JACEK WOŹNIAKOWSKI – Nie każda kula trafia

„Apokryf” nr 15 w „TP” nr 39/1999

Po gimnazjum poszedłem od razu do podchorążówki. Można to było oczywiście odwlec, ale mnie zależało, by szkolenie wojskowe odbyć, zanim pójdę na uniwersytet. Cieszę się, że tak zdecydowałem, bo inaczej w ogóle bym tego szkolenia nie przeszedł – wojna wybuchła akurat, jak podchorążówkę skończyłem.

Po uroczystej promocji wszyscyśmy pojechali na ćwiczenia. Zostaliśmy przydzieleni do różnych pułków. Marzyłem, by trafić do 2 Pułku Ułanów w Suwałkach, bo miałem tam wielu znajomych, a jednostka cieszyła się dobrą sławą. Ale ponieważ wojna wisiała już na włosku, przydzielano ludzi wedle ich miejsc zamieszkania, żeby mogli w razie mobilizacji szybciej się zjawić w koszarach. Dostałem więc przydział do 8. Pułku Ułanów w Krakowie i dołączyłem gdzieś koło Alwerni do bardzo dziwnego szwadronu. Dowodził nim wówczas nawet chyba nie rotmistrz, tylko porucznik, który był strasznym pijanicą. Alkoholików nie brakowało w wojsku, a w kawalerii w szczególności, ale ten musiał przekroczyć wszystkie normy, bo chodziły słuchy, że został karnie odkomenderowany do Korpusu Ochrony Pogranicza, żeby się tam trochę od wódki odzwyczaić. Nie wiem, czy KOP był rzeczywiście dobrą odwykówką, w każdym razie ten dowódca był człowiekiem sympatycznym i dość zabawnym, przynajmniej jeśli nie dał sobie zanadto do nosa.

W niedzielę wszyscyśmy jak należy szli do kościoła. Któregoś razu proboszcz zapytał, czy nie ma wśród nas kogoś, kto by potrafił zagrać na organach, bo organista był akurat na wakacjach. Zgłosił się jeden z kolegów – ku mojemu zdziwieniu, bo o ile wiedziałem z jego pianistycznych wystąpień na jakiejś prywatnej kwaterze podczas manewrów, umiał grać tylko „Oczy czarne”. W czasie Mszy świętej zaczął w niezwykle wolnym tempie i dostojnie – w rejestrach bardzo kościelnych, bo powyciągał jakieś tam guziki – grać „Oczy czarne”. Nasz dowódca zorientował się, że to jego ulubiona melodia i, siedząc w pierwszym rzędzie krzeseł, odwrócił się ku organom i zaczął życzliwie kiwać ręką, dając znać, że poznał się na tym, co jest grane.

Te ćwiczenia rzeczywiście upłynęły dzięki dowódcy szwadronu i paru innym oficerom pod znakiem znacznej konsumpcji alkoholu, ale i interesującego towarzystwa. Kwaterowaliśmy na przykład niedaleko dworu w Rybnej, który kiedyś należał do Rostworowskich (a potem do nich wrócił i Matyś Rostworowski, czyli Emanuel, znakomity historyk, tam właściwie przeżył ostatnie lata życia). Wówczas to była własność państwa, zdaje mi się, Jednowskich. Był taki wybitny aktor Jednowski, którego córka (czy synowa?) była chyba wtedy właścicielką dworu. Ona lubiła grać w karty, więc organizowała wieczorne brydże, które odbywały się na ganku obrośniętym winem. A ponieważ brakowało im czwartego, zaprosili mnie jako „tego podchorążego, który „podobno może” gra w brydża”. Ku swojemu zdziwieniu znalazłem się przy jednym stoliku z generałem Mondem – dużą figurą i chyba jednym z nielicznych wysokich oficerów żydowskiej proweniencji. To, że podchorąży mógł usiąść z generałem do brydża, było dość niezwykłe, ale czegóż się nie robi, jak brakuje czwartego. Poza tym podchorążowie z kawaleryjskich pułków to była jednak osobna kategoria wojskowych, choć w ostatnich latach przed wojną wszelkie takie odrębności i fasony bardzo starano się zatrzeć.

Z tamtych wieczorów zapamiętałem przewidywania Monda dotyczące wojny. W przeciwieństwie do wielu innych oficerów, generał nie miał złudzeń co do rychłego wybuchu konfliktu. To chyba on powiedział – bo spotkałem jeszcze drugiego oficera, historyka wojskowości Smoleńskiego, który także mądrze widział przyszłość – że w pierwszym etapie tę wojnę przegramy na pewno, bo jak się cała nawała niemiecka na nas rzuci, to żadne gwarancje angielskie nie pomogą, ale w sumie zwycięstwo będzie po naszej stronie – tyle że to potrwa. Mało kto wówczas potrafił przewidzieć, że wojna ciągnąć się musi długo, a zwycięstwo będzie możliwe m.in. dlatego, że zaangażuje się w nią Ameryka. Ci dwaj panowie, Mond i Smoleński, uderzyli mnie swoją przenikliwością, która trochę zachmurzyła te nasze niefrasobliwe ćwiczenia i brydże na ganku dworu w Rybnej. Sam miałem idiotyczne poczucie, że może jednak do wojny nie dojdzie.

*

O starych oficerach sztabowych mówi się, że zawsze rozgrywają bitwy minionej wojny: zastanawiają się, jak to by mogło było być. Ówczesna młodzież wojnę traktowała jako legendę, bo ciągle żywa była pamięć roku 1920. Ale wyobrazić sobie wojnę przyszłą – to nie bardzo leżało ani w naszych kompetencjach, ani w zasięgu naszej imaginacji, ani w ogóle w wizji świata, jaką mieliśmy. Wyobrażaliśmy sobie świat jako rozwijający się ku czemuś coraz lepszemu, no bo samiśmy się rozwijali i dorastali. Pewnie nie do końca świadomie człowiek traktował paralelnie losy własne i świata, nie wyobrażając sobie tych wszystkich potworności, które miały nastąpić. Jeszcze w czasie kampanii wrześniowej nie uważaliśmy tego, co nas spotykało, co mieliśmy okazję widzieć, za potworności, tylko za normalną wojnę obronną, gdzie możemy dać próbkę naszych wojskowych umiejętności i patriotyzmu. Dopiero klęska uświadomiła nam, że wcale tak nie jest. Nie straciliśmy oczywiście bojowego zapału, bośmy – kto tylko mógł – po kapitulacji armii Piskora pod Tomaszowem Lubelskim, zdecydowali się iść na Węgry z zamiarem dalszego toczenia wojny. Byliśmy pokoleniem wychowanym w patriotyzmie, który nie bilansował strat i zysków. Jedyne, o czym każdy marzył, to żeby zasłużyć na Virtuti Militari.

*

W czasie kampanii wrześniowej byłem dowódcą karabinu maszynowego, potem dwóch karabinów maszynowych, czyli właściwie połowy plutonu. Wiązało się to ze sporą odpowiedzialnością: odpowiedzialność spadała na nas znacznie, znacznie wcześniej (miałem 19 lat) niż przeciętnie na młodych ludzi. Przydzielono mnie do liniowego plutonu 8. Pułku Ułanów. Przeszedłem szlak bojowy pułku, ale tylko częściowo, bo pułk się z czasem rozdzielił: jeden szwadron dołączył do krakowskiej brygady kawalerii, a trzy szwadrony poszły inną drogą. Byłem z moimi karabinami maszynowymi w szwadronie, który dołączył do brygady, to znaczy do 5. Pułku Strzelców Konnych i do 3. Pułku Szwoleżerów, bo brygada – jeśli dobrze pamiętam – składała się z trzech pułków kawalerii.

Nasza droga wyglądała przeciętnie. Zaczęła się pod Woźnikami koło Częstochowy, gdzie zetknęliśmy się z pierwszymi oddziałami niemieckimi i z pierwszą strzelaniną na większą skalę. A potem było stałe cofanie się, okopywanie, cofanie, próby kontrataku, znowu cofanie, i tak to wszystko trwało aż do poddania się generała Piskora (dowódcy Armii Kraków) pod Tomaszowem Lubelskim. Wtedy całe grupy wojska, zwłaszcza kawalerii, postanowiły nie respektować kapitulacji, tylko iść na Węgry i stamtąd dalej, żeby kontynuować walkę. Należałem do grupy, która powędrowała w stronę Węgier i dopiero na granicy mnie postrzelono. Było to 27 września, już pod koniec kampanii. Przez te góry szliśmy już pieszo. Padał śnieg.

Trafiła mnie kula z karabinu partyzanta ukraińskiego. Partyzantka ukraińska w 1939 roku była podpierana z jednej strony przez Niemców, z drugiej strony przez Rosjan, a jej członkowie łudzili się nieszczęśliwie, że ci dwaj sojusznicy przyniosą Ukrainie niepodległość. Podczas drogi na Węgry mieliśmy z nimi parę utarczek. Za wycofującymi się oddziałami niemieckimi szły oddziały sowieckie, a ta partyzantka przygotowywała bramy tryumfalne na żegnanie jednych i witanie drugich. Chyba widziałem człowieka, który do mnie strzelał i bardzo się zdziwiłem, że mnie trafił i to w twarz. Tutaj jest psychologicznie interesujący moment, bo wywracając się po trafieniu przypomniałem sobie, co czytałem bodaj w „Trylogii”: że jeżeli człowiek jest śmiertelnie ranny, to pada na plecy, a jeżeli jest tylko ciężko ranny, to do przodu. I cały wysiłek w momencie upadku włożyłem w to, żeby się wywrócić do przodu.

Byliśmy na terytorium etnicznie ukraińskim, ale cudem jakimś znaleźli się tam i zajęli mną polscy wieśniacy, taka szlachta zagrodowa, bardzo związana z Polską. Ocalili mi życie, opatrzyli (chlebem zagniecionym z pajęczyną – znów „Trylogia”!) i furką odwieźli do szpitala. Szpital był już pod okupacją sowiecką, więc przeżyłem w nim plebiscyt, czy chcemy przyłączenia do Związku Radzieckiego czy nie. Była to piękna ceremonia, bo pacjentami byli na ogół niepiśmienni chłopi — byłem na sali jedynym chyba inteligentem. Dlatego w momencie, kiedy wszedł agitator ukraiński i zaczął tłumaczyć, że musimy koniecznie odpowiedzieć w plebiscycie, że chcemy przyłączenia do Związku Radzieckiego, zadałem mu parę kłopotliwych pytań, a on przenikliwie na mnie spojrzał i powiedział: wie pan, na ten temat to podyskutujemy później. Kiedy wychodziłem ze szpitala, to się na niego nadziałem, ale jakoś na szczęście albo mnie nie poznał, albo tej dyskusji już nie chciał kontynuować. To było zupełnie bez sensu, bo wszyscyśmy wiedzieli, piśmienni w każdym razie ludzie, że każdy z nas napisał, że nie chce przyłączenia, a ogłoszono nam potem, że tylko jeden głos był przeciwny. Więc każdy mógł sobie przypisać ten jeden głos.

W szpitalu absolutnie nie było co jeść. Doktorzy robili, co mogli, ale ani transfuzji krwi mi nie zrobili, ani nawet nie zaszyli rany, bo nie było czym. Leżałem po prostu, właściwie skazany na to, żeby przeżyć albo nie. Jednak po dwóch czy trzech tygodniach leżenia, kiedy już widziałem, że jakoś z tego wyłażę, zacząłem strasznie odczuwać głód i wobec tego napisałem siostrom zakonnym, które były pielęgniarkami, takie menu po francusku, z szalenie skomplikowanymi nazwami potraw, które wymyślałem, żeby sobie dodać jeszcze więcej smaku. One naturalnie dowcipu nie zrozumiały i dalej dostawałem grysik na wodzie, jedyne dostępne jedzenie. Nerwy czasem puszczają w takiej sytuacji i pamiętam, że któryś z tych grysików oblałem gorzkimi łzami: marzyłem, żeby coś wreszcie zjeść, a tu nic nie było – w każdym razie nic w stanie półpłynnym, bo tylko w tej postaci mogłem coś wziąć do ust.

W końcu przez rozmaitych znajomych, którzy się nagle w tej Turce nad Stryjem, gdzie był szpital, pojawili – znajomi znajomych, nieprawdopodobne zbiegi okoliczności – dałem znać do Lwowa, do tamtejszych kuzynów, że tu jestem. Mój brat cioteczny przyjechał po mnie i zabrał do Lwowa, bo sam nie miałem na nic siły po pięciu tygodniach leżenia. W szpitalu usłyszałem słowa pociechy od takiego chłopa, który odwiedzał swojego synka, bardzo ciężko chorego, leżącego obok mnie. Pochylił się nade mną i powiedział: żyć to chyba będziesz, ale gębę to zawsze będziesz mieć paskudną. Jak już wyszedłem ze szpitala, to przy płukaniu ust z policzka mi pstrykała woda, więc efekt był cyrkowy.

*

Inna rzecz, że nie każda kula trafia. Kiedyś jechaliśmy na patrol, może nas było siedmiu czy ośmiu, w nocy, przez pole, gdzie było już dawno zżęte zboże. Nagle usłyszałem, ale dosłownie jakby mi to ktoś w ucho powiedział, bardzo spokojnym, cichym głosem, po niemiecku: pass auf (uważaj). Po czym odezwały się dwa karabiny maszynowe, poszły w górę rakiety i zrobiło się jasno, jak w dzień, bo ostro było widać cienie naszych koni i nas samych. I te karabiny maszynowe grzały do nas z bezpośredniej bliskości. Myśmy, oczywiście, nie mieli nic lepszego do roboty, jak odwrócić się i pogalopować w stronę, z której przyjechaliśmy. Nie było szans, żeby zaatakować te na pewno solidnie okopane karabiny, w ciemnościach, kiedy rakiety też nie nam pomagały, tylko tamtym strzelcom. Strzelali do nas dłuższą chwilę, póki nie znaleźliśmy się poza ich zasięgiem. I nic. Strzelając z dwóch karabinów maszynowych nie trafili nikogo z nas: jednego konia lekko zranili, drasnęli właściwie, i na tym się skończyło. Więc to jest pewna pociecha na wszelki wypadek: nie każda kula trafia.

Wysłuchała Joanna Gromek