Jacek Woźniakowski – Pierwsze kroki

Jacek Woźniakowski W chwili, kiedy zabieram się do tego wstępu, dociera wiadomość o śmierci Jerzego Turowicza. Od czasu jego zawału serca można było się tej wiadomości spodziewać, ale nie staje się przez to mniej bolesna. Także przy rozpamiętywaniu początków Wydawnictwa Znak. Toteż pamięci Jerzego te urywkowe zapiski dedykuję, i pamięci pozostałych przyjaciół, co w większości z tego świata już odeszli, a bez których Wydawnictwa Znak po prostu by nie było. Bo oni wszyscy, skupieni w kręgu „Tygodnika Powszechnego”, latami marzyli o tym, żeby działanie „Tygodnika” i miesięcznika „Znak” poszerzyć i utrwalić poprzez książki, które by miały zasadniczy cel taki sam jak oba nasze pisma. Próbowałem go sformułować w Katalogu z roku 1984, wydanym na 25-lecie Wydawnictwa: „…pogłębianie życia religijnego, uczestnictwa w życiu Kościoła, wiedzy i kultury katolików polskich oraz świadomości etycznej i historycznej całego naszego społeczeństwa, w myśl mądrego zdania Papiniego, że kto jest ślepy na przeszłość, ten i w przyszłość biegnie na oślep. Staraliśmy się towarzyszyć włas-nemu społeczeństwu […]. Sądziliśmy i sądzimy, że w radościach należy strzec się triumfalizmu, a w smutkach – załamywania rąk. Trudno nam powiedzieć, jak wiele natchnień i otuchy zawdzięczamy coraz liczniejszym naszym czytelnikom, przyjaciołom i współpracownikom, niekiedy wyznającym inny światopogląd, ale z całego serca ceniącym podobne wartości i podobne cele dążeń”.

W rzeczy samej, uruchomiliśmy Wydawnictwo, prawdę mówiąc, bez grosza, dzięki pożyczce i darom, jakich udzieliło nam hojnie blisko 900 czytelników, wyczytawszy o naszych zamiarach w „Tygodniku”. Wracam tu jeszcze do grona przyjaciół najbliższych, bez których – jak już mówiłem – nie byłoby Wydawnictwa Znak. Służyli oni bez przerwy rozległą swoją kulturą, oczytaniem w kilku językach, przepastnymi nieraz bibliotekami i świetnym rozeznaniem wartości. Przez trzydzieści z górą lat kierując Wydawnictwem, zawsze mogłem ufać ich inicjatywom, ich opiniom i literackim, i moralnym, ich roztropności. Wyliczę tylko w porządku alfabetycznym nazwiska tych, z którymi jako wydawca miałem z początku kontakty najczęstsze: ks. Andrzej Bardecki, Antoni Gołubiew, Maria z Morstinów Górska, Hanna Malewska, Zofia Starowieyska-Morstinowa, Mieczysław Pszon, Jerzy Turowicz, Stefan Wilkanowicz.

Już widzę, ile osób krzywdzę, nie wspominając ich na tej liście – ale nie piszę wszak monografii. Więc jeszcze tylko trzy osoby wymienię, raczej z pionu wykonawczego niż ustawodawczego, których zasługi dla Wydawnictwa Znak są po prostu niewymierne: Krystyna Chmielecka, sekretarz wydawnictwa, której takt, spokój, skromność, wiedza i pracowitość okazały się bezcenne. Zygmunt Pawlus, redaktor techniczny, partyzant, dynamiczny, obrotny, zawsze tryskający optymizmem i humorem. Z tymi dwojgiem, których połączył w końcu węzeł małżeński, działaliśmy zgodnie i przyjaźnie przez 30 lat, chyba bez jednego zgrzytu! Zdaję sobie sprawę, że określając w dwóch słowach ich funkcję, popełniam rażący anachronizm. Bo Krysia była jednocześnie moim zastępcą, adiustatorem czy adiustatorką, korektorką, prowadziła i wystukiwała na maszynie rozległą korespondencję, i tak dalej, a Zygmunt był także akwizytorem i kalkulatorem papieru, naszym wielofunkcyjnym ambasadorem w drukarniach i doprawdy a man for all seasons. Trochę krócej pracował z nami, jako kierownik administracji Wydawnictwa i jego pionu handlowego, doświadczony przedwojenny księgarz, pan Antoni Ochęduszko, który pod pozorami businessmana ukrywał serce czułe na ludzkie biedy i kłopoty.

Imponującą za to nieczułość, i to na proste nakazy zdrowego rozsądku, wykazywały instytucje państwowe, jakby rozbudowane tylko po to, żeby wszelkim inicjatywom i rozwojowi przeszkadzać. Trafiali się niekiedy, zwłaszcza na niższych szczeblach, urzędnicy i urzędniczki, z którymi można było po ludzku się dogadać. Musieli też i wyżej zasiadać jacyś decydenci, którzy uznali widać, że nie należy całkiem zakręcać tego wentyla bezpieczeństwa, co dzięki naszym pismom i Wydawnictwu dopuszczał strumyczek świeżego powietrza do znużonych polskich płuc. Oczywiście było to możliwe tylko dzięki mocy Kościoła, nie wygasłej także wtedy, kiedy był on najciężej uciskany.

Dwoma pierwszymi książkami, które przyniosły nam środki na wydawanie książek następnych, były – w roku 1959 – Droga krzyżowa prymasa Stefana Wyszyńskiego, 50 tysięcy egzemplarzy, i Listy do przyjaciela Antoniego Gołubiewa (rozważania o Modlitwie Pańskiej), 20 tysięcy. W tymże roku udało się jeszcze wydać Opowiadania i podróże Stefana Kisielewskiego, 10 tysięcy. W roku następnym ukazało się osiem pozycji, których charakter wyraźnie zapowiadał linię Wydawnictwa: eseje Gołubiewa i Thomasa Mertona (nie mieliśmy dewiz, ale copyright na książki obcojęzyczne z reguły dawano nam w prezencie, albo prawie, bo za ówczesne złotówki), wybór spośród czterystu prac nadesłanych na jeden z tzw. konkursów Spodka (Marka Skwarnickiego) pt. Moi rodzice (z posłowiem Józefy Hennelowej) – notabene pani Zatorska z Departamentu Wydawnictw nie mogła później odżałować, że nam tę książkę „przez nieuwagę” zatwierdziła w planie wydawniczym (bo gdzież się podziali rodzice o przekonaniach marksistowsko-leninowskich?), Stanisława Stommy Myśli o polityce i kulturze, Stefana Swieżawskiego Rozum i tajemnica, Jerzego Zawieyskiego Kartki z dziennika, powieść Evelyna Waugh o św. Helenie i Modlitewnik.

W roku 1961 wydaliśmy dziesięć książek i przez kolejnych dwadzieścia lat nie udało się nam przełamać oporu władz przeciw zwiększeniu ilości tytułów. Coś drgnęło dopiero z początkiem lat osiemdziesiątych, to znaczy po pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II do Polski (czerwiec 1979); po Noblu dla Miłosza (październik 1980): na oficjalne wydanie wyboru jego wierszy władze zgodziły się wówczas – i to w trybie przyspieszonym – przecząc długim okresom, kiedy jedyna odpowiedź na nasze starania i perswazje brzmiała: „że też pan się zawsze musi sprzymierzać z wrogami Polski Ludowej”; wreszcie po fali strajków 1980, w wyniku których w łonie Komitetu Porozumiewawczego Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych powstała znacząca Komisja do Spraw Cenzury. Dość, że na rok 1981 zatwierdzono nam w planie wydawniczym 13 pozycji, a w następnych trzech latach, paskudnych dla Polski i dla środowiska „Znaku” i „Tygodnika”, bez nijakiej logiki zatwierdzono kolejno 16, 22 i 34 tytuły!

Ale też w tym okresie cenzura i cały styl „socjalistycznej gospodarki planowej” powoli rozłaziły się w szwach. Absurd bowiem owej planowości polegał na tym, że miała ona być instrumentem totalnej kontroli wszystkiego, a życie tego nie lubi: co za dużo, to niezdrowo. W rubrykach, które trzeba było wypełniać, składając w Departamencie Wydawnictw Ministerstwa Kultury prośbę w wielu egzemplarzach o zatwierdzenie planu i przydział papieru (Ministerstwo przekazywało nasze dokumenty zarówno Urzędowi do Spraw Wyznań, jak też zapewne Ministerstwu Bezpieczeństwa, chyba również do jakichś instancji gospodarczych, na pewno do instancji partyjnych i Bóg wie dokąd jeszcze), widniały takie nagłówki: autor, język oryginału, cena katalogowa, wydanie (które z rzędu?), format w milimetrach, nakład, objętość (w arkuszach wydawniczych i arkuszach druku) – nakład i objętość należało proroczo ustalić na rok przed drukiem i nieraz przed skończeniem książki, papier i karton (gatunek, klasa, gramatura, ilość kg), uzasadnienie pozycji. Exemplum: do planu na rok 1977 wstawiliśmy w jesieni 1976 szesnaście pozycji, w połowie marca dostaliśmy zatwierdzenie sześciu pozycji, w połowie sierpnia dwóch dodatkowych pozycji, z obowiązkiem ich wydrukowania do końca roku 1977, co było zupełnie nierealne, bo cenzura trzymała książki bezterminowo, a drukarnie (państwowe oczywiście: własne maszyny dostaliśmy, głównie dzięki zabiegom Nawojki Cieślińskiej w Niemczech, dużo później, już w innych czasach) były notorycznie przeciążone i spóźniały się okropnie ze składem, z trzema korektami, z drukiem, podobnie introligatornie z oprawą…

Zatem musieliśmy często jeden czy drugi tytuł wymieniać na coś łatwiejszego, np. na jakieś wznowienie albo na książkę skreśloną przez Ministerstwo w jednym z poprzednich planów. Ale przy takiej wymianie trzeba było rzecz znowu przedstawić pisemnie Ministerstwu Kultury, bacząc, by wszystko się zmieściło w zatwierdzonych już limitach papieru, nakładu, objętości itd., co było o tyle ułatwione, że i tak wpisywaliśmy dane pi razy oko, bo autorzy też nie kwapili się z ostatecznym domknięciem swych tekstów, nie wiedząc, czy zostaną zatwierdzone przez Ministerstwo i jakie wyrwy porobi im cenzura: jeśli za duże i nie udało się nic odwojować, książkę musieliśmy wycofywać i całą „planową” kołomyjkę zaczynać od nowa. Wszelkie zmiany pierwotnie projektowanych nakładów i objętości także trzeba było szczegółowo wyliczać i uzasadniać. Lawina niepotrzebnych papierzysk i zbytecznych ministerialnych urzędników, okropna strata czasu! Jedno się nie zmieniło: nakłady poważnych książek, średnio dochodzące do dziesięciu tysięcy, znikały zwykle w całości i trudno bywało zgadnąć, ile jeszcze dałoby się wydrukować, bo sztywno z góry ustalona ilość egzemplarzy, nie bacząc na żadne tam sondaże popytu, była – jak wszystko – ściśle limitowana (może z wyjątkiem tych egzemplarzy, które zdołała czasem wydrukować na lewo i sprzedać na lewo, jako własny benefis, drukarnia). Kiedy teraz czytam owe uzasadnienia z ostatniej rubryki planu wydawniczego, mile mnie uderza, jak mało w nich mowy-trawy, jak wiele rozbrajającej naiwności. Może faktycznie to nie było najskuteczniejsze, ale woleliśmy się nie wychytrzać. Patrzę na nasz plan 1976: po raz drugi wstawiamy doń Medytacje ks. Pietraszki… po raz czwarty wiersze Miłosza, tłumacząc, że wielkim poetą jest… po raz czwarty również książkę o ks. Korniłowiczu… Po raz piąty opowieść o ks. Alim Fedorowiczu, cytuję uzasadnienie: „osnutą głównie wokół relacji ludzi, którzy się z nim zetknęli. Sylwetka księdza, który chciałby być przede wszystkim i zwyczajnie normalnym księdzem, dobrym duszpasterzem. Wartość i aktualność takiej postawy nie ulega wszak wątpliwości”. Wzruszające zdanie! Po raz szósty zjawiają się w planie rozważania Stefana Kisielewskiego o literaturze. Rok 1978: m.in. Eseje Stanisława Vincenza. Uzasadnienie: „Po raz trzeci wstawiamy do planu książkę znakomitego pisarza […] przypomnienie w Polsce myśliciela, który z taką miłością pisał zawsze o polskiej kulturze i zaznajamiał z nią szeroko obcokrajowców, byłoby pięknym, choć pośmiertnym tylko oddaniem mu sprawiedliwości, a szkice o kulturze chasydzkiej są jednym z walnych argumentów, które wysunąć możemy przeciw ciągłym atakom na ťpolski antysemityzmŤ. Jeśli mamy rzucać mosty między krajem a emigracją, to wydanie Vincenza będzie na pewno jednym z nich”.

Kropla drąży skałę… Medytacje ks. Pietraszki ukazały się w 1977 i znów w 1983, Miłosz – wiadomo, książka o ks. Korniłowiczu wyszła nakładem zaprzyjaźnionej „Więzi” w 1978, o księdzu Alim napisała Barbara Krzysztoń, jej tekst wydał Instytut Teologiczny ks. Misjonarzy w roku 1988: nie wiem, czy ma coś wspólnego z tą pozycją, którą pięciokrotnie wstawialiśmy do planu. Kisiela eseje o literaturze wydrukowaliśmy w 1979, Vincenza w 1980. Przyjęliśmy bowiem taką zasadę: nie ma co się wyłgiwać, mamy w oczach władz swoje dziwactwa światopoglądowe, nawet językowe, przy których się upieramy. A tych urzędowych oceniaczy naszych tekstów próbujmy traktować jak normalnych ludzi, którzy w końcu przecież zdołają może coś zrozumieć. Wielu się śmiało z takiej metodologii (po obu stronach barykady), pamiętam nawet pewnego dyrektora departamentu, który po jakiejś mojej tyradzie na temat kultury polskiej oparł na biurku grube łokcie, przyjrzał mi się z niedowierzaniem i zawołał: „panie, pan nie wiesz, w jakim kraju pan żyjesz?” Niekiedy jednak kropla drążyła skałę, bo też skała z wiekiem murszała.

Najśmieszniejsze moje wspomnienie (bo bywało z tym śmiesznie, choć rzadko) łączy się z książką Józefa Czapskiego, Patrząc (oddano do składania 30 kwietnia 1982. Podpisano do druku 23 grudnia 1982. Druk ukończono w lutym 1983. Dziesięć tysięcy egzemplarzy). Wróciłem po jakiejś serii wykładów z Francji i stwierdziłem, że choć została już wreszcie ustalona możność wydawania emigrantów, moi koledzy, zdesperowani bezsensownością targów z cenzurą, postanowili stopić ołowiane kolumny Czapskiego i z druku książki zrezygnowali. Wpadłem we wściekłość, dodzwoniłem się jakoś do naczelnego cenzora w Warszawie i powoli stygnąc w trakcie rozmowy, zdałem sobie sprawę, że jemu chodzi wyłącznie o to, by książka możliwie mało przypominała Oko Czapskiego, wydane przez paryską „Kulturę”. Zaproponowałem więc od razu inny tytuł, inny porządek poszczególnych esejów i niestety usunięcie paru tekstów, które i tak nie miały wówczas żadnych szans druku (chodziło w nich o Związek Radziecki). Ale reszta była tak cenna, że moim zdaniem opłacało się stokrotnie. Tu jednak zjawiła się ostatnia przeszkoda: copyright należał do Instytutu Literackiego (czyli do wydawnictwa „Kultury”). Powiedziałem, że muszę to zaznaczyć w stopce, bo inaczej nasza książka byłaby zwykłym złodziejstwem. Od słowa do słowa cenzor zapytał w końcu, czy zamiast „Instytut Literacki” nie moglibyśmy napisać, jak często bywało w stopkach samej „Kultury”, „Institut Littéraire”. Powiedziałem, że nie widzę przeszkód. Na co on, bardzo zadowolony, oznajmił dosłownie: „Wie pan, tak dla kamuflażu”. Myślałem, że pęknę ze śmiechu – cenzor spytał, co mnie tak bawi – nie jestem pewien, czy mu jasno wytłumaczyłem, że nie wiem, kto się przed kim ma kamuflować i po co? Może był to kpiarz dowcipniejszy i bardziej ironiczny, niż mi się przez telefon zdawało? Tak czy inaczej, cieszę się, że moi następcy nie muszą już takich rozmów prowadzić. I choć mają inne kłopoty, ufam, że brak takiego właśnie, szkaradnego kłopotu w pełni doceniają. Jacek Woźniakowski

Styczeń 1999
Tekst znajduje się na stronie http://www.znak.com.pl/jwoz.php