„Nie bój się, pomagaj ludziom”

Rozmowa Mariana Turskiego z profesorem Władysławem Bartoszewskim, współzałożycielem Żegoty, opublikowana w „Polityce”(nr 47 2002r.)

Przed drugą połową 1942 r. nikt – ani Polacy, ani Żydzi – nie zdawał sobie sprawy z tego, że wyrok śmierci na Żydów – znany w literaturze jako Endlösung – już zapadł i że w ogromnym pośpiechu jest realizowany. Marek Edelman, jeden z przywódców Żydowskiej Organizacji Bojowej w getcie, wyznaje, że ludzie łudzili się, a może chcieli się łudzić, nawet gdy byli ładowani na Umschlagplatzu do wagonów, których przeznaczeniem była Treblinka.

Kto to był Konrad Żegota, którego imieniem nazwana została konspiracyjna Rada Pomocy Żydom?

Nie istniała taka osoba, dopóki Zofia Kossak nie wymyśliła kryptonimu Żegota. Potem dodano imię Konrad, by utrudnić kojarzenie nazwy Żegota z Żydami.

Czy możemy ustalić datę narodzin Żegoty?

Z dokumentów wynika, że 4 grudnia 1942 r. Ale już 14 października 1942 r. w nr. 18 „Rzeczypospolitej”, oficjalnym organie Delegatury Rządu, opublikowano komunikat, który brzmiał: „Na skutek inicjatywy szeregu organizacji społecznych z kół katolickich i demokratycznych organizuje się komisję pomocy społecznej dla ludności żydowskiej dotkniętej skutkami bestialskiego prześladowania Żydów przez Niemców. Komisja będzie starała się w miarę możności i środków oraz możliwości, z jakimi liczyć się trzeba w okupacyjnych warunkach życia kraju, nieść pomoc ofiarom hitlerowskich gwałtów”. Komunikat nawiązywał do faktu, że 27 września 1942 r. powstał Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom.

Powstanie Żegoty rozpoczyna zatem etap instytucjonalnej, można nawet powiedzieć oficjalnej, bo związanej z Delegaturą Rządu, pomocy. Ale spontaniczne indywidualne lub organizacyjne akcje lub przejawy działalności znane były wcześniej…

Do czasu zamknięcia getta, dopóki można było bezkarnie przyjść do mieszkańców tej dzielnicy, przynieść im paczkę, załatwić jakąś ich sprawę. Dotyczyło to głównie tych, którzy już wcześniej mieli kontakty z Polakami. Niestety, dramatem było to, że minimalne szanse na pomoc mieli ludzie, którym brak było znajomości w środowisku polskim. Ludzie tacy jak bohaterowie książek Izaaka Bashevisa Singera, którzy żyli swoim wydzielonym życiem, rodzili się między Żydami, chodzili do szkoły tylko z Żydami, mówili między sobą w jidisz, pracowali między sobą, umierali między sobą i potrafili przez całe życie nie rozmawiać nigdy z żadnym zaprzyjaźnionym chrześcijaninem. Oni pierwsi padali ofiarą, bo nie mieli żadnego zaczepienia, nie znali nikogo po aryjskiej stronie. Czytamy dziś na ogół pamiętniki i relacje ludzi z warstw bardziej oświeconych, z mieszczaństwa, zawodów artystycznych. Świeży w pamięci społecznej film „Pianista” dotyczy człowieka, który na co dzień pracował przed wojną w Polskim Radiu z dziesiątkami kolegów i koleżanek, Polaków. To była sytuacja nadzwyczaj nietypowa. Typowy byłby los żydowskiego krawca, tragarza, drobnego obnośnego handlarza, ale taki człowiek nie miał żadnych szans na znalezienie ratunku w środowisku sobie obcym.

Wspomnieliśmy datę powstania Tymczasowego Komitetu Pomocy Żydom – 27 września 1942 r. Jest to już po zakończeniu tzw. Wielkiej Akcji, czyli po wysłaniu z Warszawy do Treblinki około 310 tys. Żydów. Wielu historyków zadaje pytanie: czemu tak późno?

Przed drugą połową 1942 r. nikt – ani Polacy, ani Żydzi – nie zdawał sobie sprawy z tego, że wyrok śmierci na Żydów – znany w literaturze jako Endlösung – już zapadł i że w ogromnym pośpiechu jest realizowany. Marek Edelman, jeden z przywódców Żydowskiej Organizacji Bojowej w getcie, wyznaje, że ludzie łudzili się, a może chcieli się łudzić, nawet gdy byli ładowani na Umschlagplatzu do wagonów, których przeznaczeniem była Treblinka. My Polacy, chrześcijanie, zaczęliśmy się orientować nieco wcześniej niż ofiary w getcie, że zagrożenie jest skrajne, biologiczne, bo komórki wywiadowcze polskiego podziemia wojskowego i politycznego informowały o masowych zbrodniach na Żydach na terenach wschodnich województw przedwojennej Rzeczypospolitej, zajętych po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej po 22 czerwca. W ostatniej fazie likwidacji gett wzmogły się gwałtownie ucieczki na tzw. aryjską stronę. Wtedy w pełni zdaliśmy sobie sprawę z ogromu potrzeb pomocy dla uciekinierów z gett, dla osób szukających schronienia itd. Tu już nie wystarczał jakiś komitet według formułki pomocy społecznej, przyjętej w tradycji charytatywnej, tylko musiała być – na szerokiej bazie oparta – działająca z pomocą rządu, autoryzowana instytucja ogólnokrajowa. Prace przygotowawcze wymagały dziesiątków kontaktów konspiracyjnych. Z czynnikami z AK oraz Delegatury Rządu na Kraj, zwłaszcza z Departamentami Opieki Społecznej, Spraw Wewnętrznych i z samym Pełnomocnikiem Rządu.

Komu przypisałby pan największą zasługę w powołaniu RPŻ?

Przede wszystkim Zofii Kossak i Wandzie Krahelskiej-Filipowiczowej. Dzięki swoim życiorysom miały wszędzie dojście, były bowiem mocno zakorzenione w układach przedwojennych. Zofia Kossak była członkiem zarządu Rodziny Wojskowej, żoną majora Wojska Polskiego, który znalazł się w oflagu, znaną pisarką, katoliczką, współzałożycielką konspiracyjnego Frontu Odrodzenia Polski. Wanda Krahelska-Filipowicz miała rodowód pepeesowsko-demokratyczny. Jej mąż był ambasadorem RP przed wojną, ona sama jako osiemnastolatka uczestniczyła w zamachu na carskiego gubernatora Skałona, miała więc związki z demokratycznymi kołami piłsudczykowskimi. Tak więc te dwie osoby miały dojścia do różnych decydentów także w Londynie i były absolutnie wiarygodne. Do nich dołączyła z kół syndykalistyczno-socjalistycznych Czesława Wojeńska, dobra znajoma tych pań. Jak już wspomniałem, Zofia była żoną piłsudczyka, a jej bliska krewna i przyjaciółka Anna Maria Lasocka była żoną Romana Lasockiego, działacza Stronnictwa Narodowego z Łomżyńskiego i prezesa Związku Ziemian Polskich. Z tego wynikał wielki pożytek dla naszej działalności. Wiadomo było, że „Anulka to załatwi”, jeśli będzie potrzeba ulokowania ludzi po dworach. I tak się składało, że w tym samym domu bywał na brydżu generał Tadeusz Komorowski-Bór, ich przedwojenny znajomy, również ziemianin, oraz ludzie z Bundu i ŻKN. Wspomnę przy okazji innych działaczy FOP, bo i ja byłem w tej organizacji. A więc Zofia Trzcińska-Kamińska, rzeźbiarka religijna, żona Zygmunta Kamińskiego z Politechniki Warszawskiej, a więc Aldona Kimontt, działaczka Akcji Katolickiej przed wojną, a więc płk Remigiusz Grocholski, były adiutant Piłsudskiego, a więc Jan Kozielewski, znany powszechnie z pseudonimu Jan Karski. Karski był wtedy dla mnie, młodego człowieka, wielkim autorytetem. Nie mówiło się otwarcie, ale wiadomo było, że pełnił misję kuriera.

Jak wyłaniano członków Rady, kto ich mianował?

Formuła protokołu wskazuje, że było to ciało przedstawicielskie.

Czy zatem Żegota była ciałem społecznym, autoryzowanym przez Delegaturę, czy też organizacją powołaną przez rząd emigracyjny i jego delegaturę?

W skład Rady wchodzili mandatariusze partii politycznych, które popierały rząd i wchodziły w skład ciał rządowych. Było to coś więcej niż spontaniczne ciało społeczne. W dokumentach spotykamy jako nazwę bądź Rada Pomocy Żydom przy Pełnomocniku Rządu na Kraj, bądź Rada Pomocy Żydom przy Delegaturze Rządu na Kraj. To „przy” było do pewnego stopnia warunkiem, aby Rada mogła być objęta budżetem. Otóż Rada była w pewnej części finansowana z budżetu Departamentu Opieki Społecznej, ale także Departamentu Spraw Wewnętrznych, któremu podlegały sprawy narodowościowe i bezpieczeństwa. Obaj dyrektorzy tych departamentów – Jan Stanisław Jankowski, późniejszy pełnomocnik, i Leopold Rutkowski – byli od początku wciągnięci do tej roboty. Również Stefan Korboński jako szef Kierownictwa Walki Cywilnej, a potem szef Oporu Społecznego w Kierownictwie Walki Podziemnej, komentował, wysyłał do prasy komunikaty, informacje, które miały sprzyjać działaniu Rady, a także swoimi kanałami (radiowymi) informował zagranicę o problematyce żydowskiej. W skład Rady weszły grupy, które uznawały rząd Rzeczypospolitej w Londynie, dlatego nie weszła do niej komunistyczna PPR. Chcę jednak zaznaczyć, że PPR prowadziła akcję pomocy Żydom w granicach swoich możliwości i na te akcje pomocy dostawała między innymi od nas pieniądze, choć nie oficjalnie od Rady, ale od Żydowskiego Komitetu Narodowego. Bowiem pewne fundusze rozdzielane były przez Żydowski Komitet Narodowy, czyli porozumienie sześciu organizacji żydowskich. Moim zdaniem, poza ratowaniem ludzi, był to najważniejszy efekt trwały – powołanie bodajże po raz pierwszy w nowożytnej historii Polski instytucji, gdzie z własnego wyboru i przy akceptacji legalnego rządu polskiego współdziałały organizacje polskie i żydowskie o różnym zabarwieniu politycznym, o różnych rodowodach, przy wzajemnym zaufaniu. Jednym z dwóch wiceprezesów Rady był przedstawiciel Bundu Leon Feiner, a sekretarzem Rady Adolf Berman – przedstawiciel organizacji syjonistycznych.

Jak to się stało, że na przykład taki Aleksander Kamiński – a jego zasługi i związki z żydowskimi socjalistami i skautami są powszechnie znane – nie znalazł się w Żegocie?

A czyim delegatem miał być? Kto miał go delegować? On pomagał ludziom tak samo jak Irena Adamowicz i inni ze środowisk harcerskich, jak Maria Kann. Powiedziałbym, że w Żegocie znalazł się garnitur ludzi, który nie był z pierwszej linii pracy partyjnej. Ani Julian Grobelny, ani Tadeusz Rek, ani Marek Arczyński. Zofia Kossak nawet nie weszła w skład Rady.

Dlaczego?

Zapewne względy konspiracyjne przemawiały za tym, żeby nie ją delegować, lecz mnie. Podobnie można by się zastanowić, dlaczego PPS delegowała Grobelnego (został przewodniczącym Rady), a nie np. Natalię Zarembinę, która była bardziej znaną działaczką. Zresztą później, kiedy Grobelny musiał się wycofać z roboty z powodu częściowego rozkonspirowania i zagrożenia aresztowaniem, pepeesowcy wysunęli Romana Jabłonowskiego, który został prezesem Rady po Grobelnym.

A jak pan trafił do Żegoty?

Ja zostałem, jak wspomniałem, delegowany przez FOP, a z FOP zetknąłem się przez Karskiego w sierpniu 1942 r. i wtedy to Zofia Kossak zaproponowała mi udział w akcji pomocy Żydom. Chciałbym tu zaznaczyć, że na motywację moich działań, jako gorącego katolika, miał wpływ mój ówczesny spowiednik, 45-letni wówczas ks. Jan Zieja. On mi powiedział, żebym się nie bał i żebym pomagał ludziom i że to byłaby forma mojej wdzięczności Panu Bogu za to, że mnie wyprowadził z Oświęcimia.