Podróż

Warszawa, 1957 r.

Chciałbym się dowiedzieć, jak ludzki duch potrafi przetrwać w totalitaryzmie”. „Jestem najbogatszym człowiekiem w Polsce. Jestem ojcem dziesięciorga dzieci, z których żadne nie zginęło podczas wojny” (Remigiusz Grocholski) Te zdania, w tłumaczeniu na francuski powinny zdobyć jakąś nagrodę. [s. 102]

(…) Pułkownik Grocholski zaprosił mnie do swojego mieszkania, pełnego starych mebli pochodzących z dużo większego domu. Był to wyprostowany, o arystokratycznym wyglądzie pan pod siedemdziesiątkę, wyraźnie przyzwyczajony do przyjmowania gości w wystawnych wnętrzach. Pani domu, pozostająca w tle – na jej barkach spoczywał ciężar dbania o tę elegancję – podała nam maleńkie filiżanki kawy. Kim jestem? – nauczycielem, pisarzem, odwiedziłem przed wojną Polskę, byłem żołnierzem na froncie wschodnim. Pułkownik miał tego dnia trochę wolnego czasu. Mógłby pokazać mi miasto.

Proust – mieszczanin z pochodzenia – był onieśmielony, spotykając arystokratów, których nazwiska należały do historii Francji. Dzieje pułkownika Grocholskiego były dziejami Polski. Z tego balkonu brat jego dziada rzucił na początku powstania styczniowego bombę w rosyjskiego namiestnika. Przy ulicy stała kapliczka ku pamięci znajomego mojego rozmówcy – porucznika Zbigniewa Szczepańskiego (spotykaliśmy takie kapliczki prawie co przecznica: kilka świeczek, wiązka uschniętych czerwonych goździków, tekturka z nazwiskiem, data 1944, wiek 23 lata, i jakieś słowa o hitlerowskich najeźdźcach). Dalej w tym kierunku, za połamanymi zrębami zrujnowanych domów, w jednej z piwnic Starego Miasta pani Grocholska kierowała punktem opatrunkowym, a pomagał jej Etiopczyk z Aten. Kuzyn przepłynął nocą Wisłę z planem niemieckich pozycji, ale Sowieci i tak nic nie zrobili, a o pływaku słuch zaginął. Tak, miał majątek na Podolu za wschodnią granicą, a kiedy wybuchłą wojna, wyjechał do swojego pułku. Dowodził batalionem partyzantów na wschód od Lwowa – na polskiej Ukrainie – ale w chwili wybuchu Powstania był w Warszawie. Jego oddział był ostatnim, który się poddał.

Czy następnego dnia chciałbym odwiedzić Zakład dla Niewidomych w Laskach, na zachód od Warszawy? Pułkownik przedstawił mnie kierowcy autobusu: wprawdzie Amerykanin, ale inteligentny i życzliwy, był żołnierzem. Potem pokazał swoją legitymację młodzieńcowi siedzącemu na miejscu dla inwalidy wojennego, który z szacunkiem ustąpił mu miejsca. Kiedy szliśmy przez brzezinę – Laski – pułkownik cytował słowa Mickiewicza o Polsce – Chrystusie narodów – która w nagrodę za swoje cierpienia mogła prosić Boga o odkupienie Rosjan. Partyzanci walczyli w tym lesie podczas tamtego strasznego lata 1944 roku, a pułkownik wysłał swoją córkę Annę – kto podejrzewałby jedenastolatkę o przemycanie dokumentów pod ubraniem? – jako łącznika. Dziewczynka została ranna, ale przeżyła (…) [ss. 103, 104]

(…) Niemniej jednak tamtej wiosny wyprzedano bilety na wszystkie spektakle „Czekając na Godota” Becketta. Ta sztuka – pretensjonalna, pusta, nudna – nigdy do mnie nie przemawiała, ale dla polskiej widowni była przejmująca. Beckettowska wizja życia – dwóch zagubionych włóczęgów na pustkowiu sceny, czekających na kogoś, kto nigdy nie przyjdzie – była całkiem uczciwym obrazem świata, który widzowie znali, więc oglądali ten spektakl ze łzami w oczach.

Pułkownik Grocholski, tak jak niegdyś zaprosiłby mnie na tydzień czy na miesiąc do swojego majątku na Podolu, tak teraz nalegał, bym odwiedzał go, gdy będę mógł. W zapełnionym meblami mieszkanku, które znajdowało się na terenie Uniwersytetu (gdzie łatwo było się zgubić) przy Krakowskim Przedmieściu, zawsze znajdowało się dosyć miejsca na materac dla któregoś z dziesięciorga dzieci (poznawałem je po kolei: mistrzyni olimpijska w narciarstwie, amant – zdobywca serc kobiecych, chłopak z wyrokiem za przestępstwo walutowe, historyk sztuki itd., itd.), dla kuzyna, dla przyjaciół przyjaciół.

Po zbyt długim obcowaniu na dystans z Francuzami w Paryżu byłem poruszony, słysząc pozbawione skarg, otwarte odpowiedzi hrabiego Remisia – pierwszego arystokraty, jakiego spotkałem w życiu, ignorującego nowe zasady roku 1917, a może nawet 1789. Siedział w wielu więzieniach, ale był wolny. Nie miał pieniędzy, ale zawsze coś się trafiało – jego garnitur pochodził od krewnego z Belgii. Czynsze w Polsce były niskie. Komuniści to skorumpowani prostacy, ale nie bał się ich. Najbardziej brakowało mu jego koni. W każdym pokoju miał ich rysunki (niektóre własnego autorstwa), fotografie i obrazy.

Domyśliłem się z plakatu, że Cyrulik sewilski to Barber of Seville, więc zaprosiłem do teatru Pułkownika, jego żonę i byłą łączniczkę Annę – piękną studentkę ASP, w której natychmiast się zakochałem. Przedstawienie było błyskotliwe (dwupiętrowe dekoracje zezwalały na szybkie zmiany akcji), starszy pań zaś był zachwycony, że głowę wypełniam u Rossini, a nie propagandowe bzdury (…) [ss. 105, 106]

Warszawa, 1960 r.

(…) Złożyliśmy towarzyską wizytę państwu Grocholskim – Mary zwróciła szczególną uwagę na to, jak bardzo arystokratyczne przyzwyczajenia Pułkownika są uzależnione od praktycznych umiejętności pani domu, której zniszczone dłonie i miły, zmęczony uśmiech zatrzymała w pamięci.

Przedstawiłem żonie Annę, która właśnie wróciła po rocznym pobycie z Paryża. (…) Mnie jednak wzruszył tak bardzo głód wiedzy Anny i jej pragnienie wyrwania się z zamknięcia, że założyłem na jej nazwisko konto, na które wpłaciłem te nielegalne franki. Zanim mogła z niego skorzystać, franki kilkakrotnie zdewaluowano, ale i tak na polskie warunki była to znaczna suma.

Paszportów nie wydawał MSZ, w którym schroniło się zbyt wielu niepewnych liberałów, ale MSW, czyli milicja. Naturalnie, jedynym powodem, dla którego jakiś Amerykanin może sfinansować taki wyjazd młodej kobiecie, jest chęć sprostytuowania jej albo zwerbowania do CIA.

W rezultacie Annie wręczono niechętnie paszport po roku przesłuchań na milicji (skoro za długie, cotygodniowe rozmowy z taką kobietą jak Anna człowiekowi jeszcze płacą…)

Pieniądze zostały właściwie ulokowane. Rok w Paryżu po całym życiu w Warszawie to radość, którą trzeba sobie umieć wyobrazić: człowiek towarzyszy w myślach tej młodej kobiecie w jej pielgrzymce wzdłuż Sekwany w kierunku Notre Dame pod przestworem nieba przyniesionym przez rzekę, kiedy ogląda lilie wodne Moneta w Orangerie, albo po prostu siedzi w kawiarni z nowym znajomym, gdzie wchłania wszystkie uroki i przyjemności oferowane przez Paryż – każdy szczegół widziany świeżym okiem, bez rutyny. Żeby uciec Historii. „Z czwórki moich pradziadków – usłyszałem od niej wiele lat później – trzech zmarło na Syberii, jeden schorowany po uwolnieniu z Dachau”. Jak zauważył któryś z przyjaciół, jednym z powodów staropanieństwa Anny było to, że zbyt wielu chłopców, wśród których mogłaby znaleźć męża, wymordowano w Powstaniu. Paryż umknął historii – skapitulował bez jednego wystrzału w 1940 roku, a kiedy Niemcy uciekli w 1944, został zostawiony sobie, żeby zaproponować światu swoje rewolucyjne hasła: Bezpieczeństwo, Wolność, Wygoda. Nic to.

Po powrocie do Polski każdy podróżnik musiał jednak zgłosić się na kolejne przesłuchania, tym razem z dwoma oficerami. Znany już śledczy zadawał pytania o fakty: „Jakich Polaków pani spotykała? O czym rozmawialiście? Jakie książki pani czytała? Niech pani spisze miesięczne wydatki. Skąd pochodzi te 10 tysięcy franków?” Drugi natomiast nie spuszczał z niej oka: „Czemu pani mrugnęła? Co znaczy ten uśmiech?” (…) [ss. 113, 114]

W poszukiwaniu tematów do rozmowy z tą czarującą młodą kobietą (Anną Grocholską – HKG) pierwszy milicjant opowiedział jej o swojej rodzinie, o bardzo, bardzo licznych zainteresowaniach synka. Kiedy więc Anna wróciła z Paryża, przywiozła chłopcu zabawkę – wóz strażacki. Milicjanta zatkało. Wielu ludzi dawało mu łapówki, ale nikt nigdy nie dał mu prezentu. Anna odziedziczyła po ojcu stoicki stosunek do policji. „Wiedzą co o nich myślę. Nie łamię żadnego prawa. Jeśli chcą mnie aresztować, to ich sprawa.” Żona Jacka Woźniakowskiego, Maja, gorzko żałowała tysięcy godzin spędzonych w Krakowie w kolejkach, godzin, które odbierała swoim dzieciom, gdy tymczasem dla Anny były to spokojne chwile, kiedy mogła czytać albo modlić się. Odczuwała spokój wewnętrzny, nie lękała się – czułem to – i znalazła interesującą pracę, malując w pozycji leżącej na plecach – jak Michał Anioł – wysoko na rusztowaniach, sufity poddawanych renowacji kościołów albo rzeźbiąc na Starówce trzy gołębice na portalu – szczegół zachwycający oko.

Pułkownik poprosił nas, żebyśmy zawieźli jego i żonę do ich dawnej posiadłości pod Warszawą. Zależało mu, żeby pokazać nam domki, które ofiarował przed wojną swoim pracownikom. „Gdyby tylko więcej ludzi z naszej sfery zrobiło to samo! Żadna kobieta nie wybierze komunizmu, jeżeli ma dom i ogród. [ss. 115, 116]

Warszawa, 1968 r.

Kiedy dotarłem do bramy uniwersytetu, na którego terenie znajdowało się mieszkanie Grocholskich (Pułkownik nie żył już jednak od kilku lat), strażnik w stalowym hełmie, z automatem przewieszonym przez ramię zażądał mojego paszportu.

Szczegóły poznałem już w domu od Anny (już zawodowego historyka sztuki), jej krewnych i przyjaciół. [s. 120]

Warszawa, 1989 r.

W listopadzie o trzeciej jest już ciemno, kiedy docieram do mieszkania Grocholskich na Krakowskim Przedmieściu pod numerem 30; w kuchni, jak zwykle, kłębią się krewni i znajomi, cierpliwą gospodynią jest młodsza córka Jacka (Woźniakowskiego – HKG), Anna, którą poznałem przed ćwierćwieczem jako małą dziewczynkę, z hałaśliwymi synami i małomównym mężem, najmłodszym synem pułkownika Grocholskiego i dyrektorem Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Amerykanie trzymają dystans, wolą nie dawać i nie dostawać zbyt wiele, ale tu muszę grać rolę Dobrego Pana Karola – aktywnie uczestniczyć w ceremoniach powitalnych, przyjmować z wdzięcznością ciężkie, o wiele za drogie albumy. Pokazują mi stare filmy rodzinne, naturalnie, poświęcone głównie Pułkownikowi i letnim dniom w majątku na Podolu. Ciotki w kapeluszach, mężczyźni w kawaleryjskich mundurach; świat, gdzie konie były Piękniejsze od stojących w cieniu kobiet w długich, białych sukniach; dla mnie – moralizującego historyka – świat kast, religii i śmierci. [ss. 142, 143]

Warszawa, 1990 r.

(…) W moim budżecie są pieniądze na jedną noc w Warszawie przed odlotem do Oxfordu i do domu – jedna wizyta na Krakowskim Przedmieściu pod numerem 30. Henryk i Stefan są już więksi i bardziej ucywilizowani: dla Pana Karola jeden ciągnie smykiem po swojej wiolonczeli, drugi gra na pianinie (…) [s. 145]

Warszawa, 1993 r.

(…) Dzień w Warszawie spędzam z Anną, młodszą córką Jacka Woźniakowskiego i żoną najmłodszego syna pułkownika Grocholskiego (…) Odwiedzamy państwową szkołę jej synów (PPSM nr. 1 im. Emila Młynarskiego w Warszawie – HKG) o której mówi z szacunkiem. Dla Amerykanina czymś szczególnym jest spotkanie z zakonnicą – znajomą Anny, która uczy chłopców religii (…) Idziemy odebrać synów Anny po próbie chóru w kościele parafialnym (w rzeczywistości chodzi tu o Archikatedrę św. Jana na Starym Mieście i chór „Cantores Minores”). Henryka pasjonuje historia, Stefana sport – zostanie bogatym sportowcem, żeby wspomagać na starość rodziców.

Całe swoje życie chłopcy mieszkali (i mieszkają HKG) w tym jednym mieszkaniu, które należało do ich dziadków i które wydaje się oazą ładu, pełną pogody i powagi, gdzie – jak zaobserwowałem – nie pojawiają się napięcia poza kwestią opłacenia rachunków w tym miesiącu. Od 45 lat nie było wojny. Nikogo z nich nie aresztowano. Pierwsza żona Piotra zmarła w połogu. Córka z tamtego małżeństwa omal nie zginęła w wypadku samochodowym. Takie jest życie – lecz Historia nie rzuciła cienia na chłopców. [ss. 366, 367]

Na podstawie:
„Podróż”
Charles Merrill
Wydawnictwo ZNAK Kraków 1996