybitny aktor Jednowski, którego córka (czy synowa?) była chyba wtedy właścicielką dworu. Ona lubiła grać w karty, więc organizowała wieczorne brydże, które odbywały się na ganku obrośniętym winem. A ponieważ brakowało im czwartego, zaprosili mnie jako „tego podchorążego, który „podobno może” gra w brydża”. Ku swojemu zdziwieniu znalazłem się przy jednym stoliku z generałem Mondem – dużą figurą i chyba jednym z nielicznych wysokich oficerów żydowskiej proweniencji. To, że podchorąży mógł usiąść z generałem do brydża, było dość niezwykłe, ale czegóż się nie robi, jak brakuje czwartego. Poza tym podchorążowie z kawaleryjskich pułków to była jednak osobna kategoria wojskowych, choć w ostatnich latach przed wojną wszelkie takie odrębności i fasony bardzo starano się zatrzeć.

Z tamtych wieczorów zapamiętałem przewidywania Monda dotyczące wojny. W przeciwieństwie do wielu innych oficerów, generał nie miał złudzeń co do rychłego wybuchu konfliktu. To chyba on powiedział – bo spotkałem jeszcze drugiego oficera, historyka wojskowości Smoleńskiego, który także mądrze widział przyszłość – że w pierwszym etapie tę wojnę przegramy na pewno, bo jak się cała nawała niemiecka na nas rzuci, to żadne gwarancje angielskie nie pomogą, ale w sumie zwycięstwo będzie po naszej stronie – tyle że to potrwa. Mało kto wówczas potrafił przewidzieć, że wojna ciągnąć się musi długo, a zwycięstwo będzie możliwe m.in. dlatego, że zaangażuje się w nią Ameryka. Ci dwaj panowie, Mond i Smoleński, uderzyli mnie swoją przenikliwością, która trochę zachmurzyła te nasze niefrasobliwe ćwiczenia i brydże na ganku dworu w Rybnej. Sam miałem idiotyczne poczucie, że może jednak do wojny nie dojdzie.

*

O starych oficerach sztabowych mówi się, że zawsze rozgrywają bitwy minionej wojny: zastanawiają się, jak to by mogło było być. Ówczesna młodzież wojnę traktowała jako legendę, bo ciągle żywa była pamięć roku 1920. Ale wyobrazić sobie wojnę przyszłą – to nie bardzo leżało ani w naszych kompetencjach, ani w zasięgu naszej imaginacji, ani w ogóle w wizji świata, jaką mieliśmy. Wyobrażaliśmy sobie świat jako rozwijający się ku czemuś coraz lepszemu, no bo samiśmy się rozwijali i dorastali. Pewnie nie do końca świadomie człowiek traktował paralelnie losy własne i świata, nie wyobrażając sobie tych wszystkich potworności, które miały nastąpić. Jeszcze w czasie kampanii wrześniowej nie uważaliśmy tego, co nas spotykało, co mieliśmy okazję widzieć, za potworności, tylko za normalną wojnę obronną, gdzie możemy dać próbkę naszych wojskowych umiejętności i patriotyzmu. Dopiero klęska uświadomiła nam, że wcale tak nie jest. Nie straciliśmy oczywiście bojowego zapału, bośmy – kto tylko mógł – po kapitulacji armii Piskora pod Tomaszowem Lubelskim, zdecydowali się iść na Węgry z zamiarem dalszego toczenia wojny. Byliśmy pokoleniem wychowanym w patriotyzmie, który nie bilansował strat i zysków. Jedyne, o czym każdy marzył, to żeby zasłużyć na Virtuti Militari.

*

W czasie kampanii wrześniowej byłem dowódcą karabinu maszynowego, potem dwóch karabinów maszynowych, czyli właściwie połowy plutonu. Wiązało się to ze sporą odpowiedzialnością: odpowiedzialność spadała na nas znacznie, znacznie wcześniej (miałem 19 lat) niż przeciętnie na młodych ludzi. Przydzielono mnie do liniowego plutonu 8. Pułku Ułanów. Przeszedłem szlak bojowy pułku, ale tylko częściowo, bo pułk się z czasem rozdzielił: jeden szwadron dołączył do krakowskiej brygady kawalerii, a trzy szwadrony poszły inną drogą. Byłem z moimi karabinami maszynowymi w szwadronie, który dołączył do brygady, to znaczy do 5. Pułku Strzelców Konnych i do 3. Pułku Szwoleżerów, bo brygada – jeśli dobrze pamiętam – składała się z trzech pułków kawalerii.

Nasza droga wyglądała przeciętnie. Zaczęła się pod Woźnikami koło Częstochowy, gdzie zetknęliśmy się z pierwszymi oddziałami niemieckimi i z pierwszą strzelaniną na większą skalę. A potem było stałe cofanie się, okopywanie, cofanie, próby kontrataku, znowu cofanie, i tak to wszystko trwało aż do poddania się generała Piskora (dowódcy Armii Kraków) pod Tomaszowem Lubelskim. Wtedy całe grupy wojska, zwłaszcza kawalerii, postanowiły nie respektować kapitulacji, tylko iść na Węgry i stamtąd dalej, żeby kontynuować walkę. Należałem do grupy, która powędrowała w stronę Węgier i dopiero na granicy mnie postrzelono. Było to 27 września, już pod koniec kampanii. Przez te góry szliśmy już pieszo. Padał śnieg.

Trafiła mnie kula z karabinu partyzanta ukraińskiego. Partyzantka ukraińska w 1939 roku była podpierana z jednej strony przez Niemców, z drugiej strony przez Rosjan, a jej członkowie łudzili się nieszczęśliwie, że ci dwaj sojusznicy przyniosą Ukrainie niepodległość. Podczas drogi na Węgry mieliśmy z nimi parę utarczek. Za wycofującymi się oddziałami niemieckimi szły oddziały sowieckie, a ta partyzantka przygotowywała bramy tryumfalne na żegnanie jednych i witanie drugich. Chyba widziałem człowieka, który do mnie strzelał i bardzo się zdziwiłem, że mnie trafił i to w twarz. Tutaj jest psychologicznie interesujący moment, bo wywracając się po trafieniu przypomniałem sobie, co czytałem bodaj w „Trylogii”: że jeżeli człowiek jest śmiertelnie ranny, to pada na plecy, a jeżeli jest tylko ciężko ranny, to do przodu. I cały wysiłek w momencie upadku włożyłem w to, żeby się wywrócić do przodu.

Byliśmy na terytorium etnicznie ukraińskim, ale cudem jakimś znaleźli się tam i zajęli mną polscy wieśniacy, taka szlachta zagrodowa, bardzo związana z Polską. Ocalili mi życie, opatrzyli (chlebem zagniecionym z pajęczyną – znów „Trylogia”!) i furką odwieźli do szpitala. Szpital był już pod okupacją sowiecką, więc przeżyłem w nim plebiscyt, czy chcemy przyłączenia do Związku Radzieckiego czy nie. Była to piękna ceremonia, bo pacjentami byli na ogół niepiśmienni chłopi — byłem na sali jedynym chyba inteligentem. Dlatego w momencie, kiedy wszedł agitator ukraiński i zaczął tłumaczyć, że musimy koniecznie odpowiedzieć w plebiscycie, że chcemy przyłączenia do Związku Radzieckiego, zadałem mu parę kłopotliwych pytań, a on przenikliwie na mnie spojrzał i powiedział: wie pan, na ten temat to podyskutujemy później. Kiedy wychodziłem ze szpitala, to się na niego nadziałem, ale jakoś na szczęście albo mnie nie poznał, albo tej dyskusji już nie chciał kontynuować. To było zupełnie bez sensu, bo wszyscyśmy wiedzieli, piśmienni w każdym razie ludzie, że każdy z nas napisał, że nie chce przyłączenia, a ogłoszono nam potem, że tylko jeden głos był przeciwny. Więc każdy mógł sobie przypisać ten jeden głos.

W szpitalu absolutnie nie było co jeść. Doktorzy robili, co mogli, ale ani transfuzji krwi mi nie zrobili, ani nawet nie zaszyli rany, bo nie było czym. Leżałem po prostu, właściwie skazany na to, żeby przeżyć albo nie. Jednak po dwóch czy trzech tygodniach leżenia, kiedy już widziałem, że jakoś z tego wyłażę, zacząłem strasznie odczuwać głód i wobec tego napisałem siostrom zakonnym, które były pielęgniarkami, takie menu po francusku, z szalenie skomplikowanymi nazwami potraw, które wymyślałem, żeby sobie dodać jeszcze więcej smaku. One naturalnie dowcipu nie zrozumiały i dalej dostawałem grysik na wodzie, jedyne dostępne jedzenie. Nerwy czasem puszczają w takiej sytuacji i pamiętam, że któryś z tych grysików oblałem gorzkimi łzami: marzyłem, żeby coś wreszcie zjeść, a tu nic nie było – w każdym razie nic w stanie półpłynnym, bo tylko w tej postaci mogłem coś wziąć do ust.

W końcu przez rozmaitych znajomych, którzy się nagle w tej Turce nad Stryjem, gdzie był szpital, pojawili – znajomi znajomych, nieprawdopodobne zbiegi okoliczności – dałem znać do Lwowa, do tamtejszych kuzynów, że tu jestem. Mój brat cioteczny przyjechał po mnie i zabrał do Lwowa, bo sam nie miałem na nic siły po pięciu tygodniach leżenia. W szpitalu usłyszałem słowa pociechy od takiego chłopa, który odwiedzał swojego synka, bardzo ciężko chorego, leżącego obok mnie. Pochylił się nade mną i powiedział: żyć to chyba będziesz, ale gębę to zawsze będziesz mieć paskudną. Jak już wyszedłem ze szpitala, to przy płukaniu ust z policzka mi pstrykała woda, więc efekt był cyrkowy.

*

Inna rzecz, że nie każda kula trafia. Kiedyś jechaliśmy na patrol, może nas było siedmiu czy ośmiu, w nocy, przez pole, gdzie było już dawno zżęte zboże. Nagle usłyszałem, ale dosłownie jakby mi to ktoś w ucho powiedział, bardzo spokojnym, cichym głosem, po niemiecku: pass auf (uważaj). Po czym odezwały się dwa karabiny maszynowe, poszły w górę rakiety i zrobiło się jasno, jak w dzień, bo ostro było widać cienie naszych koni i nas samych. I te karabiny maszynowe grzały do nas z bezpośredniej bliskości. Myśmy, oczywiście, nie mieli nic lepszego do roboty, jak odwrócić się i pogalopować w stronę, z której przyjechaliśmy. Nie było szans, żeby zaatakować te na pewno solidnie okopane karabiny, w ciemnościach, kiedy rakiety też nie nam pomagały, tylko tamtym strzelcom. Strzelali do nas dłuższą chwilę, póki nie znaleźliśmy się poza ich zasięgiem. I nic. Strzelając z dwóch karabinów maszynowych nie trafili nikogo z nas: jednego konia lekko zranili, drasnęli właściwie, i na tym się skończyło. Więc to jest pewna pociecha na wszelki wypadek: nie każda kula trafia.

Wysłuchała Joanna Gromek

Historyjka obrazkowa p.t. „Nasza wyprawa na Czerwone Wierchy”

Sierpień 1968 r. Narysowane przez Różę, Annę, Jana Woźniakowskich i Alberta Łopuskiego.

Galeria Zakopane 1921

Galeria Zakopane 1919

Galeria Rodzinna Woźniakowskich