O patriotyzmie cudzoziemskich żon

Jacek Woźniakowski

Geneza tej gawędy jest taka, że pan prezes PAU polecił mi podać jakiś jej tytuł. Pomyślałem wówczas, jakim interesującym polem badań byłoby przyjrzenie się, w świetle pamiętników (nie tylko publikowanych) i dawnej korespondencji, a także wiarygodnych tradycji ustnych – przyjrzenie się sytuacji małżeństw narodowo mieszanych, które w XIX i XX wieku przytrafiały się dosyć gęsto w Polsce. Więc podałem taki tytuł jak wyżej, bo wszakże cały cykl naszych odczytów dotyczy patriotyzmu właśnie. Ale zaraz ktoś zwrócił mi uwagę, że przecie bywali też cudzoziemscy mężowie, którzy stawali się polskimi patriotami. Oczywiście. Moim zamiarem jest tylko zasygnalizowanie tematu, któryby mógł, a może powinien, zaciekawić socjologów, psychologów, historyków kultury i w ogóle historyków, zwłaszcza u progu naszego wejścia do Unii Europejskiej. Do poruszenia tego tematu pobudziły mnie zwłaszcza owe tradycje ustne, podparte nieraz, jak mówiłem, rękopisemną korespondencją lub wspomnieniami, owe przeczytane niezbyt dawno trzy książki: „Europa w rodzinie” Marii Czapskiej (1970), katalog wystawy Henryka Rodakowskiego, opracowany przez Annę Król (1994) i „Pamiętniki” Michała Pawlikowskiego (1998). Matka Marii Czapskiej była Austriaczką z rodziny od setek lat siedzącej nad Łabą, babka Marii, czyli żona Emeryka Czapskiego, twórcy muzeum Czapskich, pochodziła z Bałtów, tzn. z kulturowej mieszanki niemiecko-rosyjsko-łotewskiej.

Żona Rodakowskiego była Austriaczką, a ukochana babka Michała Pawlikowskiego Niemka ze Szwabii. Żeby z tego rodzaju mieszanek wyciągnąć jakieś uogólniające wnioski, trzeba by dysponować materiałem o wiele obfitszym. Ale już tutaj uderzają pewne podobieństwa, które chyba nie tak trudno wyjaśnić.

Matka księcia Witolda Czartoryskiego, osobistości znacznej w Galicji jeszcze w czasie pierwszej wojny światowej, była córką czeskiego malarza. Bardzo kastowa wiedeńsko-galicyjska socjeta trochę się na ten mezalians krzywiła, co mogło być jedną z przyczyn chętnego przeniesienia się małżeństwa na polską wieś, do Pełkiń. Chyba w Pełkiniach właśnie wychowało się jedenaścioro dzieci księcia Witolda, czyli wnuków owej czeskiej damy, między nimi ludzie tak wybitni, jak dominikanin ojciec Michał, który poległ w Powstaniu Warszawskim. Wnikliwy historyk polskiej myśli renesansowej, Paweł Czartoryski i Urszula Czartoryska, autorka ważnej książki o roli fotografii w sztuce, to już następne pokolenie. Otóż ta jedenastka mówiła zgodnie o swojej czeskiej babce: to przede wszystkim babcia nauczyła nas polskości, co bez wątpienia znaczyło, że pogłębiła i utwierdziła ich świadomy i rozumny patriotyzm. Porównajmy to ich przekonanie ze wspomnieniami Marii Czapskiej – autorki świetnych studiów z dziejów polskiego romantyzmu, siostry malarza Józefa – która o sobie i swoim rodzeństwie pisze, że te dzieci Austriaczki i ojca zupełnie obojętnego narodowo, wychowane na Białej Rusi przez Francuzki i Niemki, cechował gorący polski patriotyzm (w wydaniu francuskim widnieje nawet „agresywny” patriotyzm), wszczepiony im niewątpliwie przez matkę. Pani Czapska, mając lat dwanaście, powiedziała sobie, że musi wyjść za mąż za Polaka, bo Polacy to bardzo nieszczęśliwy naród. Zrealizowała to postanowienie i rozwijała je, wychowując dzieci. To matka uczyła śpiewać je „Boże coś Polskę”, a także czeski hymn narodowy, i ona właśnie, jak pisze Maria Czapska, kształciła zdolność myślenia o przeszłości Polski i o spadku jaki wszyscy po tej przeszłości otrzymaliśmy, razem z nauką i ze zgłębianiem modlitwy.

Niemiecka babka Michała Pawlikowskiego nigdy nie nauczyła się dobrze po polsku i sama wolała mówić po niemiecku, ale kiedy raz Michał, chcąc jej zrobić przyjemność, przywitał ją rano jakimś niemieckim frazesem, nagle odezwała się po polsku: co ty jakiś Szwab jesteś, że mówisz do mnie po niemiecku?

Wreszcie Rodakowski. Zachowała się duża korespondencja między nim a jego żoną, Austriaczką. Jeżeli cokolwiek chwilowo ich rozdzieliło, pisywali do siebie niekiedy i dwa razy dziennie, zawsze po francusku. Jedynie prawie polskie słowa, jakie się w tych listach trafiają, dotyczą gospodarstwa wiejskiego, jak stodoła, gumno itp. Więcej jest niemczyzny, bo jeżeli tylko opowiadają sobie o jakiejś rozmowie, która odbyła się po niemiecku, to przechodzą na ten język i piszą go szwabachą. Urządzili się bardzo wygodnie w Paryżu i zdawałoby się, że niczego im tam nie brakuje. Ale Rodakowski się uparł, że musi dzieci wychować po polsku, więc mimo nalegań braci malarza, żeby się z Paryża nie ruszał, bo straci kontakt z artystycznym środowiskiem, zwinęli swój pałacyk w Passy i przenieśli się do Pałachicz daleko za Lwowem, a potem do Bortnik, prawie tak samo egzotycznie położonych. O ile wiadomo, pani Rodakowska, wychowana między Wiedniem a Paryżem, nigdy się na te przenosiny nie skarżyła. W czasie podróży do Polski dzieci, ku zdziwieniu i radości rodziców, zachwycały się wszystkim, a jeszcze wcześniej cztero czy pięcioletni synek Rodakowskich podyktował karteczkę po francusku z prośbą do ojca o jakąś książkę polską, bo koniecznie chce się nauczyć po polsku. Któż pomógł brzdącowi w ułożeniu tej kartki jeśli nie matka, która się z dziećmi prawie nie rozstawała? (Po polsku Zygmunt Rodakowski nauczył się doskonale. Jego życiorys w „Polskim Słowniku Biograficznym” stanowi niezwykle ciekawą kartę z dziejów polskiej techniki”).

Mówiłem przed chwilą, że jeśli między żywotami tych bardzo różnych pań dostrzec potrafimy pewne podobieństwa, to ich wyjaśnienie może okazać się proste. Na przykład takie: wiele żon z czasów późnego romantyzmu bardzo poważnie traktowało zasadę ubi tu Caius – tam gdzie ty jesteś, tam i ja być powinnam. Mężowie i teściowie tych pań zamykani bywali w różnych twierdzach, one same przynosiły im niekiedy do więzienia małe dzieci – ich patriotyzm był jedną z form wierności, stałości małżeńskiej. Wychodząc za Polaków cudzoziemki w jakiś sposób wiązały się z ich obowiązkami, a także z ich widzeniem historii.

Inne wyjaśnienie, może bardziej psychologiczne. Któryś z pisarzy francuskich zauważył, że o ile mężczyźni często lubią umysłową spekulację, niekiedy trochę abstrakcyjna, o tyle dla kobiety idea czy myśl nawet religijna c’est toujours quelqu’un: to jest zawsze ktoś. Jeżeli tym kimś był mąż albo syn, panie utożsamiały się ze sprawą w sposób szczególnie głęboki. Wyjaśnienie trzecie jest na odmianę socjologiczne. Niezależnie od swojego pochodzenia zagraniczne panie wnosiły w atmosferę polskich domów, mocna nieraz rozchwianą ze względu na perypetie naszej historii, pewien ład, który u nas zwykło się nazywać mieszczańskim. Emilia Plater to nie byłby chyba ideał Emerykowej Czapskiej, która po śmierci męża przygotowywała pieczołowicie edycję dalszych tomów katalogu jego numizmatów. Obserwowałem u wnuczek i nawet prawnuczek owych cudzoziemskich żon mocne nieraz ślady owych nawyknień do ładu, których u nas niestety często brakowało. Brakowało ich nie tylko ze względów historycznych, ale także ze względu na przewagę modelu kultury wiejskiej, która i na miastach polskich odcisnęła swoje piętno, przewagę nad kulturą miejską, która tryumfowała w wielu regionach Europy Zachodniej. Ogromnie rzecz upraszczając, można by powiedzieć, że deszcz, śniegi, roztopy, skwary i posucha, były istotniejsze dla naszego życia niż czas wyznaczony zegarami. A cudzoziemskie żony wnosiły pod polskie dachy swoiste elementy obyczajowości metronomu, także wtedy, kiedy pierwotnie pociągnął je do Polski obyczaj impromptu.